Kalendarz
Październik 2016
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
Archiwum

Największa głupota w moim życiu?

Dzisiejszy wpis jest dla mnie bardzo wyjątkowy. Z tego względu, że postanowiłam się otworzyć chyba bardziej niż dotychczas to robiłam. Tak naprawdę miał on być o czymś innym – o tym, jak i dlaczego straciłam koleżankę, której bardzo chciałam pomóc, o tym, że mam ostatnimi czasy rewelacyjne relacje z inną koleżanką, Izą, o której nieraz już pisałam, o tym, jak przeżyłam moje 35 urodziny i jaki wspaniały prezent otrzymałam od mojego narzeczonego, o tym, że nareszcie, po tylu latach, zyskałam  przyjaciela mężczyznę, czy też o tym, że myślę o podjęciu pracy, a i temat studiów nie jest mi obcy( oczywiście w dalszej przyszłości). Ale żadnego z tych tematów dziś nie podejmę, chociaż, poza jednym, są to bardzo pozytywne wydarzenia w moim życiu. A raczej były one pozytywne, ponieważ mam dziwaczną przypadłość obracania tego, co dobre, w negatywy. Czasami też potrzeba czasu, aby stwierdzić, czy to co brałam za uśmiech losu, rzeczywiście nim było. Nie zamierzam jednak pisać, że pomyliłam się i twierdzić, że powyższe wydarzenia nie były ważne, nic mi nie dały i właściwie nie ma o czym mówić. Jeszcze dwa tygodnie temu rozpisywałabym się o nich z uśmiechem na ustach i miałabym ogromną satysfakcję, że jednak dobrze mi się wiedzie.  Bo tak było, a przynajmniej wydawało mi się, że tak jest. Cenię to, co się wydarzyło, ale podchodzę teraz do tego z dystansem i nie bezkrytycznie. Obecnie w moim życiu zachodzą pewne zmiany, być może są to nawet i będą zmiany przełomowe. Nie dzieje się to od dziś, ale ma już miejsce od mniej więcej kilkunastu dni. Zrobiłam coś, czego być może nie powinnam, a nawet nie mam prawa robić na własną rękę – odstawiam leki. W tym momencie wychodzę na osobę niepoważną i lekkomyślną, bo pamiętam dobrze, jak jeszcze sama właśnie tu, na blogu, pisałam, że nie powinno się tego robić. Podawałam także wtedy liczne przykłady, jak źle może się to skończyć, czego byłam, a czasem jeszcze jestem świadkiem. Pamiętam też, jak wyrzucałam sobie sytuację, w której nagle odstawiłam lek antydepresyjny, co początkowo spowodowało u mnie euforię, a potem totalną depresję. Obiecałam wówczas, że więcej tego nie zrobię. Dlaczego więc teraz robię to, co robię? Może zwariowałam do reszty i właściwie od razu powinno się mnie zapakować w kaftan, a przynajmniej zaserwować sporą dawkę leków uspokajających? Nie przeczę i nawet nie kłóciłabym się z osobami, które powiedziałyby mi to prosto w oczy. To nie była łatwa decyzja i wcale nie jestem przekonana, czy wiem, co robię. Dojrzewało to we mnie długo. Muszę tu znowu powrócić do mojej nieszczęsnej matury i stresu, który nie dawał mi spokoju już parę miesięcy przed egzaminem, osiągnął apogeum w maju, może też w czerwcu i lipcu i nie zmniejszył się do tej pory. Jak pisałam niedawno, mój terapeuta stwierdził, że mój organizm i myśli nadal tkwią w późnym okresie przedmaturalnym i pewnie tak jest. Lekiem na to miało być poszukanie nowego celu, który zajmie mój umysł. Powinnam tak zrobić, ale po prostu nie mam na to ani siły ani ochoty. Pojawiały się w mojej głowie pojedyncze myśli o celach, ale dość szybko znikały. Niszczył je mój fatalny