Kalendarz

Listopad 2016
P W Ś C P S N
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Archiwum

Miesięczne Archiwa: Listopad 2016

Czy związek osób z zaburzeniami psychicznymi ma sens?

Ten wpis będzie dotyczył moich relacji z ukochanym. Prawdopodobnie wspominałam już o tym w jednym z poprzednich wpisów. Być może kiedyś pisałam o tym, w jakich okolicznościach się poznaliśmy, kiedy to było i jak rozwijał się nasz związek. Na wszelki wypadek w wolnej chwili przejrzę starsze posty i sprawdzę to. Jeśli pominęłam ten ważny wątek z mojego życia, to na pewno do niego wrócę. Nie jest łatwo być w związku, jeszcze trudniej jest, gdy ukochana osoba jest chora, a jeśli dwie osoby chorują, robi się trochę nieciekawie. Osobiście mogę wypowiadać się tylko o sytuacji, gdy związek tworzą dwie osoby z zaburzeniami psychicznymi, bo nawet nie znam par, które mają jakieś dysfunkcje fizyczne. Mogłabym sporo napisać o innych związkach, w których jedno z partnerów albo oboje zmagają się z chorobami psychicznymi, ale wolę jednak skupić się na sobie i moim ukochanym. Może kiedyś zdecyduję się napisać notkę także o moich znajomych, ale nie dziś. Jak wygląda mój związek? Właściwie całkiem zwyczajnie, nie różni się jakoś specjalnie od relacji par zdrowych. Spotkałam się nieraz w mediach z komentarzami zdrowych osób, z których wynikało, że właściwie takie pary jak ja i mój chłopak nie bardzo mają rację bytu. Jeszcze częściej stykałam się z wpisami np. w internecie, z których płynął jasny przekaz – jeśli jesteś zdrowy/a i spotykasz się z osobą chorą psychicznie, to jak najszybciej zakończ ten związek, bo jedynie będziesz cierpieć, osoba chora nie nadaje się do związku, zniszczy ciebie i twoje życie , albo zabije ciebie albo popełni samobójstwo i mnóstwo innych argumentów. Jak ja się do tego odnoszę? Myślę, że każdą sytuację należy rozpatrywać indywidualnie, nie można wszystkich chorych wrzucać do jednego worka. Oczywiście jest mnóstwo nieszczęśliwych związków, w których jedno lub oboje partnerzy są zaburzeni i po prostu nie radzą sobie ze wspólnym życiem. Ale nie jest to regułą. Ja i mój partner dobrze się dogadujemy, wspieramy wzajemnie, opiekujemy się sobą, jesteśmy na siebie uważni. Poznaliśmy się w ośrodku wsparcia dla osób z problemami psychicznymi, po trzech latach zaczęliśmy się spotykać, a obecnie jesteśmy razem od prawie ośmiu lat. Od blisko sześciu lat mieszkamy ze sobą, głównie dzięki pomocy rodziców mojego ukochanego, którzy początkowo skontaktowali nas ze swoją znajomą, która wynajęła nam niewielkie mieszkanie w mieście. Wcześniej oboje mieszkaliśmy na wsi – ja z ojcem, a chłopak z rodzicami. Po pewnym czasie rodzice mojego Aniołka kupili to mieszkanie, a ukochany jest właścicielem jego jednej piątej, zakupionej z własnych środków. Marzymy o tym, że kiedyś będzie ono tak w stu procentach nasze, ale na ten moment na pewno nie ma na to szans. Najważniejsze jednak jest dla nas to, że możemy być razem tak na dobre i tak, jak zawsze chcieliśmy. Mieszkamy skromnie i żyjemy też raczej skromnie, ale nie musimy korzystać z pomocy innych. Nigdy o tym nie pisałam, być może wstydziłam się tego, ale ja utrzymuję się z renty socjalnej i zasiłku pielęgnacyjnego, a mój ukochany pracuje w niepełnym wymiarze godzin i dodatkowo ma rentę inwalidzką. Nie potrzebujemy dodatkowego wsparcia finansowego i to nas bardzo cieszy. Marzę o tym, aby pójść do pracy, ale na ten moment nie czuję się na siłach. Nie łączymy swoich dochodów, właściwie każde z nas utrzymuje się jakby oddzielnie, bo mi tak pasowało. Nie wyobrażałam sobie, że mam być na utrzymaniu mojego chłopaka. W praktyce wygląda to tak, że składamy się po połowie na rachunki czy jakieś większe wydatki, a jedzenie czy inne rzeczy każdy kupuje dla siebie. Kiedy Aniołek sfinansował nam pralkę, ja stwierdziłam, że będę kupować proszki i on nigdy nie będzie się do nich dokładał. I tak to u nas wygląda. Może dziwnie, ale nam to odpowiada. Czy planujemy dzieci? Nie. Nie mam instynktu macierzyńskiego, nigdy nie chciałam mieć dzieci. Poza tym, wiem, że nie do końca radzę sobie sama ze sobą, więc jak poradziłabym sobie z dzieckiem? Nie wyobrażam sobie odstawienia leków. W obu naszych rodzinach były przypadki chorób psychicznych, w mojej więcej, chociażby mama i babcia, my też chorujemy, więc ryzyko zachorowania naszego dziecka byłoby wysokie. Naszą decyzję popierają osoby nam najbliższe, jak i fachowcy, z którymi rozmawiałam. Czy to egoistyczne podejście? Pewnie dla wielu osób tak, ale