Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

Czy ruch zawsze zbawiennie działa na nastrój?

Dzisiaj naszła mnie pewna refleksja związana z ruszaniem się, sportem, tańcem czyli po prostu z wszelakim ruchem. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście zawsze jest on dobry, a przede wszystkim, czy ma zbawcze działanie na nastrój. Zawsze słyszałam, że osoby, które mają problemy z zaburzeniami depresyjnymi czy agresją powinny się dużo ruszać, a najlepiej uprawiać jakiś sport, bo pomaga on nie tylko się wyciszyć, rozładować napięcie, a i podnosi nastrój. Myślę, jak to jest ze mną i sprawa nie jest tak oczywista, jak się wydaje. Oczywiście, nie zaprzeczam, że ruch w każdej postaci jest wskazany i jak najbardziej potrzebny, ponieważ ma zbawienne działanie na cały organizm, a więc i na mózg również. Nie mogę jednak powiedzieć, że zawsze, gdy go zażywam, czuję się dobrze. Tak po prostu nie jest. Przede wszystkim, nie mam zupełnie ochoty na żaden sport i żadną aktywność, gdy jestem w poważniejszych stanach depresyjnych. Nie jestem również wtedy gotowa, aby zmusić się do czegokolwiek, a spacer jest jedną z ostatnich rzeczy na jaką byłabym w stanie zgodzić się. Potrzebuję wówczas maksymalnej dawki spokoju, rozłożenia się na łóżku lub, częściej, zwinięcia na ulubionym fotelu i kubka dobrej, mocnej, czarnej herbaty. Nawet wołami nie dałabym  się w takim stanie wyciągnąć na choćby najkrótszą przechadzkę, bo denerwuje mnie wszechobecny ruch i ciągła bieganina wszystkich naokoło. Nie mam siły nawet pójść do pobliskiego sklepu, posprzątać czy trochę poruszać się w tańcu przed telewizorem. Tak po prostu wtedy mam. Na szczęście takie stany depresyjne są przejściowe i nie trwają zbyt długo. Gdy mam tylko lekko obniżony nastrój, trochę dopada mnie smutek i zniechęcenie, ale nie brakuje mi odrobiny energii, to lubię pójść na długi spacer, szczególnie z ukochanym. Staram się wówczas iść dość szybko, energicznie, aby się zmęczyć fizycznie, bo wiem, że lepiej się poczuję psychicznie. I tak się dzieje. Czasem pozytywny nastrój utrzymuje się godzinę, czasem dłużej, ale cieszy mnie każda poprawa, bo dużo mi to daje. Przy moich zaburzeniach każda radość, jak długo by ona nie trwała, jest ważna, a szczególnie, gdy zbliża się znienawidzone PMS czy pora jesienna, którą co roku odchorowuję. Jakiś czas temu postanowiłam też ćwiczyć do muzyki i po prostu tańczyć, chociaż umiejętności ani w jednym, ani w drugim nie mam. Ale co tam, poskaczę, powygłupiam się, porozciągam i jakoś to będzie. Ważne, że działa. Tak więc przy stanach depresyjnych staram się korzystać z ruchu, ale nie zawsze jestem w stanie. Tak sobie myślę, że gdyby ruch zawsze podnosił nastrój, to sportowcy powinni być najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi, a przecież i oni chorują na zaburzenia psychiczne, a nawet popełniają samobójstwa. Słyszałam i czytałam o co najmniej kilku takich przypadkach. Jeszcze nie poznałam swojego organizmu na tyle dobrze, by stwierdzić, czy ruch pomaga mi na stany agresji. Są pewne przesłanki, że trochę tak, ale tak do końca nie jestem co do tego przekonana. Jakiś czas temu zdarzyła mi się sytuacja, która mnie zmartwiła. Otóż byłam na długim spacerze z narzeczonym, po którym bolały mnie dość mocno mięśnie. Skoro się więc zmęczyłam, to powinnam czuć się dobrze, a tymczasem dostałam napadu agresji. Prawdopodobnie dlatego, że maszerowaliśmy zbyt wolno, a wówczas bardzo dokucza mi kręgosłup. Chyba więc powinnam na spacery raczej wybierać się sama, bo lubię szybkie tempo. A z ukochanym lepiej pochodzić po sklepach, co nieraz robię i chwalę to sobie. Nieźle byłoby czasem  też pobiegać, na co czeka moja koleżanka Iza, ale chyba za małą mam kondycję i od razu bym się zasapała. Jeśli chodzi o spacery – mam moją ulubioną trasę, gdzie jest w miarę mały ruch samochodowy, ale nie zawsze zdaje ona egzamin, zwłaszcza gdy jestem zła i atakują mnie natrętne myśli. Mój terapeuta poradził mi kiedyś, abym zmieniała trasę, a przynajmniej starała się oglądać, co