stan psychiczny, który towarzyszył mi od momentu egzaminu. Ciągłe stany depresyjne, zbyt częste ataki paniki, myśli samobójcze, poczucie bezsensu i beznadziei, ataki płaczu, a przede wszystkim nowość w moim zachowaniu, czyli ciągła agresja, nie dawały mi spokoju. Nie tylko matura się przyczyniła do mojego zachowania, ale i pewna inna sytuacja, która miała miejsce parę miesięcy temu. Jest to jednak na tyle drażliwy dla mnie temat, że nie jestem w stanie go opisać. Wiem jednak, że problem ten musi zostać koniecznie rozwiązany, nad czym próbuję pracować. Jak dotychczas – z mizernym skutkiem. Nie jest tak, że nie próbowałam nic zrobić z moim fatalnym samopoczuciem. Ten stan trwa dobre kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, by miał trwać dalej. Walczyłam i walczę sama, wyszukuję sobie zajęcia, zmuszam się do jakiejkolwiek aktywności, próbuję obudzić w sobie radość, nie dawać się czarnym myślom. Dzięki temu zdarzały i zdarzają się dobre momenty. Ale czy można normalnie funkcjonować, opierając się tylko na momentach, krótkich chwilkach, które są tak ulotne?  Mieć jaki taki środek dnia, podczas gdy poranki i wieczory są przepełnione płaczem, rozpaczą, gonitwą myśli i chęcią samounicestwienia? Dodatkowo dochodzi to tego coraz gorzej przeżywane PMS i jesienna depresja. Wiedziałam, że sama nie dam sobie rady. Szukałam pomocy u Pawła i mojej lekarki. Jak już pisałam, od jakiegoś czasu spotykamy się z Pawłem co miesiąc, niejako kontynuując terapię, która kiedyś została zawieszona. Właściwie to chciałabym, aby te spotkania były co miesiąc, ale, ze względu na liczne zajęcia mojego terapeuty i brak czasu, nie mogę na to liczyć i często muszę dłużej czekać. Nie mówię, że te spotkania mi nic nie dają, ale liczyłam na coś więcej. Mamy duży problem z Pawłem,( a może to ja mam problem?), który rzutuje na te nasze spotkania. Jeśli nie zostanie on rozwiązany, to właściwie mogę zakończyć terapię, bo nie będzie ona miała sensu. Na ostatniej wizycie, po wcześniejszym przygotowaniu sobie na kartce, przedstawiłam terapeucie dość dokładnie, w jaki sposób, łatwy czy trudny, układały się nasze relacje od samego początku współpracy. I jak to jest teraz. Trochę się zdziwiłam, bo Paweł zauważył, że sam chciał mi zadać zadanie domowe na ten temat. Tylko, czy mój spokojny, opanowany i asertywny (to jego ocena) wywód tak naprawdę coś dał? Trochę nie dałam mu dojść do słowa, ale ostatecznie stanęło na tym, że ciężko coś poradzić na nasz(mój?)problem. Ja miałabym pewne rozwiązanie i sądziłam, że jest ono rozsądne i możliwe, jednak może nie do końca tak jest. Czasem zmieniają się okoliczności, czasem brakuje dobrej woli albo, bo i tak bywa, prawie wszystko okazuje się grą, która ma przynieść określony efekt. Zastanawia mnie też jedno – czy szczerość zawsze oznacza bycie niemiłym i przynosi ból i cierpienie, a bycie miłym to po prostu fałsz i nieszczerość? To tak na marginesie. Drugą osobą, do której się zwróciłam, był mój psychiatra. Chodzę do lekarki już dobre ileś lat i zauważyłam, że nasze spotkania są coraz krótsze, mimo że idę prywatnie. Myślę, że może to wynikać z faktu, że po prostu pani doktor przyzwyczaiła się do tego, że ja przeważnie przychodzę po recepty. Tylko, że bywa i tak, że mój