dla mnie to po prostu odpowiedzialność. Nie zamierzam się wypowiadać w temacie, czy osoby chorujące psychicznie powinny czy nie powinny mieć dzieci. To sprawa indywidualna każdej pary, a moje zdanie zachowuję dla siebie. Nam nasze podejście odpowiada. W styczniu tego roku mój ukochany poprosił mnie o rękę, a ja się zgodziłam, chociaż raczej nie planowaliśmy wcześniej ślubu. Przez jakiś czas zależało mi na sformalizowaniu naszego związku, ale że obecny narzeczony raczej był na nie, dałam sobie z tym spokój i uszanowałam jego decyzję. Po kilku latach jednak zmienił zdanie, ale tym razem to ja zaczęłam się wahać. I choć oficjalnie jesteśmy narzeczeństwem, w najbliższym czasie nie wybieramy się do urzędu. W pewnym momencie nawet oddałam pierścionek, a właściwie, jak to określił Aniołek, dałam mu go na przechowanie. Miałam wtedy gorszy okres, a małżeństwo to bardzo poważna decyzja dla mnie. Nie chciałam, żeby partner żałował kiedykolwiek, że jest ze mną, gdyby nie dawał sobie rady z moimi objawami chorobowymi. Nie chciałam go wiązać na całe życie, obarczać taką odpowiedzialnością. Wiem jednak, że on nie ma nic przeciwko temu. Pierścionek dalej leży w jego szafce, ale być może wkrótce znów wróci do mnie, bo będziemy razem mimo wszystko. Nieważne czy sformalizujemy nasz związek czy nie. Wiem, że możemy na siebie liczyć, wspieramy się w każdej sytuacji, mój partner wykazał się wręcz niezwykłym człowiekiem, gdy moja choroba zwyciężała. Było to parę lat temu, a pogorszenie było związane z tym, że miałam problemy hormonalne i musiałam odstawić lek przeciwpsychotyczny. Akurat ten lek tonował mnie, byłam po nim zrównoważona, spokojniejsza, nie miałam urojeń ksobnych, nie miałam ogromnych wahań nastrojów, które objawiają się u mnie popadaniem z euforii w rozpacz. Kiedy odstawiono mi neuroleptyk, a był problem z dopasowaniem nowego (zresztą przez pewien czas nie mogłam brać żadnego leku przeciwpsychotycznego), dawałam nieźle popalić mojemu chłopakowi. Choroba mną rządziła absolutnie, chociaż zachowywałam się też, że tak powiem normalnie. Jednak wybuchy były. Po każdej akcji, chociażby ucieczek czy napadów agresji czy pretensji, przepraszałam ukochanego, a od niego słyszałam tylko jedno – Nic się nie stało. Bo dla niego miłość do mnie była zawsze ważniejsza niż gniew i zawsze przeważała. Do dziś tego nie rozumiem. Nasz związek jest czasem trudny, nie zawsze się dogadujemy, ale tak jest i u innych par. Może nawet my się mniej kłócimy, obrażamy na siebie, a więcej sobie tłumaczymy? Znamy nasze choroby, staramy się je zrozumieć, zaakceptować, chociaż nieraz nie jest to łatwe. Mamy trochę inne charaktery, zainteresowania, poglądy, ale także mamy względem siebie ogromną tolerancję i akceptację. Po prostu się kochamy. Kiedyś nawet doszłam do wniosku, że gdybym nawet przestała kochać mojego partnera, to i tak z nim będę, bo nikt nie dał mi tak wiele, nie był ze mną w tych trudnych chwilach choroby, nie akceptował mnie w pełni. Czy bycie z kimś z wdzięczności ma sens? Dla mnie ma. I wiem, że dla mojego ukochanego także. Właściwie ten wpis miał być trochę o czym innym,bo chciałam aby dotyczył pewnych problemów w naszym związku, które się jakiś czas temu pojawiły. W sumie jednak, jak się pojawiły, tak i zniknęły. Napiszę jeszcze o tym. Dzisiaj wyszła taka trochę laurka dla mojego partnera, ale jak najbardziej na to zasługuje. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, jak czułabym się w związku ze zdrową osobą, bo ta relacja jest moją pierwszą i raczej jedyną. Nie mam złudzeń, że taka osoba zrozumiałaby mnie, otoczyła opieką i zaakceptowała w pełni. Po prostu w to nie wierzę, a i miałam nieraz okazję się przekonać jak bardzo może ranić niezrozumienie i brak tolerancji. I to u osób, które nawet powinny taką tolerancję mieć, bo po prostu stale obracają się w świecie osób z zaburzeniami. Albo uważają, że rozumieją ten świat, bo są wykształcone i obyte, Często takie osoby ranią najbardziej przez swoje dyletanctwo, zapatrzenie w siebie, zadufanie i uważanie, że wiedzą i rozumieją wszystko. Ale mniejsza z tym. Na dziś wystarczy. Jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czy związki par z zaburzeniami mają szanse przetrwać, to mogę napisać tylko jedno – jest to sprawa indywidualna, bardzo intymna, zależy od partnerów, od stopnia ich zaangażowania, od stanu ich zdrowia i wielu innych czynników. Nie są to związki proste, ale też nie ma co demonizować. Relacja moja z ukochanym trwa prawie osiem lat. Można? Można.