zmieniło się na mojej dobrze znanej. Z tego prostego powodu, że gdy idę po raz kolejny tą samą drogą, to robię to już na ślepo i zamiast skupić się na drodze i otoczeniu, to skupiam się na tym co mam w głowie. A jeśli są tam natrętne, atakujące myśli, to robią się coraz bardziej natarczywe, zamiast odejść. A ja jestem coraz bardziej agresywna. Czyli zmiana trasy co jakiś czas jest konieczna. Albo spacer z drugą osobą, gdy rozmawiam i nie skupiam się na ty, co w głowie. W sumie więc z oddziaływaniem ruchu na moją agresję, jest jak z wpływem na depresję – czasem działa, a czasem nie. Myślę nad tym, aby ruch wszedł mi w krew i stał się codziennością. Jeśli nie spacer, to taniec, albo porządne sprzątanie, bo wydaje mi się, że każda aktywność może mieć pozytywny wpływ. Może, gdy będę bardziej rozruszana, to każdy następny ruch będzie na mnie coraz lepiej działał powodując zmniejszenie  ataków depresji czy chociaż agresji. Nie wiem, czy to możliwe, ale kto wie? Do tego jeszcze zdrowa dieta i słońce, gdy jest okazja. Trochę też eksperymentuję z ziołami, chociaż tabletki pozostają niezastąpione. I jak na czas obecny terapia też pozostaje. Sama zaproponowałam Pawłowi, czy nie moglibyśmy znowu zacząć się spotykać regularnie, bo czuję, że tego potrzebuję. Co prawda kiedyś powiedział, że już nie jest w stanie mi więcej pomóc, ale ostatecznie stwierdził, że tak było na tamten moment i że potrzebowaliśmy dłuższej przerwy. Podobno sam miał mi zaproponować regularne wizyty, ale ja chyba czytałam w jego myślach. I tak chodziłam do niego co jakiś czas i było to z korzyścią dla mnie. Teraz spotykamy się co miesiąc, czasem ponad miesiąc. Mam nadzieję, że nawet jeśli nie osiągnę takiego stanu zdrowia, jaki mi będzie odpowiadał, to przynajmniej te wizyty będą mnie motywować do dalszej walki, bo potrzebuję takiego pozytywnego bodźca. Nawet się zaasekurowałam i stwierdziłam, że wystarczy mi po prostu taki tym spotkań, po których wyjdę naładowana energią na cały następny czas, do następnej wizyty. Taka trochę magia i zaklinanie rzeczywistości, ale już miałam dawno temu taką sesję u Pawła i wiem, że to działa. A przynajmniej wówczas działało. Zobaczymy jak będzie teraz. Pracujemy jak dotąd nad problemami, konkretnie i na temat i to jak najbardziej mi odpowiada. Tym bardziej, że pojawił się pewien problem, który wymaga dużego nakładu pracy, ale jest zbyt osobisty, abym kiedykolwiek odważyła się tutaj o nim pisać. Liczę, że wkrótce się pozbędę tego balastu, bo ciąży mi on bardzo. A na dziś to tyle.

„Twarde decyzje”, „Miękkie decyzje” i cele.

Ostatnio pisałam o tym, że jeszcze nie doszłam do siebie po całym stresie związanym z maturą, potem z oczekiwaniem na wyniki egzaminu, a ostatecznie to już nawet nie wiem, dlaczego dalej się stresuję, a moje samopoczucie nie chce wrócić do jakiejś stabilizacji. Piszę, że nie wiem, ale to nie jest do końca prawda, bo właściwie na przedostatniej wizycie u mojego terapeuty dowiedziałam się, w czym tkwi problem. Zrobił on wówczas na tablicy, którą ma w gabinecie, rysunek poglądowy, aby łatwiej było mi zrozumieć problem. I ja to nawet rozumiem, ale nie chcę jakoś przyjąć do wiadomości. Co konkretnie było na tym rysunku, a właściwie schemacie? Spróbuję to przedstawić, ale nie jest to łatwe, ponieważ Paweł pisze, jak dla mnie, trochę nieczytelnie i właśnie męczę się z odszyfrowaniem, co jest przedstawione na zdjęciu tablicy, które dostałam na maila. Wolałam wcześniejszą formę, gdy wszelkie rozwiązania rysował mi na kartce, ale ostatecznie teraz też nie jest źle. Otóż na zdjęciu widzę linię, a na niej zaznaczone 4 elementy. Pierwszym z nich jest „miękka decyzja”(tu mam problem z odczytaniem, ale sens prawdopodobnie zachowam). Decyzja ta miała miejsce dość dawno temu, gdy podjęłam zadanie, polegające na zdaniu matury, a właściwie na podejściu do niej. Można nawet powiedzieć, że decyzja ta pojawiła się w mojej głowie jeszcze, gdy chodziłam do zaocznego liceum, a ostatecznie po zakończeniu nauki. Tylko, że cały czas odkładałam ją, bo po prostu