Kalendarz

Październik 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

Moje życie z zaburzeniam

Czy związek osób z zaburzeniami psychicznymi ma sens?

Ten wpis będzie dotyczył moich relacji z ukochanym. Prawdopodobnie wspominałam już o tym w jednym z poprzednich wpisów. Być może kiedyś pisałam o tym, w jakich okolicznościach się poznaliśmy, kiedy to było i jak rozwijał się nasz związek. Na wszelki wypadek w wolnej chwili przejrzę starsze posty i sprawdzę to. Jeśli pominęłam ten ważny wątek z mojego życia, to na pewno do niego wrócę. Nie jest łatwo być w związku, jeszcze trudniej jest, gdy ukochana osoba jest chora, a jeśli dwie osoby chorują, robi się trochę nieciekawie. Osobiście mogę wypowiadać się tylko o sytuacji, gdy związek tworzą dwie osoby z zaburzeniami psychicznymi, bo nawet nie znam par, które mają jakieś dysfunkcje fizyczne. Mogłabym sporo napisać o innych związkach, w których jedno z partnerów albo oboje zmagają się z chorobami psychicznymi, ale wolę jednak skupić się na sobie i moim ukochanym. Może kiedyś zdecyduję się napisać notkę także o moich znajomych, ale nie dziś. Jak wygląda mój związek? Właściwie całkiem zwyczajnie, nie różni się jakoś specjalnie od relacji par zdrowych. Spotkałam się nieraz w mediach z komentarzami zdrowych osób, z których wynikało, że właściwie takie pary jak ja i mój chłopak nie bardzo mają rację bytu. Jeszcze częściej stykałam się z wpisami np. w internecie, z których płynął jasny przekaz – jeśli jesteś zdrowy/a i spotykasz się z osobą chorą psychicznie, to jak najszybciej zakończ ten związek, bo jedynie będziesz cierpieć, osoba chora nie nadaje się do związku, zniszczy ciebie i twoje życie , albo zabije ciebie albo popełni samobójstwo i mnóstwo innych argumentów. Jak ja się do tego odnoszę? Myślę, że każdą sytuację należy rozpatrywać indywidualnie, nie można wszystkich chorych wrzucać do jednego worka. Oczywiście jest mnóstwo nieszczęśliwych związków, w których jedno lub oboje partnerzy są zaburzeni i po prostu nie radzą sobie ze wspólnym życiem. Ale nie jest to regułą. Ja i mój partner dobrze się dogadujemy, wspieramy wzajemnie, opiekujemy się sobą, jesteśmy na siebie uważni. Poznaliśmy się w ośrodku wsparcia dla osób z problemami psychicznymi, po trzech latach zaczęliśmy się spotykać, a obecnie jesteśmy razem od prawie ośmiu lat. Od blisko sześciu lat mieszkamy ze sobą, głównie dzięki pomocy rodziców mojego ukochanego, którzy początkowo skontaktowali nas ze swoją znajomą, która wynajęła nam niewielkie mieszkanie w mieście. Wcześniej oboje mieszkaliśmy na wsi – ja z ojcem, a chłopak z rodzicami. Po pewnym czasie rodzice mojego Aniołka kupili to mieszkanie, a ukochany jest właścicielem jego jednej piątej, zakupionej z własnych środków. Marzymy o tym, że kiedyś będzie ono tak w stu procentach nasze, ale na ten moment na pewno nie ma na to szans. Najważniejsze jednak jest dla nas to, że możemy być razem tak na dobre i tak, jak zawsze chcieliśmy. Mieszkamy skromnie i żyjemy też raczej skromnie, ale nie musimy korzystać z pomocy innych. Nigdy o tym nie pisałam, być może wstydziłam się tego, ale ja utrzymuję się z renty socjalnej i zasiłku pielęgnacyjnego, a mój ukochany pracuje w niepełnym wymiarze godzin i dodatkowo ma rentę inwalidzką. Nie potrzebujemy dodatkowego wsparcia finansowego i to nas bardzo cieszy. Marzę o tym, aby pójść do pracy, ale na ten moment nie czuję się na siłach. Nie łączymy swoich dochodów, właściwie każde z nas utrzymuje się jakby oddzielnie, bo mi tak pasowało. Nie wyobrażałam sobie, że mam być na utrzymaniu mojego chłopaka. W praktyce wygląda to tak, że składamy się po połowie na rachunki czy jakieś większe wydatki, a jedzenie czy inne rzeczy każdy kupuje dla siebie. Kiedy Aniołek sfinansował nam pralkę, ja stwierdziłam, że będę kupować proszki i on nigdy nie będzie się do nich dokładał. I tak to u nas wygląda. Może dziwnie, ale nam to odpowiada. Czy planujemy dzieci? Nie. Nie mam instynktu macierzyńskiego, nigdy nie chciałam mieć dzieci. Poza tym, wiem, że nie do końca radzę sobie sama ze sobą, więc jak poradziłabym sobie z dzieckiem? Nie wyobrażam sobie odstawienia leków. W obu naszych rodzinach były przypadki chorób psychicznych, w mojej więcej, chociażby mama i babcia, my też chorujemy, więc ryzyko zachorowania naszego dziecka byłoby wysokie. Naszą decyzję popierają osoby nam najbliższe, jak i fachowcy, z którymi rozmawiałam. Czy to egoistyczne podejście? Pewnie dla wielu osób tak, ale dla mnie to po prostu odpowiedzialność. Nie