Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

Ania

Dla mojej Ani zrobię co tylko mogę.

Przeglądałam ostatnio moje notatki z terapii i zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie wszystkie moje wizyty zostały na moim blogu opisane. Pora nadrobić to niedociągnięcie. Właśnie mam przed sobą jedną z takich, zrobionych na gorąco, notatek. Konia z rzędem temu, kto by się połapał, o co w tych moich zapiskach chodzi. Ja sama mam z tym niemały problem, pewnie też dlatego, że niektóre kłopoty już mnie nie dotyczą, a o innych zupełnie już zapomniałam. Pisałam też ogromnie skrótowo i to mi trochę teraz przeszkadza. Mam np. takie słowo – klucz „Ania”. Raczej dużo się nie pomylę, jeśli założę, że podczas którejś sesji terapeutycznej opowiadałam Panu Pawłowi o mojej przyjaciółce. Zresztą robiłam to nieraz, bo nie wiedziałam, w jaki sposób mam dziewczynie pomóc. Ostatnio z Anią jest gorzej, smsy, które do mnie pisze, są dość niepokojące, prawdopodobnie coraz częściej ma myśli samobójcze, co mnie nie dziwi w jej sytuacji. Mogę ją jedynie pocieszać, ale wiem, że od tego nie poczuje się lepiej. Jej gorszy nastrój wynika po części z ogromnych problemów jakie ma, także tych finansowych, ale też z pory roku. Tak podejrzewam, bo i ja nie czuję się teraz dobrze. Z tym, że u mnie nie jest jeszcze aż tak źle, na razie sobie radzę i zdarzają mi się raczej gorsze dni, a nie całe tygodnie. Mogę też zawsze podnieść dawkę leku, jeśli mój psychiatra uzna to za konieczne. U Ani jest to niemożliwe, ponieważ ona właściwie nie powinna używać żadnych medykamentów przeciwdepresyjnych ani przeciwpsychotycznych przy swojej ciężkiej, somatycznej chorobie. Coś tam jednak ma przepisane, bo inaczej w ogóle nie mogłaby funkcjonować, a jej życie polegałoby wyłącznie na leżeniu w łóżku i patrzeniu się w sufit. Po prostu tak ciężką miałaby wtedy depresję. Obawiam się też, że wróciłaby do samookaleczeń i ewentualnych prób samobójczych, co kiedyś miało miejsce. Nie mogę sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji, gdy musiałabym wybierać, którą tak właściwie chorobę leczyć – somatyczną czy psychiatryczną? Ania dokonała już wyboru i próbuje robić cokolwiek z obu przypadłościami, ale jak na razie kiepsko to wygląda. Tylko, czy ma jakiś wybór? Jeśli skupi się na chorobie somatycznej, to zalegnie w łóżku z depresją i cierpieniem, z kolei skupienie się na dolegliwościach psychicznych spowoduje i tak unieruchomienie w domu. I tak źle i tak niedobrze. Dlatego wpadłam na pewien plan i spróbuję go zrealizować, o ile mi się uda. Poprosiłam mojego terapeutę o pomoc, a właściwie to błagałam go o tę pomoc. Ania potrzebuje terapii, to fakt, same leki jej nie wystarczą, tym bardziej, że bierze małe dawki. Nie jestem w stu procentach przekonana, czy terapia zadziała, bo jednak Anusia ma też pewne uszkodzenia w obrębie mózgu i one prawdopodobnie też wywołują u niej depresję, agresję i wiele innych problemów. Ale doszłam do wniosku, że skoro miała już trochę terapię na oddziale dziennym i była zadowolona, to i taka w warunkach domowych jej nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie. Akurat u niej jest tak, że to terapeuta musi się do niej dostosować, a nie ona do niego. Taka choroba. Z tego też względu nie kwalifikuje się na żadną wyjazdową terapię w jakimś ośrodku czy oddziale. Wierzę w to, że po takich wizytach Ania poczuje się lepiej, chociaż wiadomo, że na pełne wyzdrowienie, że tak powiem, psychologiczne, nie ma szans. Jeśli jednak nastąpiłyby u niej mniejsza drażliwość i agresja, podniesienie nastroju i oczywiście zero myśli negatywnych o śmierci, to byłby sukces. Może terapeuta umiałby też dokonać tego, aby Ania po każdej wizycie żyła pozytywnymi myślami chociażby do następnej terapii? To już byłoby coś, chociaż taka metoda byłaby raczej krótkotrwała. Nie wiem jednak czy u mojej przyjaciółki można coś długotrwałego wypracować. Nie wiem, czy taki kryzys jaki ja miałam w pewnym momencie byłby dla niej wskazany. Obawiałabym się próby samobójczej, mimo że ja nie doświadczyłam nawet takich myśli. Najlepiej byłoby obejść konieczny kryzys, jeśli to tylko możliwe. Moja koleżanka Kaśka uważa, że taka terapia pewnie nie ma sensu tam, gdzie występuje uszkodzenie mózgu. Może i ma rację, ale ja wierzę, że słowa są ważne, każdy kontakt ze specjalistą jest ważny i może coś dać. Nie wierzę w cuda, ale…może cuda istnieją i jeden z nich się wydarzy? Przecież nie zostawię przyjaciółki samej, nie mogę patrzeć, jak ona cierpi. Nie jest dla mnie ważna także strona finansowa tego przedsięwzięcia, bo chętnie zapłacę, ile tylko będzie trzeba (coś tam mam uzbierane). Muszę tylko zadbać, aby Ania się nie dowiedziała, bo wówczas nie zgodzi się na żadną terapię Strasznie honorowa z niej babka i woli cierpieć niż przyjąć od kogokolwiek pomoc finansową. Ale ja mam to gdzieś i stanę na głowie, jeśli tylko będzie potrzeba, aby mogła godnie żyć. Po prostu ją kocham, a miłość przenosi góry.