nie czułam się n siłach. Nawet, gdy już podjęłam terapię, to jeszcze dwa razy rezygnowałam. Aż w końcu przyszedł moment, gdy miałam ostatnią szansę na zdawanie starej matury. Do nowej się raczej nie śpieszyłam. I wówczas, a było to mniej więcej w grudniu ubiegłego roku, podjęłam kolejną decyzję. I tym razem była to „twarda decyzja”. Taki też napis widnieje jako drugi na linii, którą umieścił na swoim schemacie mój terapeuta. A ta twarda decyzja to nic innego, jak mocna, ostateczna decyzja, że podchodzę do matury i nie ma od tego odwrotu. I tu od razu pojawia się nie tylko ogromna mobilizacja, ale i ogromny stres, który towarzyszy mi odtąd na każdym kroku. Dalej na linii znajduje się”cel numer 1-podejście do matury”. To był mój podstawowy i jedyny cel, nie myślałam wówczas o niczym innym i praktycznie na nic innego nie byłam przygotowana. Chodziło mi tylko o to, aby w ogóle zjawić się w szkole i nie dostać napadu paniki. Mogłam nawet oddać pustą kartkę. Myślałam nawet przez krótki czas, aby zaliczyć tylko język polski, a do języka niemieckiego i matematyki podchodzić za rok, a tym razem rzeczywiście oddać puste kartki, nawet gdybym posiadała jakąś tam wiedzę. Paweł przekonywał mnie, żeby tego nie robić, a ja oczywiście nie zmierzałam go słuchać, ale w końcu sama zrozumiałam, że jednak to byłoby niepoważne z mojej strony. Tak więc mamy cel numer 1, ale na linii widnieje jeszcze „cel numer 2-zdanie matury”. Wiąże się on nierozerwalnie z „twardą decyzją” i niejako siłą rozpędu, której nabrałam, gdy już decyzja była ostateczna. Ja po prostu tak się rozpędziłam, że samo podejście do egzaminu już mi nie wystarczyło i musiałam zdać tę maturę i to zdać w miarę dobrze. Dochodzi do tego i nagle pojawia się coś nieoczekiwanego. Na rysunku mojego terapeuty jest to przerywana linia i dalej napis „pustka”. Bo faktycznie tak było i jest, zamiast cieszyć się osiągnięciem upragnionego celu i stawiać sobie następny, to u mnie pojawia się złe samopoczucie i właśnie uczucie wszechogarniającej pustki. Paweł stwierdził, że ja ciekawie reaguję na sukcesy, bo załamaniami. Faktycznie dziwne to i nie rozumiem , dlaczego tak jest. Może po prostu tak się spinam, aby osiągnąć mój cel, że potem już nie mam na nic siły i muszę odchorować? Ja to sobie tak tłumaczę. Paweł tłumaczy to nieco inaczej, a mianowicie, w tym konkretnym przypadku, tak mocno stresowałam się, że ten stres dalej we mnie jest. Można powiedzieć, że dalej znajduję się w tym obszarze czasowym, gdy był on największy, czyli między podjęciem „twardej decyzji” a „celem numer 1 czyli samym podejściem do matury”. I co z tym fantem zrobić? Postawić sobie następne cele. Gdzieś tam daleko majaczy mi taki cel czyli podjęcie pracy. To byłby taki główny cel, ale dobrze także, aby pojawiły się inne główne. Jednym z nich może być na przykład ślub. No i nie jest powiedziane, że cele mają być tylko główne, ale wypadałoby także mieć cele poboczne. Czyli jeśli praca to cel numer 1, to czemu mam nie mieć jakiegoś celu numer 1a i 1b i tak dalej? Właśnie tak to miałoby wyglądać.
Muszę powiedzieć, że tamta wizyta u mojego terapeuty dość dużo mi dała, chociaż potem żałowałam, że nie rozmawialiśmy jednak na inny temat, który mnie nurtował. Ale wróciliśmy do niego po miesiącu, co może i było mądrym posunięciem. W każdym razie wiem teraz na czym stoję, choć jak do tej pory odwlekam szukanie moich celów, bo po prostu nie mam na to siły. Myślałam nawet, że może choroba mi się nasiliła (podzieliłam się tą wątpliwością z Pawłem, ale on nie mógł się do tego odnieść, bo po prostu na tego typu chorobach się nie zna) i będę musiała zmienić coś w lekach, ale chyba obejdzie się bez tego. Mam taką nadzieję. Myślę, że jest ostatnio trochę lepiej, ale wolę nie pisać za dużo, bo jeszcze coś się odmieni. W każdym razie dużo mi też dała nie tylko rozmowa o celach, ale i niedawna wizyta, na której dość mocno się otworzyłam. Nie wiem jednak, czy będę o niej pisać, bo była chyba zbyt osobista. Zdecyduję za jakiś czas.

Jeszcze nie doszłam do siebie.