zamierzam się wypowiadać w temacie, czy osoby chorujące psychicznie powinny czy nie powinny mieć dzieci. To sprawa indywidualna każdej pary, a moje zdanie zachowuję dla siebie. Nam nasze podejście odpowiada. W styczniu tego roku mój ukochany poprosił mnie o rękę, a ja się zgodziłam, chociaż raczej nie planowaliśmy wcześniej ślubu. Przez jakiś czas zależało mi na sformalizowaniu naszego związku, ale że obecny narzeczony raczej był na nie, dałam sobie z tym spokój i uszanowałam jego decyzję. Po kilku latach jednak zmienił zdanie, ale tym razem to ja zaczęłam się wahać. I choć oficjalnie jesteśmy narzeczeństwem, w najbliższym czasie nie wybieramy się do urzędu. W pewnym momencie nawet oddałam pierścionek, a właściwie, jak to określił Aniołek, dałam mu go na przechowanie. Miałam wtedy gorszy okres, a małżeństwo to bardzo poważna decyzja dla mnie. Nie chciałam, żeby partner żałował kiedykolwiek, że jest ze mną, gdyby nie dawał sobie rady z moimi objawami chorobowymi. Nie chciałam go wiązać na całe życie, obarczać taką odpowiedzialnością. Wiem jednak, że on nie ma nic przeciwko temu. Pierścionek dalej leży w jego szafce, ale być może wkrótce znów wróci do mnie, bo będziemy razem mimo wszystko. Nieważne czy sformalizujemy nasz związek czy nie. Wiem, że możemy na siebie liczyć, wspieramy się w każdej sytuacji, mój partner wykazał się wręcz niezwykłym człowiekiem, gdy moja choroba zwyciężała. Było to parę lat temu, a pogorszenie było związane z tym, że miałam problemy hormonalne i musiałam odstawić lek przeciwpsychotyczny. Akurat ten lek tonował mnie, byłam po nim zrównoważona, spokojniejsza, nie miałam urojeń ksobnych, nie miałam ogromnych wahań nastrojów, które objawiają się u mnie popadaniem z euforii w rozpacz. Kiedy odstawiono mi neuroleptyk, a był problem z dopasowaniem nowego (zresztą przez pewien czas nie mogłam brać żadnego leku przeciwpsychotycznego), dawałam nieźle popalić mojemu chłopakowi. Choroba mną rządziła absolutnie, chociaż zachowywałam się też, że tak powiem normalnie. Jednak wybuchy były. Po każdej akcji, chociażby ucieczek czy napadów agresji czy pretensji, przepraszałam ukochanego, a od niego słyszałam tylko jedno – Nic się nie stało. Bo dla niego miłość do mnie była zawsze ważniejsza niż gniew i zawsze przeważała. Do dziś tego nie rozumiem. Nasz związek jest czasem trudny, nie zawsze się dogadujemy, ale tak jest i u innych par. Może nawet my się mniej kłócimy, obrażamy na siebie, a więcej sobie tłumaczymy? Znamy nasze choroby, staramy się je zrozumieć, zaakceptować, chociaż nieraz nie jest to łatwe. Mamy trochę inne charaktery, zainteresowania, poglądy, ale także mamy względem siebie ogromną tolerancję i akceptację. Po prostu się kochamy. Kiedyś nawet doszłam do wniosku, że gdybym nawet przestała kochać mojego partnera, to i tak z nim będę, bo nikt nie dał mi tak wiele, nie był ze mną w tych trudnych chwilach choroby, nie akceptował mnie w pełni. Czy bycie z kimś z wdzięczności ma sens? Dla mnie ma. I wiem, że dla mojego ukochanego także. Właściwie ten wpis miał być trochę o czym innym,bo chciałam aby dotyczył pewnych problemów w naszym związku, które się jakiś czas temu pojawiły. W sumie jednak, jak się pojawiły, tak i zniknęły. Napiszę jeszcze o tym. Dzisiaj wyszła taka trochę laurka dla mojego partnera, ale jak najbardziej na to zasługuje. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, jak czułabym się w związku ze zdrową osobą, bo ta relacja jest moją pierwszą i raczej jedyną. Nie mam złudzeń, że taka osoba zrozumiałaby mnie, otoczyła opieką i zaakceptowała w pełni. Po prostu w to nie wierzę, a i miałam nieraz okazję się przekonać jak bardzo może ranić niezrozumienie i brak tolerancji. I to u osób, które nawet powinny taką tolerancję mieć, bo po prostu stale obracają się w świecie osób z zaburzeniami. Albo uważają, że rozumieją ten świat, bo są wykształcone i obyte, Często takie osoby ranią najbardziej przez swoje dyletanctwo, zapatrzenie w siebie, zadufanie i uważanie, że wiedzą i rozumieją wszystko. Ale mniejsza z tym. Na dziś wystarczy. Jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czy związki par z zaburzeniami mają szanse przetrwać, to mogę napisać tylko jedno – jest to sprawa indywidualna, bardzo intymna, zależy od partnerów, od stopnia ich zaangażowania, od stanu ich zdrowia i wielu innych czynników. Nie są to związki proste, ale też nie ma co demonizować. Relacja moja z ukochanym trwa prawie osiem lat. Można? Można.

W poszukiwaniu zdrowych relacji.