Wyszedł mi wpis o Ani, a miało być o terapii i kilku wątków poruszanych podczas ostatnich moich wizyt. Może następnym razem?  Dużo notatek nie mam, ale, znając mnie, mogę szczerze napisać, że jeszcze niejeden wpis powstanie na ich podstawie.

Mały wycinek z mojej kolejnej wizyty u psychopedagoga.

Powracam do opisywania mojej terapii u psychopedagoga, bo nie wydarzyło się ostatnio nic takiego, co byłoby szczególnie ważne. Dziś pora na wizytę numer 3. Nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać, bo jak już wcześniej pisałam, po drugim spotkaniu miałam przez dłuższy czas wyśmienity humor. Gdy tylko się pojawiłam o umówionej porze, pan Paweł miał już plany, co do wizyty, ale ja koniecznie chciałam porozmawiać chwilę o Ani i innej mojej koleżance, Kasi.  Ania czuła się wtedy fatalnie i poniekąd zawdzięczała to również sobie, brała bowiem lek, który reagował z jej innymi lekami, które przyjmowała na chorobę zasadniczą. Próbowałam ją od tego odwieść, bo widziałam, jak się męczy i jak nasilone są jej objawy. Ale ona jest uparta. Uważała, że bez tego specyfiku nie da sobie rady i, znając ją i życie, brała i bierze go nadal. Ale ja nie mogę nic na to poradzić, ewentualnie chyba apelować do jej rozsądku. Zresztą już to robiłam, i to nie tylko ja, bo zdarzali się i tacy lekarze, którzy uważali, że ten typ leków jest jej niekoniecznie niezbędny i nie musi, a nawet nie powinna ich brać. Ale są i tacy, którzy jej przepisują te leki. I co ja mogę? Mam pójść i się z nimi wykłócać? Przecież Ania jest dorosła i może sama o sobie decydować. Liczyłam po cichu, że pan Paweł coś mi jeszcze zasugeruje, ale co on mógł innego wymyślić. Niestety nic, poza apelami do rozwagi i rozumu Ani.  A jeśli chodzi o Kasię, to raczej nie ona miała problem, tylko ja, bo stawiam ludziom, i jej też, za wysokie wymagania. Zawsze uważałam, że jeśli na przykład ktoś się spóźnia, to po prostu mnie nie szanuje. Mam taką zasadę, że ja sama wolę być wcześniej niż później i tego samego oczekuję od innych. A przecież ludzie są różni i nie mogę nikogo skreślać tylko na podstawie jednej cechy. Może przecież taka osoba  mieć sto innych, wspaniałych zalet. Akurat, gdy rozmawiałam z panem Pawłem o Kasi, podnosiłam inne kwestie dotyczące mojej znajomej, bo raczej ze spóźnianiem się kłopotu ona nie ma, a przynajmniej nie doświadczyłam tego. Wiem, że Kasia też choruje, ale nie mogłam znieść tego, że potrafiła się tygodniami nie odzywać do mnie, nie nosiła przy sobie telefonu, gdy dzwoniłam albo był on rozładowany, a nie miała siły ani ochoty, aby podłączyć go do ładowarki. Nigdy też się nie tłumaczyła, gdy w końcu udało mi się z nią skontaktować, nigdy nie