Pora wrócić do pisania, bo trochę mi już tego brakowało. Ostatnio zamieściłam wpis o tym głównie, jak poszło mi z maturą i jak się czuję, gdy już jest po wszystkim. Dziś swoista kontynuacja. Moje samopoczucie za bardzo się nie zmieniło, co mnie bardzo niepokoi. Owszem, są lepsze dni, ale jest ich zdecydowanie za mało. Minęły już ponad dwa miesiące, odkąd odebrałam wyniki matur. Ponieważ były one dobre, to powinnam się cieszyć. Właśnie, powinnam, a radości w mojej głowie nie ma. Ani w zachowaniu. Dalej czuję się tak, jak przez ostatnie około pół roku, czyli mam napady paniki i lęku, stany depresyjne, które może nie są aż tak uciążliwe, ale praktycznie trwają ciągle, jestem agresywna, popadam w rozpacz, często płaczę. Jeśli chodzi o panikę, to właściwie dziwię się, skąd ona się bierze, bo samych lęków odczuwam coraz mniej. Myślę, że zawdzięczam to terapii, oczywiście uspokojenie z lękami, a nie panikę. Te dwa elementy, czyli panika i lęk były u mnie w dość ścisłym związku, a teraz nastąpiło pewne rozłączenie. Pamiętam, że niedawno byłam rano w markecie z moim ukochanym i tam właśnie dostałam ataku. Mogę to poniekąd zrozumieć, bo akurat stałam w ogromnej kolejce i zewsząd otaczali mnie ludzie, a dawniej miałam duże problemy z przebywaniem wśród tłumu. Ale właśnie, dawniej tak było, teraz wchodzę w tłum bez lęku i przerażenia. Więc wydaje mi się, że tym razem ten atak wziął się z nagromadzenia negatywnych emocji i sporej agresji. Nie zdawałam sobie sprawy, że agresja również może powodować takie ogromne natężenie lęku, ale być może u mnie tak jest. Trochę innej paniki dostałam, gdy szłam ostatnio do mojego terapeuty. Tak bardzo to przeżywałam, że w końcu ciężko mi było iść, trzęsłam się cała, serce waliło mi jak oszalałe, a oddech stał się krótki. Po dotarciu na miejsce poprosiłam od razu o wodę, usiadłam i usiłowałam się uspokoić, co po części mi się udało. Gdy już zaczęliśmy rozmawiać, poczułam się lepiej. I chyba to było widać, bo Paweł stwierdził , że jestem opanowana, spokojna i, o dziwo, asertywna. Ja raczej uważałam, że zachowuję się wrednie, ale może ja się nie znam. Przeszkadzają mi moje stany depresyjne, które nie chcą mnie opuścić. Teraz w sumie mogą już one być normą, bo niedługo nadejdzie jesień, a to dla mnie trudna pora roku, tak jak i wiosna. Ale jednak w lipcu i sierpniu też nie czułam się dobrze. Czasem taki stan objawia się tylko lekkim smutkiem, czasem płaczem, który jednak mi pomaga, a niestety trochę zbyt często rozpaczą, czego nienawidzę, bo nie umiem wtedy funkcjonować. Tylko moja mama potrafiła lata temu wyciągnąć mnie z takiego stanu, a teraz mogę liczyć tylko na siebie. Najczęściej po prostu wówczas mam dość silne napady płaczu, wręcz wycia, które w jakiś tam sposób są pomocne, ale nie do końca. Każda taka rozpacz zostawia we mnie stały, bolesny ślad, który bywa obecny we wspomnieniach. Może boleć nawet po latach. Stan depresyjny objawia się u mnie również tym, że nie mam na nic siły, nie mogę się zmobilizować do zrobienia czegokolwiek, a jeśli już coś robię, to mechanicznie, jak robot, albo z poczuciem krzywdy, wstrętu i niechęci. Czasem nie mam siły wyjść do sklepu, do którego mam może paredziesiąt metrów. Wyręczam się wtedy narzeczonym. Jedna rzecz mnie cieszy, jeśli można to nazwać radością – nie utraciłam moich pasji, a swego czasu to było normalne. Nienawidzę tego stanu, gdy brzydnie mi to co kocham. To straszne uczucie. Natomiast teraz chętnie oglądałam olimpiadę, bo uwielbiam wszelkie rozgrywki sportowe. Dobre i to, biorąc pod uwagę, że miałam duże problemy z wychodzeniem z domu. Niestety, jedna rzecz mnie bardzo martwi, a wręcz przeraża – stałam się bardzo agresywna i często jest to autoagresja. Do tej pory stany agresji łączyły się u mnie ściśle z PMS, ewentualnie miałam jakiś konkretny powód, żeby się denerwować. Można powiedzieć, że teraz jest pewnien powód, bardzo szczególny, ale o tym nie jestem w stanie pisać, bo to zbyt bolesne. W każdym razie buzują we mnie bardzo silne uczucia i