Trudno mi samej określić, jak się teraz czuję. Jest lepiej, gdy biorę pełne dawki leków, ale nie widzę jakiejś znaczącej różnicy między tym czasem sprzed mojej lekowej rewolucji a obecnym. Jak byłam agresywna, tak i dalej jestem, jak miałam stany depresji, niechęci i płaczu, tak i dalej je mam. Może teraz nawet jeszcze więcej płaczę, a na pewno mam w sobie ogromny smutek, czasem rozpacz. Najgorsze są poranki i wieczory, wówczas najgorzej się czuję. Być może moje samopoczucie nie jest już obecnie tak bezpośrednio związane ze stresem pomaturalnym i jeszcze jedną sprawą, o której tu nie piszę, ale po prostu wpadłam po uszy w sezonową depresję, jak co roku zresztą. Właściwie to kilka spraw się na siebie nałożyło i ciężko stwierdzić, co tak naprawdę jest przyczyną mojego fatalnego stanu zdrowia. Poczekam do środy – wówczas idę do psychiatry, bo i leki mi się kończą i muszę poważnie porozmawiać z moją panią doktor. Myślałam nawet o szpitalu, ale raczej oddziale dziennym niż zamkniętym. Zobaczę, jak się sprawy potoczą.
Ostatnio wspominałam o odrzuceniu znajomych przeze mnie. I na tym właściwie dziś chciałam się skupić. Nie było tak, że sytuacja ta miała związek z odstawieniem części leków. Decyzja zapadła nieco wcześniej. Po prostu postanowiłam nie odbierać telefonów i nie odpisywać na smsy. Nie sądziłam, że ktoś się tym przejmie. Jednak dość szybko zareagowała moja Ania, która zaczęła bombardować mnie wiadomościami i dociekać, co się ze mną dzieje. Jeszcze zanim to nastąpiło, miała do mnie pewną prośbę, a ja jej nigdy nie odmawiam. Jednak tym razem zignorowałam ją, chociaż pierwsza moja myśl nakazywała mi pomóc. Nie uległam, chociaż serce mnie bolało. W końcu po rozpaczliwych próbach skontaktowania się ze mną, Ania poprosiła o pomoc Tomka, mojego dobrego kolegę, ponieważ ma on numer telefonu do mojego narzeczonego. Zadzwonił więc i dowiedział się od Aniołka, że ja po prostu źle się czuję. Tak więc oboje się uspokoili. Myśleli, że mam lekką niedyspozycję i niedługo mi przejdzie, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że robię rewolucję w moim życiu. I dobrze, że nie znali szczegółów, bo moje plany spełzły na niczym. Iza też do mnie w tamtym czasie pisała i dzwoniła, ale potraktowałam ją tak samo jak innych. Okazało się później, że musiała mieć sporego stracha o mnie, bo dzwoniła nawet do mojego terapeuty, czy ja się do niego odzywam. Nie sądzę, żeby Paweł nie miał większych problemów, jak tylko myśleć, czy ma ze mną kontakt, czy nie. Jednak gdy Iza zadeklarowała, że podejdzie do mnie któregoś dnia, podobno poprosił, żeby do niego zadzwoniła, gdy tylko czegoś się dowie. Nie wiem, czy to było szczere i wynikało z sympatii, czy po prostu powiedział tak na odczepnego. Przecież mógł sam zadzwonić czy napisać, co jakiś czs włączałam telefon. Ale mniejsza z tym. W sumie zostałam sama przez jakiś czas, tylko z moim ukochanym, z którym zresztą i tak nie mogłam dojść do porozumienia. Nie chciałam żadnych kontaktów z ludźmi, brzydziłam się innymi, marzyłam o tym, aby na świecie był jakiś gatunek robotów, z którymi można byłoby kontaktować się zamiast z drugim człowiekiem. Nie chciałam wychodzić z domu, aby kogoś nie spotkać, a gdy już musiałam wyjść, to przemykałam jak duch, patrząc się w ziemię. Nie odzywałam się do nikogo. Czasem napisałam coś do kogoś w sieci, ale tu także wyobrażałam sobie, że po drugiej stronie nie ma człowieka tylko jakaś inna istota, może skonstruowana przez ludzi, ale zaprogramowana tak, że nie umie ranić innych. Ta zupełna obojętność, a nawet złość na istoty ludzkie musiała mieć u mnie związek z odstawieniem części leków, ale i wynikała z rozczarowania. Już kiedyś miałam taki problem i takie emocje mną targały, ale uległo to wyciszeniu. Jednak po latach wszystko wróciło. Myślę, że głównie wdarło się tu rozczarowanie ludźmi, którzy mnie otaczają. O moich relacjach z narzeczonym napiszę kiedy indziej, dziś tylko o innych osobach. Mój tato jest dla mnie bardzo ważny, uwielbiam z nim dyskutować, zawsze mamy tematy do rozmów, nigdy nie nudzimy się ze sobą. Jednak to typ samotnika, który właściwie cieszy się, że pozbył się mnie z rodzinnego domu. Ja też nie wyobrażam sobie powrotu, ale chcę, aby nasze relacje były nadal dobre. Widujemy się średnio 2 razy w tygodniu, czasem raz. Nie narzekam na częstotliwość, ale brakuje mi pewnej głębi, zażyłości. Wiem, że nie mogę mu o wszystkim powiedzieć, pewne sprawy ukrywam, żeby się nie martwił. Dawniej mogłam mu się wygadać, był prawie przyjacielem, lepszym słuchaczem niż niejeden psycholog. Zmęczyła go jednak ta rola, teraz nasze relacje są dobre, ale czasem brakuje mi tego taty – słuchacza, który umiał dobrze doradzić. Uważa on jednak, że skoro jestem na swoim, to ma sobie radzić sama, a jego nie obarczać. Trochę inaczej ma się sprawa z moimi znajomymi. Otóż zdecydowana większość z nich, właściwie poza jedną koleżanką, uważała, że może się wokół mnie oplatać jak liana i wysysać moje soki życiowe jak takie wampiry energetyczne. Bo przecież mi można wszystko powiedzieć, stale mówić o swoich problemach, wypłakiwać się. Lubię