przeprosiła, nie wyraziła skruchy. Potrafiła także w ogóle nie przyjść na spotkanie, nie zadzwonić ani nie przysłać wiadomości, co doprowadzało mnie do białej gorączki. W końcu zdecydowałam się, akurat dzień przed spotkaniem u terapeuty, powiedzieć jej parę słów. Przede wszystkim wyznałam, że jest mi przykro, gdy się nie odzywa. To akurat było w porządku z mojej strony. Ale po chwili dodałam jeszcze, że jeśli nie chce, to nie musimy się kontaktować. Tego już nie powinnam mówić, bo to było ocenianie z mojej strony narzucanie Kasi tego, co ja myślę. Niby wiedziałam o tym, ale tak na dobre pan Paweł mi to uświadomił. Dzięki niemu też dotarło do mnie, jak źle się czułam, gdy z własnej woli i ze złości unikałam koleżanki, bo jednak gdy już spotykamy się i rozmawiamy, bardzo to dużo dla mnie znaczy. Wiem, że ona doskonale mnie rozumie i często potrafi doradzić. Zresztą to działa w obydwie strony. A że bywa niesłowna? Cóż często nie jest to jej wina, po prostu choroba ją przerasta. A ni ona ani ja nic nie możemy na to poradzić. Muszę być bardziej tolerancyjna. Nie, nie muszę, ale chcę. I nie mierzyć wszystkich swoją miarą, bo za dużo jest w niej centymetrów. Usłyszałam też coś takiego od terapeuty, co mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli Kasia unika kontaktu, to tak naprawdę jest to prośba o pomoc i być może akurat ja mogę i powinnam jej pomóc. Właściwie to pan Paweł stwierdził, że tylko ja mogę jej pomóc, ale za bardzo temu nie wierzę. Od tamtej wizyty i rozmowy minęło już trochę czasu, a ja teraz trochę inaczej traktuję Kasię, więcej jej wybaczam i nasze relacje są coraz lepsze. Tylko jedna rzecz dalej mnie jednak męczy. Kiedyś powiedziałam Kasi, że strasznie nie lubię niesłownych osób, a ona stwierdziła, że ma tak samo. Potem sobie pomyślałam i powiedziałam to na terapii, że to dziwne, nie lubić niesłowności, a jednak się właśnie  tak zachowywać. Na co pan Paweł zapytał, czy jej o tym wspomniałam. Oczywiście nie, bo było mi głupio. I raczej już jej tego nie powiem, co się będzie dziewczyna stresować, że dokładnie tak postępuje, jak tego nie znosi u innych. Obecnie znowu mamy problem ze spotkaniem się z nią, ale jestem cierpliwa i staram się przynajmniej być wyrozumiała. Może ma na tę chwilę więcej obowiązków i nie może mi poświęcić za dużo czasu. A może i samopoczucie nie za dobre. Pewnie niedługo się okaże. Ale się rozpisałam, a i tak nie udało mi się opisać całej wizyty, tylko mały wycinek. No trudno, to, co najciekawsze pozostawię na następny raz. Tym razem musiałam po prostu napisać coś o mnie i dziewczynach, a wkrótce zajmę się już tylko sobą. No może nie do końca tylko sobą.

 

Leki, Ania i Iza.