emocje, które mogą być jak najbardziej pozytywne, ale w mojej sytuacji tak nie jest. Nie bardzo potrafię sobie radzić z tą agresją, najczęściej po prostu płaczę. Na pewno dobrym sposobem na rozładowanie byłby ruch, tylko, że nie mam na niego siły. A i on nie zawsze pomaga, gdy głowa jest pełna negatywnych myśli. Staram się więc zająć czymś głowę, czytać, oglądać cokolwiek, byle tylko nie myśleć. Bo moja agresja jest związana z natrętnymi, negatywnymi myślami, które często mnie atakują, najchętniej rano i wieczorem. W końcu mam przecież problemy z natręctwami. Te natręctwa ostatnio mocno się nasiliły i zaczynają dotyczyć już czegoś innego, chociaż te, np. na punkcie liczb i dat dalej pozostały. Zdaję sobie sprawę, jak duży mam problem, tylko nie bardzo wiem, co z nim zrobić. Staram się cały czas zajmować myśli i moją uwagę czymś, co spowoduje, że negatywne emocje nie będą miały do mnie dostępu. Na szczęście moja agresja jest tylko słowna, bo nie robię krzywdy fizycznej ani sobie ani nikomu innemu, nie niszczę też rzeczy, o co pytał mnie mój przyjaciel, bo on tak miał. Gdzieś poza domem moich negatywnych emocji w ogóle nie widać, ale w domu już tak i potrafię być wredna i złośliwa dla mojego partnera. I jego i mnie to boli, na szczęście staram się panować nad sobą, a jeśli już przesadzę, to zawsze przepraszam. Zresztą on wie, że nie robię tego specjalnie, stara się mnie zrozumieć. Myślę, że dobrze byłoby gdyby postawił mi pewne granice, ale nie potrafi tego zrobić, czasem jest za dobry, chociaż on sam tak nie uważa. Czasem nie wiem, jakim cudem on ze mną wytrzymuje, dlaczego dalej mnie kocha. Może jest tak, bo sam choruje? Przez dłuższy czas miałam problemy z myślami samobójczymi, nawet pojawiły się plany, ale teraz jest już lepiej, co nie znaczy, że takich myśli całkowicie się pozbyłam. Pojawiają się jeszcze, ale już w mniejszym nasileniu. W każdym razie matura mnie dość mocno rozsadziła od środka, rozleciałam się na kawałki i teraz usiłuję się poskładać. Może po prostu brakuje mi tego kieratu, który miałam przed nią? Cały czas nauka, pełna mobilizacja, a teraz taka jakby pustka. No i musi też znależć ujście ten cały stres z nią związany. Zresztą zawsze tak mam, że odchorowuję i stres i wszelkie sukcesy, późno do mnie dochodzi, że zrobiłam coś fajnego, coś dla siebie. Mój terapeuta przedstawił mi, w czym tkwi problem, ale o tym w następnym wpisie.

Czy było warto?

Już po wszystkim, wyniki są, maturalny stres za mną i … Ale może zacznę od początku. Z poniedziałku na wtorek, czyli z 4 lipca na 5 spałam nawet dość dobrze. I właściwie po przebudzeniu nawet nie bardzo myślałam o wynikach maturalnych, a raczej o śniadaniu. I dopiero po posiłku, zastanawiałam się jakby tu się zabrać do sprawdzania. Nie wiem, czy pisałam, ale parę dni przed datą ostateczną dzwoniłam do szkoły, żeby zapytać się, jak to właściwie będzie z tymi wynikami, czy może będzie jakiś apel czy coś. No cóż, już troszkę starsze ze mnie pokolenie, więc i pomysły nie najlepsze, a na pewno nie najnowsze. Miła sekretarka zaprosiła mnie do szkoły po odbiór hasła, dzięki któremu sama miałam dowiedzieć się jak mi poszło, ze strony OKE. To mnie dość mocno zaskoczyło, ale z drugiej strony, także ucieszyło, bo w ten sposób mogłam skrócić czas oczekiwania na wieści do minimum. Nie ma to jak nowe technologie! 5 lipca już jednak nie byłam taka zadowolona, bo nie bardzo wiedziałam, gdzie na stronie komisji mam wpisać swój login i hasło. Zadzwoniłam więc do szkoły. Kiedy się przedstawiłam, sekretarka od razu mi pogratulowała, co znaczyło, że maturę zdałam. Mało nie spadłam z fotela, bo do końca nie wiedziałam jak to będzie. Pozostało jeszcze sprawdzić, ile procent dostałam. Pracownik szkoły przyszedł mi z pomocą i już po chwili zobaczyłam moje procenty. Totalnie mnie one zaskoczyły. Najmniej język niemiecki pisemny, bo liczyłam na jakieś 80%, a otrzymałam 92%. Wybitnym znawcą tego języka nie jestem,  wolę pisać niż mówić i to pisanie wychodzi mi całkiem nieźle. Z rozumieniem