pomagać innym, umiem słuchać, ale już miałam tego naprawdę dość. Ci wszyscy ludzie przytłoczyli mnie sobą, sprawili, że moja energia gdzieś ulatywała, nie mogłam skupić się na sobie. Gdy ja chodziłam z moimi problemami do profesjonalisty i płaciłam za to, oni przychodzili do mnie jak do konfesjonału lub darmowego psychoterapeuty, bo przecież ja zawsze wysłucham, doradzę, przytulę, pomartwię się razem z nimi albo ponarzekam na paskudny świat. W końcu miałam dość, poczułam się mała, nieważna, zdominowana, sądziłam, że ja się zawsze muszę dobrze czuć, aby mieć siły dla innych. Byłam postrzegana jako ta silniejsza, zdrowsza, radząca sobie zawsze i w każdej sytuacji. A kiedy ja potrzebowałam pomocy – nie było nikogo. Któregoś razu Iza, po długiej rozmowie, podczas której wylała całe morze łez, powiedziała, że jak najbardziej ja też się mogę jej wypłakać. Nie wierzyłam w to, ale pewnego dnia zaczęłam mówić o sobie, o dość neutralnych sprawach. I co napotkałam? Obojętność, może znudzenie i nakierowanie rozmowy na siebie. Postanowiłam więcej nie próbować. Nie wiem, jak dalej się sprawy potoczą, obecnie znów mam pewien kontakt z bliskimi, ale chyba muszę zmienić charakter naszych relacji. Byłam taka dumna,że tak bardzo mi ufają, szczególnie Tomek, który jednak dość mocno mnie obciążał, bo mówił mi o sprawach, o których nie wie nikt. Teraz jestem już tylko zmęczona. Dobrze, że jest choć jednak koleżanka, która traktuje mnie jak partnerkę do rozmowy, a często też wysłucha. Cenię ją za to i cieszę się, że chciała po latach odświeżyć ze mną kontakt, który, kiedyś tam, szybko się urwał. Trochę się boję, aby sytuacja się nie powtórzyła, ale mam nadzieję, że dziewczyna jest na ten moment na tyle dobrze prowadzona przez swojego lekarza, który dobrał jej leki, że nie zamknie się znów w domu i nie zerwie kontaktów ze wszystkimi. Obecnie ona pomaga mi a ja jej i to jest zdrowa relacja. Oby więcej takich w moim życiu. Jest jeszcze pewna osoba, z którą chciałabym mieć taki kontakt, ale to raczej niemożliwe, bo ten ktoś nastawiony jest na dawanie. Tak już po prostu ma. Zawsze pozostają mi też znajomości internetowe. Pewnie miałabym okazję poznać kogoś z sieci w realnym świecie, ale nie chcę, bo boję się niezrozumienia i odrzucenia. Ostatnio moje poczucie własnej wartości szybuje dość mocno w dół i tu głownie leży przyczyna.

Nie udało się.

Nie powiodła się moja mała, osobista rewolucja, przynajmniej ta związana z lekami. Gdy odstawiłam jedynie połowę dziennej dawki leku przeciwpsychotycznego i zmniejszyłam też o połowę jeden z antydepresantów, nie było źle. Jednak postanowiłam całkowicie wyeliminować lek na depresję i tu pojawiły się problemy. Początkowo winiłam za nie pogodę, bo rzeczywiście była i jest paskudna. Tak więc zwalałam na nią silne osłabienie, które powodowało, że nie mogłam wyjść z domu, bo miałam wrażenie, że się zaraz przewrócę. Zresztą nawet po mieszkaniu chodziłam powoli. Czasem odczuwałam silne bóle głowy promieniujące na oczy, ale jeszcze częściej po prostu miałam takie dziwne stany – tak jakby młoty uderzały w moją czaszkę, chociaż nie było to bolesne. Myślałam, że mój stan psychiczny, jaki towarzyszy mi od kilku miesięcy, nie pogorszy się zbytnio, ale jednak myliłam się. Pogłębiły mi się lęki, zaczęłam bać się ludzi, stałam się jeszcze bardziej agresywna (nie sądziłam, że to możliwe) niż do tej pory i wciąż szukałam zaczepki. A że nie wychodziłam z domu, więc obrywało się mojemu partnerowi. Ciągle miałam do niego o coś pretensje, wybuchałam bez powodu, albo z byle powodu, po prostu mnie denerwował. Narozładowanie tej koszmarnej agresji (po raz pierwszy od kilku lat miałam ochotę czymś rzucić o podłogę) wpływał tylko płacz, więc dość często płakałam. Odstawiłam częściowo leki, bo sądziłam, że skoro i tak źle się czuję, to spróbuję życia bez chemii, ale nie udało się. Po prostu wyraźnie poczułam się gorzej. W sumie trochę mi na tym zależało, bo chciałam po części doprowadzić siebie do samounicestwienia, tak bardzo czułam się nieszczęśliwa wydarzeniami ostatnich miesięcy, a szczególnie jednym z nich. Czy myślałam też o samobójstwie? Pewnie tak, a byłoby to łatwiejsze bez chemii, którą łykam codziennie i która trzyma mnie w ryzach. Tylko że myśli rezygnacyjne miałam już znacznie wcześniej i dochodziły do nich nieraz plany których jednak tak nie nazywałam i dalej nie chcę ich tak określać. Od tego tygodnia zaczęłam zwiększać leki, teraz biorę pełne dawki i mój stan się polepszył. Trochę żałuję tego, co zrobiłam, a trochę nie, byłam przekonana, że moje złe samopoczucie nieulegnie jeszcze większemu pogorszeniu, ale niestety tak się stało. Przestałam ufać mojej lekarce, ale już chyba lepiej zmienić lekarza niż decydować się samemu nim być.  Gdybym w ten sposób, czyli źle się czując, skrzywdziła tylko siebie, nie byłoby problemu, ale ja również skrzywdziłam mojego ukochanego, robiąc mu ciągłe awantury, a także odbiło się to na moim terapeucie, bo miałam w tym akurat czasie wizytę. Moje zachowanie wpłynęło też na moich znajomych, których odrzuciłam. Dlaczego? o tym w następnym wpisie.