stan zdrowia ulega pogorszeniu, tak jak ma to miejsce od czasu zawirowań maturalnych. Doszłyśmy obie do wniosku, że głównym winowajcą był i jest egzamin i ja na to przystałam. Tylko, że to trwa za długo i dodatkowo pojawiła się u mnie agresja w takim nasileniu, jakiego nigdy wcześniej nie było. Próbowałam podjąć ten temat, może trochę nieudolnie, ale odniosłam wrażenie, że właściwie spotykam się z obojętnością. No bo właściwie o co mi chodzi? Przecież już tyle lat się leczę, mam dobrze dobrane medykamenty, a może to pogoda, chandra jesienna itp. Nie, nie usłyszałam tego od psychiatry, ale mina lekarki jak najbardziej mogłaby to wyrażać. Ani słowa o zmianie dawkowania, może zmianie któregoś leku, jakimś wsparciu oddziału dziennego. Sama nie lubię rewolucji, ale mam świadomość, że jeśli samopoczucie jest aż tak długo złe, to samo na lepsze się raczej nie poprawi. Poczułam gorycz, zaczęłam myśleć nawet o zmianie lekarza, a przede wszystkim zastanawiałam się nad tym, jaki sens jest dalej chodzić prywatnie do specjalisty. Przecież państwowo tak samo mnie potraktują. Może ja oczekuję cudu? Nie sądzę, bo nie pamiętam już, kiedy oczekiwałam tak konkretnej pomocy. Przez dobre kilka lat wystarczały mi po prostu recepty, tylko raz miałam dodany lek, a oddział dzienny to był mój pomysł, zresztą jak większość leków, które biorę. Dość dawno dostałam tabletki uspokajające, gdy skarżyłam się na PMS, które miałam nawet brać codziennie. Co prawda w małych dawkach, ale jednak. Sęk w tym, że ja kiedyś uzależniłam się od tego typu środka, a poza tym nie wydaje mi się, aby codzienne faszerowanie się uspokajaczami było rozsądne. Doraźnie więc korzystam, ale wiem, że to nie rozwiąże problemu lęku, agresji czy paniki. I tu dochodzę do sedna, do mojej zapewne błędnej, ale już podjętej decyzji. Przekora, głupota, chęć sprawdzenia, czy terapia niejako uleczyła mnie z choroby, może nowy objaw chorobowy? Możliwe, że wszystko po trochu. Przede wszystkim jednak złe samopoczucie. Chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak źle mimo tego, że regularnie brałam leki. Owszem miałam nieraz nieznośne skutki uboczne, które zmuszały do zmiany leku, ale pojawiały się one już na początku. Raz zdarzyło się, że lek brany od lat, pokazał swoje ponure oblicze, co skutkowało znowu zmianą leczenia. Innym razem po prostu mi zaszkodził, przez co praktycznie odstawiono mi wszystko i bazowałam przez jakiś czas tylko na uspokajaczu. Ale już przebrała się miarka, bo co ja mam z tego, że nałykam się codziennie chemii, a zdrowie szwankuje? Nie wiem, co osiągnę, pewnie nic i za chwilę wrócę do moich pigułek. Może wyląduję w szpitalu, może zejdę z tego świata, ale nie cofam się. Powoli, etapami, obserwując siebie, robię to, czego nie powinnam. Dosyć na dzisiaj. Sama się dziwię, że tyle napisałam i ma to jeszcze jakiś sens, przynajmniej literacki, bo innego raczej nie ma. Już na koniec – jestem obecnie bez jednego z dwóch antydepresantów i na połówce dawki neuroleptyku. Ciężko powiedzieć, jak się czuję. Obecnie nie dostrzegam różnicy, przynajmniej w psychice. Jedynie ciało mam jakby lekko osłabione, ale równie dobrze może to być przeziębienie, bo i takie symptomy obserwuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>