ze słuchu też, o dziwo nie miałam dużych problemów, a czytać po niemiecku wręcz uwielbiam. Według mnie tegoroczna matura, oczywiście ta w starej formule, nie była z tego języka za trudna. Pewnie dlatego tak dobrze mi poszło. I pomyśleć, że głównie uczyłam się sama. Najbardziej bałam się matematyki, bo właściwie dopiero od lutego się za nią wzięłam, nie zdążyłam wszystkiego przerobić, a z arkuszy maturalnych z poprzednich lat też niewiele mi wyszło, bo zajrzałam może do dwóch. Jednak coś tam umiałam i trochę rozwiązałam, a to „trochę” wystarczyło na 44%. Nie jest to liczba powalająca, więc za rok chcę ponownie przystąpić do matury z matmy i podwyższyć ocenę, tak prznajmniej na 70%, jeśli się uda. A jestem w stanie tego dokonać, bo jeszcze przez dwa miesiące mam dostęp do kursu z tego przedmiotu w mojej szkole internetowej. Nadrobię więc braki, skupię się na arkuszach i będzie dobrze. Nie wiedziałam, co mam myśleć o języku polskim pisemnym, bo czułam, że więcej w mojej pracy było lania wody niż treści merytorycznej. Wybrałam temat oparty na fragmencie „Granicy”, którą czytałam co prawda 2 razy, ale pierwszy raz dość dawno, jeszcze w liceum stacjonarnym, a drugi raz już w szkole zaocznej, więc też parę lat temu. Posiłkowałam się więc streszczeniem, które przeczytałam niedługo przed maturą. Zresztą sam temat był dość fajny i właściwie niezbyt trudny, więc jeśli ktoś czytał lekturę nawet dawniej, to nie powinien mieć z nim problemu. Bardziej chyba bałam się testu, ale jednak ćwiczyłam tę część matury i nie wiem, czemu się tak jej obawiałam. No i okazało się, że jeśli nawet wydaje mi się, że napiszę źle, to i tak jest dobrze, bo otrzymałam całe 90%, co było dla mnie totalnym zaskoczeniem.

A teraz część najważniejsza mojej dzisiejszej opowieści, czyli próba odpowiedzi na pytanie – Czy ja się cieszę tą zdaną maturą? Jest to trudne pytanie, choć pewnie dla wielu będzie ono nielogiczne, bo jak się w ogóle można nad tym zastanawiać? Gdy odczytałam wyniki, ucieszyłam się. Od razu napisałam do znajomych, do niektórych też zadzwoniłam, aby podzielić się z nimi tą radosną wiadomością. Nie czekałam tym razem, jak pierwszego dnia matur, na reakcje z ich strony, bo obawiałam się, że może wszyscy zapomną. I pewnie by tak było, bo zanim ja zaczęłam pisać moje smsy, dostałam tylko jednego z zapytaniem, jak mi poszło, zresztą od osoby, od której bym się nie spodziewała takiej wiadomości. Tego pierwszego dnia cieszył mnie mój zdany egzamin dojrzałości, nawet drugiego, gdy odebrałam wymarzone świadectwo, nie było tak źle. Ale im dalej w las… Wiem, że powinnam być z siebie dumna, bo osiągnęłam naprawdę dużo, wiem, że spełniłam moje marzenie, wiem, że powinnam się cieszyć, a nawet powinnam być szczęśliwa, ale…nie jestem. W tym problem. Tak dużo straciłam energii na same przygotowania, tak wiele mnie kosztowało, żeby zawalczyć przez te kilka lat od skończenia szkoły o brak lęku, który mnie paraliżował i nie pozwalał ruszyć ani o krok do przodu, że teraz jestem wypompowana. Próbowałam różnych środków, aby do tej matury podejść, bo i przeszłam terapię pedagogiczną (oczywiście nie tylko o maturę tu chodziło, bo przy okazji rozwiązywałam i inne problemy), dodatkowo skorzystała z porady psychologa, zapisałam się na kurs prowadzony przez internetową szkołę, a więc poniosłam też niemałe koszta finansowe. I właściwie co z tego? Podeszłam, dałam radę, zdałam, mam dyplom. Koniec, kropka. Skończyło się coś ważnego dla mnie, na co bardzo ciężko pracowałam. Tak ciężko, że nie chciałam, aby jakiekolwiek inne myśli zaprzątały mi głowę. Tak więc byłam trochę zła, gdy prawie na ostatniej prostej doszło do dwóch niespodziewanych wydarzeń – mój ukochany mi się oświadczył, a mój terapeuta, a właściwie praktycznie już były terapeuta, zaproponował mi przejście na „Ty”. Zdenerwowałam się wówczas na nich obu, bo jak śmieli mi przeszkadzać i burzyć moje przygotowania. Chore to, wiem, bo przecież świat nie kręci się tylko wokół matury. Tylko że mój świat przez ostatni