Powoli sytuacja wraca do normy, przynajmniej jako takiej, bo dobrze nie jest. Ale i przed eksperymentami z lekami nie było. Zastanawiam się, co dalej robić z tym fantem – wizyta u lekarza, zmiany w lekach, szpital? Będę myśleć do przyszłej środy, bo wówczas faktycznie powinnam pójść na wizytę, inaczej zostanę bez prochów. A już tego nie chcę. Myślę też nad lekarzem ogólnym, bo chcę coś sprawdzić. Cieszyłabym się, gdyby okazało się, że moje zaburzenia mają jakieś podłoże fizyczne, bo może po prostu łatwiej wówczas byłoby mi się leczyć, ale obawiam się, że nic z tego. Zresztą zobaczymy.

Mała rewolucja.

Na dzień dzisiejszy nie kombinuję dalej z lekami, zostaje na razie to, co jest, czyli jeden antydepresant poszedł w odstawkę, wieczornego wolę nie ruszać jeszcze, chociaż ciekawa jestem, czy dałabym radę spać bez prochów. Nie robiłam tego od kilkunastu lat, więc nie mam zielonego pojęcia, jak by to było. Podejrzewam, że mój organizm mógłby zareagować totalną bezsennością. Na początku na pewno by tak było, ale w końcu musiałby się zmęczyć. Byłam już w sytuacji, gdy jeden z leków tak dziwnie na mnie działał, że miałam podczas jego zażywania duże problemy ze snem. Owszem, zasypiałam szybko, ale budziłam się o trzeciej w nocy i było już po spaniu. Wciąż byłam wówczas zmęczona, nie nadawałam się do życia, więc poprosiłam lekarza o coś konkretnie na sen i dostałam środek, który przez krótki czas może być stosowany nawet codziennie, ale najlepiej przyjmować go doraźnie. Jak się wkrótce okazało, zamiast dodatkowego środka nasennego, wystarczyło po prostu zmienić lek, który nie pozwalał mi spać. Czasem jednak jak się lekarz na coś uprze, to nie da rady go przekonać (no bo przecież ten lek taki dobry, tak dobrze na innych działa i w ogóle to, o co mi chodzi). Tylko, że ja też jestem uparta i nie zamierzałam pozbawiać się snu i ogólnie wyglądać jak zombie, bo to ja łykałam ten lek, a nie psychiatra. Postawiłam więc na swoim, a ten środek, który wówczas dostałam wspomagająco na sen, czasem jeszcze i dziś mi służy, chociaż bardzo rzadko biorę na niego receptę. Bo jednak, gdy nie mogę zasnąć, zawsze ma to u mnie podłoże nerwowe i lękowe i wystarczy po prostu nieduża dawka uspokajacza, oczywiście też doraźnie i jak najrzadziej. Gdy i to nie pomoże, wstaję z łóżka, robię sobie herbatę, siadam w fotelu obok mojego kota, który jak zwykle lubi sobie poczuwać w nocy, i tak siedzimy, aż się zmęczę i jeszcze coś tam dośpię, czasem w ubraniu na kołdrze. Właściwie to ja nie powinnam mieć żadnych problemów ze snem, bo na wieczór mam trójpierścieniowy antydepresant, a one raczej mnie zwalają z nóg przynajmniej na te kilka godzin, ale cudów nie ma i gdy pojawia się naprawdę trudna sytuacja, jakiś problem, duże emocje, to nawet garść tabletek nie zadziała. Z leku przeciwpsychotycznego też nie rezygnuję na razie, ale zmniejszyłam dawkę o połowę. Nie sądzę, aby nagle miały się u mnie pojawić urojenia, bo nie pamiętam sytuacji, żebym w ogóle je kiedyś miała. No chyba, że ksobne. Znam i pamiętam je jednak na tyle dobrze, że wiem, jak je w porę wychwycić. Lek przeciwpsychotyczny biorę, żeby nie mieć ogromnych wahań nastrojów i agresji, tylko, że jak już ostatnio wielokrotnie pisałam, agresję to ja mam teraz codziennie, od wielu miesięcy. Zastanawiałam się, skąd ona się wzięła i dlaczego mnie tak męczy i doszłam do kilku wniosków. Swego czasu dowiedziałam się, że takie zachowania są dziedziczne i może tu jest wyjaśnienie, bo moja rodzina, dalsza i bliższa, to przeważnie ludzie dość mocno agresywni. Na podstawie ich zachowań można byłoby stworzyć niezłą pracę literacką. Nie wszyscy mieli problemy z alkoholem, ale ci, co mieli, to już totalni furiaci. Może więc i ze mnie teraz wyłazi w najlepsze totalne wariactwo, którego nie są nawet w stanie okiełznać leki? No cóż, rodziny się nie wybiera, a ja mocno wierzę genetyce. Myślałam też, że może to moje zachowanie to jeszcze pokłosie złości, w jaką wpadłam, gdy