O czym by tu napisać? Wypadałoby zrobić kolejny wpis o mojej terapii, bo mam trochę zaległości. Ale jednak postanowiłam skrobnąć dziś co nie co o innych sprawach. Czuję się już nieco lepiej( no ,powiedzmy), chociaż jak na razie natręctwa nie bardzo się wyciszają i nie chcą dać mi spokoju. Może to jeszcze za krótki czas przyjmowania nowego- starego leku, więc i efektu nie ma. Niestety, pojawił się nieprzyjemny skutek uboczny. Teraz już jestem prawie pewna, że gdy przed pobytem na oddziale dziennym miałam te same objawy, mogły one jak najbardziej wynikać właśnie ze stosowania tego konkretnego medykamentu. Wtedy nie pomyślałam o tym antydepresancie, bo brałam go już dobre parę lat i nie miałam żadnych skutków ubocznych. Ale jak teraz przeanalizuję spokojnie, że dany skutek uboczny minął po zmianie leku , a pojawił się teraz, gdy znów do tego leku wróciłam, to wszystko układa mi się w jedną, logiczną całość. No i jestem w kropce. Jeśli zmienię lek, natręctwa będą mnie dalej męczyć (sądzę, że przy obecnym specyfiku niedługo się wyciszą, bo substancja w nim zawarta doskonale działa na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne), ale nie będę już musiała znosić tego nieprzyjemnego dla mnie skutku ubocznego. Czy jednak ten skutek jest aż tak męczący, aby rezygnować z terapii, która jednak mi pomaga, przynajmniej w jednym aspekcie? Pomyślałam, że mogę przyjąć dwa rozwiązania: albo poszukać z psychiatrą jakiegoś innego całkiem antydepresantu działającego na moje obsesje, albo brać ten, który zażywam, i gdy pozbędę się natręctw, zmienić go na poprzedni, który biorę od czasu pobytu na dziennym. I mieć nadzieję, że te moje obsesje nie wrócą, ani nie pojawią się nowe. Coś muszę wybrać i nie będzie to wybór łatwy. Muszę napisać teraz coś o mojej kochanej Ani. Oj, nie jest dobrze. Była ostatnio w , podobno, bardzo dobrej klinice, która leczy właśnie osoby dotknięte tą chorobą co Ania (mowa tu o głównej chorobie Ani, która zagraża nawet jej życiu, bo przecież innych schorzeń też ma jeszcze sporo). Niewiele jednak jej ta klinika dała i niewiele nowego się dowiedziała, chyba jedynie tyle, że ma najcięższą postać choroby, lekooporną i nieoperowalną, ale tego można się było domyślać już wcześniej, bo coś tam lekarze mówili na ten temat. I jak tu dalej żyć? Aneczka nie załamała się i dalej się nie poddaje. Próbuje być na tyle samodzielna, na ile może, chociaż staje się to powoli coraz trudniejsze. Zwykłe wyjście z domu jest dla niej coraz bardziej niebezpieczne, a i w domu nie jest dużo lepiej. Gdyby chociaż miała większe wsparcie wokół siebie, może byłoby jej łatwiej, a tak…ech, samo życie. I na koniec chciałam wspomnieć o Izie. Niedawno znów się spotkałyśmy i miło nam się rozmawiało. Niepokoi mnie trochę to, że ona nie do końca sobie radzi ze sobą(i kto to mówi!) i nie tylko ze sobą. Jak mi powiedziała, nie ogarnia już tego wszystkiego. Zawsze była nieźle roztrzepana i zakręcona, ale teraz jednak sporo wydoroślała i pewne sprawy widzi już inaczej. Może uda mi się jej trochę pomóc w tym „ogarnięciu się”, bo to sympatyczna i wartościowa dziewczyna. Fachowcem nie jestem i wtrącać za bardzo też się nie chcę, ale troszkę doświadczenia w chorobie mam (ona ma podobne problemy chorobowe do moich), więc coś pewnie mogę zrobić. Wysłuchać, ewentualnie nawet i doradzić. Pewnie niedługo się spotkamy, to zobaczę, co tam u niej. Najważniejsze, żeby radziła sobie z finansami i uwierzyła w siebie (żeby to było takie łatwe!). Tyle, że i jej przydałoby się większe wsparcia najbliższym. Myślę, że wtedy sprawy przybrałyby lepszy obrót. Ale taka mała dygresja mi się tu nawinęła. Otóż, jak tak sobie popatrzę na małżeństwo Izy, to mam wrażenie, że mój związek już nie może być lepszy, a mój Aniołek to po prostu ideał. No cóż, różnie to się ludziom wiedzie i parom też. I to by było na tyle. w kolejnym wpisie trzeba się znów skupić na terapii, tym bardziej, że kolejna wizyta przede mną. Chyba, że w międzyczasie wydarzy się coś bardzo ważnego i nie będę mogła zwlekać z opisaniem tego.