czas właśnie wokół tego jednaego wydarzenia się kręcił. I kiedy już osiągnęłam to, co chciałam, nagle dopadła mnie pustka. Bo co robić dalej, jak teraz żyć? Pan Paweł mówił mi kilka razy, że muszę mieć inne cele, mniejsze lub większe i do nich dążyć, a nie tylko ten jeden, ogromny cel, bo się wypalę. No i tak się stało. Myślę też, że i moja choroba odcisnęła tu swoje piętno, bo przez ogromny stres, właściwie od paru miesięcy nie czuję się dobrze. Niby już powinnam odsapnąć, ale niestety stan mojego zdrowia nie poprawia się, bardzo więc nad tym boleję. Nie bardzo wiem, co teraz robić. Czy to może pora na zmianę leków, czy też spróbować poprzebywać trochę na oddziale dziennym? Myślałam też o autoterapii, bo mam znakomite materiały, ale po prostu nie mam siły usiąść nad nimi. Chyba że wrócę do wizyt u mojego pedagoga, które i tak co jakiś czas się odbywają. Możliwości wiele, ale brak jednaego – chęci i motywacji. Sądzę, że ta matura trochę za wiele mnie kosztowała i gdybym mogła cofnąć czas, nie jestem taka pewna, że bym się jeszcze raz zdecydowała na ten cały maraton. To był niezwykle ciężki sprawdzian dla moich emocji, stanu zdrowia, po prostu dla mnie. I raczej go nie zdałam. Czy ja się jednak w ogóle umiem jeszcze czymś cieszyć, szczególnie moimi sukcesami? Coraz bardziej obojętnieję, już nie pamiętam, kiedy tak naprawdę szczerze się śmiałam, emocjonowałam czymś, nie pamiętam, co mi ostatnio sprawiło autentyczną radość. Zmieniłam się, to pewne, dojrzałam, ale utraciłam gdzieś te momenty dzicięcej beztroski, stałam się jednym, wielkim, chodzącym zmartwieniem. Nawet, gdy nie ma czym, to ja się martwię. Nawet, gdy nie ma powodu, to ja odczuwam niepokój. Choroba mi mocno dokopała przez te kilkanaście lat. Leki też dołożyły swoje, chociaż i tak ratują mi życie, bo bez nich nie funkcjonowałabym. Gdyby tylko nie stępiły moich emocji… Coraz więcej mam w sobie negatywnej energii, której nie umiem wydalić z siebie, co też mnie dobija. Czy ja się więc cieszę ze zdanej matury? Chyba tak, z naciskiem na chyba, ale to trudna radość. Cały czas mam teraz nadzieję, że poczuję się lepiej, stres maturalny po prostu któregoś dnia minie, a ja obudzę się z uśmiechem na twarzy. A jeśli nie? Może za dużo wymagam i teraz już tylko będzie tak, jak jest, czyli nijako, trochę smutno, nerwowo, bezbarwnie? Czuję się tak, jakby coś we mnie umarło, coś nieodwracalnie zniknęło. Bo i tak się stało. Miałam cel, zrealizowałam go w końcu i zapomniałam po drodze o innych celach. Właściwie mam teraz pewien pomysł, ale na razie cicho o tym, żeby nie zapeszyć. Tylko żeby ten ciągły niepokój i stres zniknęły, bo ciężko z nimi żyć.

Nowe -stare znajomości.

Dzisiejszy wpis powinien być nieco krótszy niż zwykle, taką przynajmniej mam nadzieję. Robię go jeszcze przed udostępnieniem przez Centralną Komisję Egzaminacyjną wyników matur, bo dotyczy on czegoś zupełnie innego, a gdy jutro sprawdzę wyniki maturalne, nie będę miała głowy do wpisu, który nie jest związany z moim egzaminem dojrzałości. A więc zaczynam. Jakiś, dość dłuższy już, czas temu, byłam z moim ukochanym na komisji orzekającej o stopniu niepełnosprawności. Właściwie to tylko mu towarzyszyłam, bo tym razem to była jego komisja. W pewnej chwili zauważyłam na korytarzu dziewczynę, którą poznałam podczas mojego pobytu w szpitalu, jeszcze w 2001 roku. Nie byłam pewna, czy ona mnie poznaje, ale podeszłam do niej. I okazało się, że bardzo dobrze mnie kojarzy. Pamiętam, że nasz kontakt wiele lat temu raczej był dość luźny, a po opuszczeniu przeze mnie szpitala, urwał się całkiem. Później spotkałam ją trochę przypadkiem, dała mi swój numer telefonu i zachęcała do kontaktu, ale ja wyrzuciłam ten numer, bo bardzo źle się wtedy czułam. Nie miałam wówczas ochoty na jakiekolwiek znajomości, byłam całkowicie pochłonięta swoją chorobą. Znajoma wyglądała w tamtym czasie kwitnąco, czuła się dobrze, uczyła się, a ja czułam się jak śmieć, bo nie byłam w stanie dokończyć edukacji, do czego mnie usilnie namawiała. Teraz