zarówno mój ukochany jak i terapeuta próbowali na siłę odciągnąć moje myśli od matury. Nie chciałam wówczas zajmować się niczym innym, wolałam skupić się na najważniejszym, a tymczasem Aniołek nagle wymyślił sobie zaręczyny, a Paweł też robił wiele, żebym dryfowała myślami w innych kierunkach. Niby chcieli dobrze, ale do dziś jestem na nich zła. Bo ja wolę postępować tak, jak ja chcę i nienawidzę, gdy próbuje się mnie rozpraszać. A już po prostu trafia mnie, gdy się ze mną pogrywa. Mam też kolejną koncepcję – ta ciągła agresja ma jakiś sens, chce mi coś powiedzieć. No może nie ona, bo to objaw, ale moje ciało, podświadomość, dusza czy cokolwiek innego. Tylko o co tu chodzi? Może to jakiś znak, wskazówka? Może ona zawsze we mnie tkwiła, ale ja ją doskonale maskowałam, bo przecież nie wypada się złościć? Tylko dlaczego atakuję osoby mi najbliższe, a najbardziej obrywa się człowiekowi, który tak wiele dla mnie zrobił i którego kocham jak nikogo na świecie? To mnie przeraża, bo pokazuje mi jak złą osobą jestem, ile we mnie pretensji, złośliwości, nieczułości i pogardy dla innych. Jestem też wredna wobec osoby, która nie może (nie chce?) dać mi tego, czego ja oczekuję, a nawet żądam. Ostatnimi czasy zmieniłam się dość mocno(może zawsze taka byłam, tylko to ukrywałam?), stałam się bardziej samolubna i władcza. Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby to mi było dobrze, żebym osiągała to, co chcę i nie rozumiem, gdy czegoś nie mogę otrzymać. Patrząc w sumie wstecz, często dostawałam, to co chciałam, chociaż przeważnie musiałam się natrudzić, żeby to zdobyć. Gdy spodobał mi się mój obecny narzeczony, po prostu musiał być mój, decyzja o wspólnym zamieszkaniu była moja, brak dziecka w naszym związku też jest po mojej myśli. Nie znaczy to, że nie ponosiłam porażek – owszem były, nawet często i ogromnie je przeżywałam. Obecnie, od kilku miesięcy, także walczę, ale już wiem, że jestem na straconej pozycji. Tylko, że ja się nie umiem z tym pogodzić. Urażona ambicja, poczucie odrzucenia – chyba o to chodzi. Jak ktoś mi może odmawiać tego, po co ja chcę sięgnąć? Wychodzi ze mnie egoizm pełnymi garściami. I może to też jest jeden z powodów, dla których odstawiam leki. Jeśli nie mogę mieć mieć tego, co chcę, to nie tylko agresja we mnie narasta, ale i autoagresja, chęć ukarania siebie za to, że nie jestem dość dobra. Bo jeśli nie mogę czegoś mieć, to nie zasługuję na to, jestem gorsza od innych, powinnam usunąć się na bok. Czyli zniszczyć siebie. Znikam ja – znika problem. Nie, nie mam myśli samobójczych, to by było za proste. Może gdzieś tam z tyłu głowy, coś mi nieraz świta, ale to u mnie norma. Czasem śmieszy mnie, gdy ktoś mi zarzuca nie tylko myśli, ale i szeroko zakrojone plany, bo ja tego po prostu nie widzę. Albo nie chcę zobaczyć i oszukuję samą siebie. Bo w jakiś tam sposób dążę do samozagłady, ale nie bardzo wiem, co by to miało oznaczać. Może po prostu odsunięcie się na bok, pobycie chwilę, taką dłuższą, w samotności, zamknięcie się na świat i ludzi, przeczekanie. Albo upadek na samo dno, z którego się odbiję. Albo i nie. W każdym razie zakrawa to na małą rewolucję, co nie do końca mi się podoba. Ale ja trochę zbyt długo w życiu robiłam małe kroki albo za często cofałam się przed nieznanym. Lekarka dała mi przyzwolenie na modyfikowanie dawkami leków, więc korzystam. Oczywiście nie było mowy o eliminacji któregoś, ale ryzykuję. Zawsze jest droga powrotna, gdyby coś poszło nie tak. Nikt ze znajomych nie wie o tym, tylko mój domownik jest wtajemniczony i jeszcze ktoś. Zdziwiłam się mocno, gdy narzeczony powiedział, że mnie podziwia, bo on nie ma takiej odwagi. Chyba raczej nie jest na tyle głupi i chwała mu za to. Obecnie czuję się tak sobie czyli właściwie tak samo, jak tydzień, dwa, miesiąc czy pół roku temu. Ciężko powiedzieć, o czym to świadczy. Ja wiem, o czym chciałabym, żeby to świadczyło, ale za małą mam wiarę.

Największa głupota w moim życiu?