 

Najwaleczniejsza osoba, jaką znam.

Miałam taką cichą nadzieję, że moje samopoczucie w ten weekend pójdzie w górę, bo wcześniej raczej kiepsko było. Ale niestety, przeliczyłam się i to bardzo. Niby nie miałam powodu źle się czuć, bo przecież mój ukochany był w domu. Jednak jego obecność nic tu nie pomogła i znów ” wisiałam ” na fotelu, zanosząc się od płaczu albo leżałam jak nieboszczyk. Lęki i depresja mnie nie opuszczały i byłam pewna, że tak już będzie i musi być. Zrzuciłam trochę swoje samopoczucie na pogodę, bo faktycznie za ciekawa to ona nie była. W końcu towarzyszył nam niż. Może nie było to tak bezpodstawne, tzn. to zrzucanie na pogodę, bo wczoraj trochę lepiej się poczułam. A po wizycie u mojego psychopedagoga już dość mocno humor mi się poprawił. Co prawda trochę jeszcze płakałam, ale jednocześnie wzmocnił mnie ten płacz. Troszkę jestem zawiedziona, że specjalista przyjmuje teraz w innym miejscu, bo co prawda nie muszę teraz dojeżdżać, ale jednocześnie jakoś mi to miejsce nie odpowiada. Może dlatego, że kojarzy mi się z moim lekarzem psychiatrą( przyjmuje tam również ), a więc z chorobą, a nie ze zdrowiem. Jest tu też jakoś tak sterylnie i , dodatkowo, rozmawiamy rozdzieleni stołem, a to mi trochę przeszkadza. Ale cóż, wiem, że teraz ten pan ma większy komfort pracy niż poprzednio, więc niech już tak będzie. Pewnie się przyzwyczaję, mimo że wolę tak bardziej „po domowemu”. Ale tak właściwie to chciałam dziś napisać o Ani. Było już o niej, ale zawsze można jeszcze coś więcej dodać, tym bardziej, że to tak bliska mi osoba. Od jakiegoś już czasu można było się spodziewać złych wieści o jej stanie zdrowia. I wreszcie ten dzień, niestety, nadszedł. Dostałam od niej bardzo lakonicznego smsa, że ostatecznie badania potwierdziły u niej nową, bardzo groźną chorobę. Wynik brzmiał jak wyrok. Wiedziałam, że Anie musi być wstrząśnięta tą informacją, choć po cichu spodziewała się takiej diagnozy, bo zawsze pisze mi długie smsy, a ten był króciutki. Nie wiedziałam, co odpisać, też byłam zdruzgotana. Dopiero następnego dnia zdobyłam się na wysłanie wiadomości, że po prostu nie wiem, jak ją pocieszyć i wesprzeć. Ale Aneczka mnie zadziwiła. Odpisała wieczorem, że dużo poczytała o swojej nowej chorobie i jest to lekka postać, z którą można całkiem znośnie żyć. Podobno ma jeszcze przynajmniej 20 do 30 lat spokoju, potem może być trochę gorzej. W każdym razie stwierdziła, że nie jest tak źle, jak myślała i będzie walczyć. Kochana Dziewczyna! Skąd ona bierze siły na tę ciągłą walkę i zmaganie się z przeciwnościami losu? Nie mam pojęcia. Jej stan zdrowia systematycznie się pogarsza, do choroby głównej dochodzą nowe problemy, sytuację w domu ma też nieciekawą, ale nie poddaje się . Robi co może, aby wciąż jeszcze być w miarę samodzielną. W domu jakoś jej się to udaje, bo poza nim już wymaga towarzystwa osób trzecich. Ale ma siły i chęć do życia, determinację, jakiej mogę jej tylko pozazdrościć. Czasami aż mi wstyd, że sobie z czymś nie radzę i poddaję się, a mam właściwie tylko jedną przewlekłą chorobę. Wtedy pamiętam o Ani i wstępują we mnie nowe siły. Jeśli ona może walczyć, to ja będę się pałętać gdzieś z tyłu i spoczywać na laurach? Nie ma tak dobrze. Od wielu lat wspieramy się wzajemnie, wiem, że mogę na nią liczyć, a ona na mnie. Ania nie lubi litości i użalania się nad nią, a ja staram się temu sprostać. Obie nie akceptujemy sformułowań w rodzaju:” Nie martw się”, „ Weź się w garść” czy ” Wszystko będzie dobrze”. Te teksty dobre są do filmu, ale nie sprawdzają się w realnym życiu. Czasem wolę mojej prawie przyjaciółce( tak ją nazywam ) nic nie napisać albo dobrze się zastanowić, zanim coś napiszę, niż posłużyć się utartym sloganem. Bardzo ją szanuję za walkę, odwagę, piękno wewnętrzne i światło, które w sobie ma. Oby więcej takich ludzi było na świecie. Oczywiście jej też zdarza się potykać i przewracać, ale zawsze potem wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. A więc, Aniu, walczymy dalej, bo co nam pozostaje? 