jednak, gdy spotkałam Elę po latach, chciałam mieć z nią kontakt, nie byłam jednak pewna, czy ona ma na to ochotę. Ale jednak ma. Wymieniłyśmy się telefonami i czasem dzwonimy do siebie. Nawet nie pamiętam, że tak dużo jej kiedyś o sobie mówiłam i o moim otoczeniu, ale ona przypomina mi pewne sprawy. Musi mieć fenomenalną pamięć. Cieszę się z tej znajomości, ale jednak ważniejsze stało się dla mnie to, że dzięki Eli miałam szczęście odnowić kontakt z Olą, dziewczyną, którą też poznałam podczas tamtego pamiętnego roku, też na oddziale. Dobrze mi się z nią wówczas rozmawiało, spotkałyśmy się potem parę razy, Ola była wtedy w lepszej formie niż ja i próbowała podnosić mnie na duchu. Niestety, nasz kontakt się dość szybko urwał, ponieważ koleżanka zaczęła coraz bardziej popadać w chorobę. Wcześniej próbowała iść na studia, trochę pracować i, niestety, odstawiła leki. Czemu tak się dzieje? Nie umiem tego logicznie wytłumaczyć. Przecież to dzięki nim dobrze funkcjonowała. Rozsypała się strasznie, zaczęły się szpitale, zamknęła się w domu. I zerwała wszelkie kontakty, ze mną też. Tłumaczyła, że nie chce mnie sobą absorbować, nie chce mnie ranić, nie nadaje się do znajomości itp. Ale właśnie tym mnie zraniła, bo chciałam przy niej być w tych trudnych chwilach. Ale miałam za swoje – być może ja też zraniłam Elę wyrzucając jej telefon, to teraz ktoś inny odrzucił mnie. Jednak nie ma co się nad tym zastanawiać. Najważniejsze, że dowiedziałam się od Eli, że ma nadal kontakt z Olą i obiecała zapytać się , czy może mi dać jej numer telefonu. Tak się też stało, a Ola nie miała nic przeciwko temu. Póżniej spotkałam ją nawet przypadkiem i zamieniłyśmy kilka słów. Od tamtego czasu spotkałyśmy się raz i było to bardzo miłe spotkanie, chociaż Ola wydała mi się dość mocno spięta, może przestraszona. Niestety, z jej zdrowiem nie jest najlepiej, przetestowała wiele leków, zanim trafiła na odpowiedni. Ze studiów zrezygnowała szybko, głównie, a praktycznie wyłącznie, jest w domu rodzinnym. Przpomina mi mnie z dawnych lat. I chyba to mnie do niej tak przyciąga, bo chcę być dla niej wsparciem, jeśli będzie potrzebować jakiejś bratniej duszy. Martwiłam się, że ciężko nam będzie spotkać się chociaż czasem, bo Ola jest w mieście tylko, gdy ma wizytę u swojego psychiatry, ale okazało się, że może do mnie często dzwonić, bo ma korzystną ofertę w swojej sieci. To super, mam nadzieję, że nie będę skazana już tylko na mężczyzn w moim życiu, a konkretnie na mojego Aniołka, tatę i Tomka, mojego prawie przyjaciela. Dobrze jest czasem porozmawiać z kobietą, a raczej nie mam do tego okazji. Owszem, zdarzają się, ale niezbyt często. Trochę się boję, żeby Ola znów nie odrzuciła mnie i, przede wszystkim, żeby jej się nie pogorszyło, co oczywiście ważniejsze. Jestem trochę za szybka i muszę zrozumieć, że to nie jest jeszcze czas na wzajemne odwiedziny, choć bardzo bym tego chciała, ale wiem, że koleżanka się tego boi. Nic na siłę, tylko pomału. Pamiętam gdy ja czułam się koszmarnie, zamknięta w domu na cztery spusty – nikt nie zdołałby wówczas namówić mnie do niczego. Uciekałam też wtedy przed ludźmi, trochę tak, jak Ola teraz. Akceptuję to i nie będę naciskać. Jeśli rozwiniemy naszą znajomość dalej, to dobrze, a jeśli nie, to trudno, najważniejsze, żeby ona czuła się w tej relacji komfortowo. Ciekawe, że i Ola, tak jak Ela, dużo pamięta z naszych dawnych rozmów, bo ja to głównie kojarzę, że uwielbia czytać, no i że chodziła swego czasu do psychologa, ale zrezygnowała. Może nie trafiła na dobrego specjalistę? Dobrze, na dziś kończę. Dwie nowe – stare znajomości to powód do zadowolenia. A że znów nie udaje mi się zakolegować z jakąś zdrową osobą? To szczegół. Może kiedyś to nastąpi, ale jeśli mam przez to tylko cierpieć, to wolę pozostać przy moim środowisku, gdzie nie traktujemy się jak zdrowi, bo tacy nie jesteśmy. Mamy swoje problemy, wielu rzeczy nie możemy, ale szanujemy to i wspieramy się. A jutro wyniki – co ma być, to będzie. Przecież z wieżowca nie skoczę.