Dzisiejszy wpis jest dla mnie bardzo wyjątkowy. Z tego względu, że postanowiłam się otworzyć chyba bardziej niż dotychczas to robiłam. Tak naprawdę miał on być o czymś innym – o tym, jak i dlaczego straciłam koleżankę, której bardzo chciałam pomóc, o tym, że mam ostatnimi czasy rewelacyjne relacje z inną koleżanką, Izą, o której nieraz już pisałam, o tym, jak przeżyłam moje 35 urodziny i jaki wspaniały prezent otrzymałam od mojego narzeczonego, o tym, że nareszcie, po tylu latach, zyskałam  przyjaciela mężczyznę, czy też o tym, że myślę o podjęciu pracy, a i temat studiów nie jest mi obcy( oczywiście w dalszej przyszłości). Ale żadnego z tych tematów dziś nie podejmę, chociaż, poza jednym, są to bardzo pozytywne wydarzenia w moim życiu. A raczej były one pozytywne, ponieważ mam dziwaczną przypadłość obracania tego, co dobre, w negatywy. Czasami też potrzeba czasu, aby stwierdzić, czy to co brałam za uśmiech losu, rzeczywiście nim było. Nie zamierzam jednak pisać, że pomyliłam się i twierdzić, że powyższe wydarzenia nie były ważne, nic mi nie dały i właściwie nie ma o czym mówić. Jeszcze dwa tygodnie temu rozpisywałabym się o nich z uśmiechem na ustach i miałabym ogromną satysfakcję, że jednak dobrze mi się wiedzie.  Bo tak było, a przynajmniej wydawało mi się, że tak jest. Cenię to, co się wydarzyło, ale podchodzę teraz do tego z dystansem i nie bezkrytycznie. Obecnie w moim życiu zachodzą pewne zmiany, być może są to nawet i będą zmiany przełomowe. Nie dzieje się to od dziś, ale ma już miejsce od mniej więcej kilkunastu dni. Zrobiłam coś, czego być może nie powinnam, a nawet nie mam prawa robić na własną rękę – odstawiam leki. W tym momencie wychodzę na osobę niepoważną i lekkomyślną, bo pamiętam dobrze, jak jeszcze sama właśnie tu, na blogu, pisałam, że nie powinno się tego robić. Podawałam także wtedy liczne przykłady, jak źle może się to skończyć, czego byłam, a czasem jeszcze jestem świadkiem. Pamiętam też, jak wyrzucałam sobie sytuację, w której nagle odstawiłam lek antydepresyjny, co początkowo spowodowało u mnie euforię, a potem totalną depresję. Obiecałam wówczas, że więcej tego nie zrobię. Dlaczego więc teraz robię to, co robię? Może zwariowałam do reszty i właściwie od razu powinno się mnie zapakować w kaftan, a przynajmniej zaserwować sporą dawkę leków uspokajających? Nie przeczę i nawet nie kłóciłabym się z osobami, które powiedziałyby mi to prosto w oczy. To nie była łatwa decyzja i wcale nie jestem przekonana, czy wiem, co robię. Dojrzewało to we mnie długo. Muszę tu znowu powrócić do mojej nieszczęsnej matury i stresu, który nie dawał mi spokoju już parę miesięcy przed egzaminem, osiągnął apogeum w maju, może też w czerwcu i lipcu i nie zmniejszył się do tej pory. Jak pisałam niedawno, mój terapeuta stwierdził, że mój organizm i myśli nadal tkwią w późnym okresie przedmaturalnym i pewnie tak jest. Lekiem na to miało być poszukanie nowego celu, który zajmie mój umysł. Powinnam tak zrobić, ale po prostu nie mam na to ani siły ani ochoty. Pojawiały się w mojej głowie pojedyncze myśli o celach, ale dość szybko znikały. Niszczył je mój fatalny stan psychiczny, który towarzyszył mi od momentu egzaminu. Ciągłe stany depresyjne, zbyt częste ataki paniki, myśli samobójcze, poczucie bezsensu i beznadziei, ataki płaczu, a przede wszystkim nowość w moim zachowaniu, czyli ciągła agresja, nie dawały mi spokoju. Nie tylko matura się przyczyniła do mojego zachowania, ale i pewna inna sytuacja, która miała miejsce parę miesięcy temu. Jest to jednak na tyle drażliwy dla mnie temat, że nie jestem w stanie go opisać. Wiem jednak, że problem ten musi zostać koniecznie rozwiązany, nad czym próbuję pracować. Jak dotychczas – z mizernym skutkiem. Nie jest tak, że nie próbowałam nic zrobić z moim fatalnym samopoczuciem. Ten stan trwa dobre kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, by miał trwać dalej. Walczyłam i walczę sama, wyszukuję sobie zajęcia, zmuszam się do jakiejkolwiek aktywności, próbuję obudzić w sobie radość, nie dawać się czarnym myślom. Dzięki temu zdarzały i zdarzają się dobre momenty. Ale czy można normalnie funkcjonować, opierając się tylko na momentach, krótkich chwilkach, które są tak ulotne?  