Lekarz, matury, Ania i determinacja.

Powinnam kilka dni temu zrobić dzisiejszy wpis, ale nie miałam siły ani ochoty. W zasadzie dalej jestem w „dołku”, ale pomyślałam, że jeśli dziś nic nie napiszę, to w końcu zapomnę, o czym miało być. Byłam jakiś czas temu u swojej lekarki i muszę przyznać, że niemiło mnie zaskoczyła. Powiedziałam jej, że ostatnio niezbyt dobrze się czuję, co wywołało zdziwienie, bo przecież pogoda taka sprzyjająca dobremu samopoczuciu. A co ma tu do gadania pogoda? Zgadza się, że czasem wpływa na nastrój, u mnie szczególnie trudna jest wczesna wiosna i jesień, ale nie można wszystkiego od niej uzależniać. To by było za proste. Istnieją też inne czynniki i do nich też trzeba się odnosić. Co nie zmienia faktu, że jesteśmy częścią natury i ma ona na nas wpływ. Pamiętam, że kiedyś bardzo lubiłam deszcz i pochmurną aurę, słońce mi przeszkadzało. Teraz czasami jestem meteoropatą i zmiany pogody odczuwam bólem głowy. Ale nie zawsze tak jest. Lubię słońce, dużo wtedy spaceruję lub po prostu wygrzewam się w nim, ale nieraz mnie ono denerwuje, szczególnie gdy nastrój nieciekawy, i wolę wtedy siedzieć po ciemku. Albo spoglądać jak pada, wieje, grzmi i błyska. Tak więc nieraz pogoda dopasowuje się do mojego nastroju, a nie odwrotnie. Ale się rozpisałam o pogodzie, a przecież nie o tym miało być. Powiedziałam pani doktor, że chodzę teraz do psychopedagoga i tu kolejne jej zdziwienie. Popatrzyła się na mnie nieufnie, jakby chciała zapytać: „Psychoco?”.  Nie bardzo wiedziała, kto to jest i czym to się je, czy to jakaś nowość. A ja nie zamierzałam wyjaśniać, bo nie jestem specjalistą w tym temacie. Nie była też pewna, czy taka terapia mi nie zaszkodzi, no bo skąd miałaby to wiedzieć, skoro nie orientuje się, na czym ona polega. Pomyślałam sobie, że jednak dobrze byłoby, gdyby lekarze tej specjalności znali nowe metody, a nie wyłącznie trzymali się starych i sprawdzonych. W końcu dobrze być otwartym i mieć szeroką wiedzę oraz świeże spojrzenie. Ale przecież ja nie będę uczyć mądrzejszych od siebie. Może oni lepiej wiedzą, a to ja nie mam racji? W każdym razie zostawiłam moją lekarkę w błogim przeświadczeniu, że raczej terapia mi nie zaszkodzi, bo ma raczej charakter relaksacyjny. Tak przynajmniej sobie wytłumaczyła. Niech sobie myśli, co chce, ale ja tam chodzę dalej na sesje i nikt mnie od tego nie odwiedzie. W końcu to ja płacę, więc mogę się leczyć czy terapeutyzować u kogo chcę. Nie zmieniałyśmy teraz leków i raczej ja nie chcę ich zmieniać, bo domyślam się, z czego wynika mój zły nastrój. Matury, co by innego. Nie mogę sobie darować, że znów mnie na nich nie ma. Co prawda wiedziałam już od co najmniej 2 miesięcy, że nie dam rady w tym roku podejść, może w przyszłym