Mieć jaki taki środek dnia, podczas gdy poranki i wieczory są przepełnione płaczem, rozpaczą, gonitwą myśli i chęcią samounicestwienia? Dodatkowo dochodzi to tego coraz gorzej przeżywane PMS i jesienna depresja. Wiedziałam, że sama nie dam sobie rady. Szukałam pomocy u Pawła i mojej lekarki. Jak już pisałam, od jakiegoś czasu spotykamy się z Pawłem co miesiąc, niejako kontynuując terapię, która kiedyś została zawieszona. Właściwie to chciałabym, aby te spotkania były co miesiąc, ale, ze względu na liczne zajęcia mojego terapeuty i brak czasu, nie mogę na to liczyć i często muszę dłużej czekać. Nie mówię, że te spotkania mi nic nie dają, ale liczyłam na coś więcej. Mamy duży problem z Pawłem,( a może to ja mam problem?), który rzutuje na te nasze spotkania. Jeśli nie zostanie on rozwiązany, to właściwie mogę zakończyć terapię, bo nie będzie ona miała sensu. Na ostatniej wizycie, po wcześniejszym przygotowaniu sobie na kartce, przedstawiłam terapeucie dość dokładnie, w jaki sposób, łatwy czy trudny, układały się nasze relacje od samego początku współpracy. I jak to jest teraz. Trochę się zdziwiłam, bo Paweł zauważył, że sam chciał mi zadać zadanie domowe na ten temat. Tylko, czy mój spokojny, opanowany i asertywny (to jego ocena) wywód tak naprawdę coś dał? Trochę nie dałam mu dojść do słowa, ale ostatecznie stanęło na tym, że ciężko coś poradzić na nasz(mój?)problem. Ja miałabym pewne rozwiązanie i sądziłam, że jest ono rozsądne i możliwe, jednak może nie do końca tak jest. Czasem zmieniają się okoliczności, czasem brakuje dobrej woli albo, bo i tak bywa, prawie wszystko okazuje się grą, która ma przynieść określony efekt. Zastanawia mnie też jedno – czy szczerość zawsze oznacza bycie niemiłym i przynosi ból i cierpienie, a bycie miłym to po prostu fałsz i nieszczerość? To tak na marginesie. Drugą osobą, do której się zwróciłam, był mój psychiatra. Chodzę do lekarki już dobre ileś lat i zauważyłam, że nasze spotkania są coraz krótsze, mimo że idę prywatnie. Myślę, że może to wynikać z faktu, że po prostu pani doktor przyzwyczaiła się do tego, że ja przeważnie przychodzę po recepty. Tylko, że bywa i tak, że mój stan zdrowia ulega pogorszeniu, tak jak ma to miejsce od czasu zawirowań maturalnych. Doszłyśmy obie do wniosku, że głównym winowajcą był i jest egzamin i ja na to przystałam. Tylko, że to trwa za długo i dodatkowo pojawiła się u mnie agresja w takim nasileniu, jakiego nigdy wcześniej nie było. Próbowałam podjąć ten temat, może trochę nieudolnie, ale odniosłam wrażenie, że właściwie spotykam się z obojętnością. No bo właściwie o co mi chodzi? Przecież już tyle lat się leczę, mam dobrze dobrane medykamenty, a może to pogoda, chandra jesienna itp. Nie, nie usłyszałam tego od psychiatry, ale mina lekarki jak najbardziej mogłaby to wyrażać. Ani słowa o zmianie dawkowania, może zmianie któregoś leku, jakimś wsparciu oddziału dziennego. Sama nie lubię rewolucji, ale mam świadomość, że jeśli samopoczucie jest aż tak długo złe, to samo na lepsze się raczej nie poprawi. Poczułam gorycz, zaczęłam myśleć nawet o zmianie lekarza, a przede wszystkim zastanawiałam się nad tym, jaki sens jest dalej chodzić prywatnie do specjalisty. Przecież państwowo tak samo mnie potraktują. Może ja oczekuję cudu? Nie sądzę, bo nie pamiętam już, kiedy oczekiwałam tak konkretnej pomocy. Przez dobre kilka lat wystarczały mi po prostu recepty, tylko raz miałam dodany lek, a oddział dzienny to był mój pomysł, zresztą jak większość leków, które biorę. Dość dawno dostałam tabletki uspokajające, gdy skarżyłam się na PMS, które miałam nawet brać codziennie. Co prawda w małych dawkach, ale jednak. Sęk w tym, że ja kiedyś uzależniłam się od tego typu środka, a poza tym nie wydaje mi się, aby codzienne faszerowanie się uspokajaczami było rozsądne. Doraźnie więc korzystam, ale wiem, że to nie rozwiąże problemu lęku, agresji czy paniki. I tu dochodzę do sedna, do mojej zapewne błędnej, ale już podjętej decyzji. Przekora, głupota, chęć sprawdzenia, czy terapia niejako uleczyła mnie z choroby, może nowy objaw chorobowy? Możliwe, że wszystko po trochu. Przede wszystkim jednak złe samopoczucie. Chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak źle mimo tego, że regularnie brałam leki. Owszem miałam nieraz nieznośne skutki uboczne, które zmuszały do zmiany leku, ale pojawiały się one już na początku. Raz zdarzyło się, że lek brany od lat, pokazał swoje ponure oblicze, co skutkowało znowu zmianą leczenia. Innym razem po prostu mi zaszkodził, przez co praktycznie odstawiono mi wszystko i bazowałam przez jakiś czas tylko na uspokajaczu. Ale już przebrała się miarka, bo co ja mam z tego, że nałykam się codziennie chemii, a zdrowie szwankuje? Nie wiem, co osiągnę, pewnie nic i za chwilę wrócę do moich pigułek. Może wyląduję w szpitalu, może zejdę z tego świata, ale nie cofam się. Powoli, etapami, obserwując siebie, robię to, czego nie powinnam. Dosyć na dzisiaj. Sama się dziwię, że tyle napisałam i ma to jeszcze jakiś sens, przynajmniej literacki, bo innego raczej nie ma. Już na koniec – jestem obecnie bez jednego z dwóch antydepresantów i na połówce dawki neuroleptyku. Ciężko powiedzieć, jak się czuję. Obecnie nie dostrzegam różnicy, przynajmniej w psychice. Jedynie ciało mam jakby lekko osłabione, ale równie dobrze może to być przeziębienie, bo i takie symptomy obserwuję.