się uda, ale boli mnie to cały czas. Stąd też wynikały moje poszukiwania terapeuty. Chciałam i chcę nadal przełamać w sobie lęki, między innymi ten przed przystąpieniem do egzaminu dojrzałości. Jak jeszcze zobaczyłam, że był mój ukochany Sienkiewicz na pisemnym, to nic, tylko walić głową w ścianę, że jestem takim tchórzem. Ale co by to pomogło? Lęku tym nie zwalczę. Sama wiedza to za mało. Trzeba jeszcze mieć odwagę, a z tym jest właśnie problem. Łatwo powiedzieć: „Idź, przecież mądra jesteś” . I co z tego, skoro dostanę ataku paniki albo lęku i nie wyjdę z domu, albo nie wejdę do szkoły. Można też stwierdzić:” To nie zdawaj, po co ci ta matura?”. A ja wiem, po co? Może kiedyś będę chciała pójść na studia? A może to moja ambicja, żeby jednak mieć pełne średnie? Czasem chorą mam tą ambicję, ale nic na to nie poradzę. Albo poradzę, ale nie sama, tylko z pomocą terapeuty. Ostatnio nawet miałam odwołać wizytę, bo tak fatalnie się czułam. Ale poszłam. Ania mnie do tego namówiła. Ona wierzy we mnie jak nikt inny. Taka dumna jest ze mnie, że w ogóle skończyłam szkołę średnią. Ona ma za sobą ośrodek szkolno-wychowawczy, ale nie dlatego, że sprawiała jakieś kłopoty, tylko po prostu ze względu na jej chorobę nie  chciano jej w innych szkołach albo ją wyrzucano po krótkim pobycie. Nie pasowała do „normalnych” szkól, przecież to uczeń jest dla szkoły, a nie ona dla niego. Nie wiem, jak teraz jest, ale jeszcze kilkanaście lat temu były problemy z nauczaniem tak ciężko chorych osób jak Ania. Chociaż wtedy jej choroba jeszcze nie była tak rozwinięta i spokojnie mogłaby chodzić do zwykłej szkoły przy wsparciu innych. Wystarczyło by trochę dobrej woli. Ostatnio napisałam, jak to pewna pani psycholog powiedziała mi, że przecież bardziej chorzy niż ja uczą się. Ania chciała się uczyć, ale nie miała takiej możliwości. Nie miała wyjścia i zdana była na taką edukację, jaką jej wyznaczono. Dlatego jest dumna ze mnie, że się nie poddaję i mimo długiej przerwy poszłam do szkoły, wytrzymałam tam i nawet ją skończyłam. Myślę, że również dla niej chciałabym zrobić tą maturę. Ale na razie terapia jest na pierwszym miejscu. Ciężko mi teraz, myślę, że może to też jej wpływ. Kiedyś słyszałam, że na początku musi być gorzej, aby potem mogło być lepiej. Chcę w to wierzyć i nie poddaję się. Muszę pokonać lęk, bo nie mam zamiaru męczyć się z nim do śmierci. Tak się nie da żyć. Jestem teraz maksymalnie zmobilizowana, nawet jeśli momentami potrafię tylko siedzieć albo leżeć i płakać, to nie wyobrażam sobie, że miałabym zrezygnować z terapii. Po moim trupie. Albo teraz albo już nigdy. Czuję, że mogę wygrać z chorobą. Tyle lat już walczę i najwyższa pora rozprawić się z nią na dobre. Nieważne, jakim kosztem.