Kalendarz

Październik 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

autoagresja

Mała rewolucja.

Na dzień dzisiejszy nie kombinuję dalej z lekami, zostaje na razie to, co jest, czyli jeden antydepresant poszedł w odstawkę, wieczornego wolę nie ruszać jeszcze, chociaż ciekawa jestem, czy dałabym radę spać bez prochów. Nie robiłam tego od kilkunastu lat, więc nie mam zielonego pojęcia, jak by to było. Podejrzewam, że mój organizm mógłby zareagować totalną bezsennością. Na początku na pewno by tak było, ale w końcu musiałby się zmęczyć. Byłam już w sytuacji, gdy jeden z leków tak dziwnie na mnie działał, że miałam podczas jego zażywania duże problemy ze snem. Owszem, zasypiałam szybko, ale budziłam się o trzeciej w nocy i było już po spaniu. Wciąż byłam wówczas zmęczona, nie nadawałam się do życia, więc poprosiłam lekarza o coś konkretnie na sen i dostałam środek, który przez krótki czas może być stosowany nawet codziennie, ale najlepiej przyjmować go doraźnie. Jak się wkrótce okazało, zamiast dodatkowego środka nasennego, wystarczyło po prostu zmienić lek, który nie pozwalał mi spać. Czasem jednak jak się lekarz na coś uprze, to nie da rady go przekonać (no bo przecież ten lek taki dobry, tak dobrze na innych działa i w ogóle to, o co mi chodzi). Tylko, że ja też jestem uparta i nie zamierzałam pozbawiać się snu i ogólnie wyglądać jak zombie, bo to ja łykałam ten lek, a nie psychiatra. Postawiłam więc na swoim, a ten środek, który wówczas dostałam wspomagająco na sen, czasem jeszcze i dziś mi służy, chociaż bardzo rzadko biorę na niego receptę. Bo jednak, gdy nie mogę zasnąć, zawsze ma to u mnie podłoże nerwowe i lękowe i wystarczy po prostu nieduża dawka uspokajacza, oczywiście też doraźnie i jak najrzadziej. Gdy i to nie pomoże, wstaję z łóżka, robię sobie herbatę, siadam w fotelu obok mojego kota, który jak zwykle lubi sobie poczuwać w nocy, i tak siedzimy, aż się zmęczę i jeszcze coś tam dośpię, czasem w ubraniu na kołdrze. Właściwie to ja nie powinnam mieć żadnych problemów ze snem, bo na wieczór mam trójpierścieniowy antydepresant, a one raczej mnie zwalają z nóg przynajmniej na te kilka godzin, ale cudów nie ma i gdy pojawia się naprawdę trudna sytuacja, jakiś problem, duże emocje, to nawet garść tabletek nie zadziała. Z leku przeciwpsychotycznego też nie rezygnuję na razie, ale zmniejszyłam dawkę o połowę. Nie sądzę, aby nagle miały się u mnie pojawić urojenia, bo nie pamiętam sytuacji, żebym w ogóle je kiedyś miała. No chyba, że ksobne. Znam i pamiętam je jednak na tyle dobrze, że wiem, jak je w porę wychwycić. Lek przeciwpsychotyczny biorę, żeby nie mieć ogromnych wahań nastrojów i agresji, tylko, że jak już ostatnio wielokrotnie pisałam, agresję to ja mam teraz codziennie, od wielu miesięcy. Zastanawiałam się, skąd ona się wzięła i dlaczego mnie tak męczy i doszłam do kilku wniosków. Swego czasu dowiedziałam się, że takie zachowania są dziedziczne i może tu jest wyjaśnienie, bo moja rodzina, dalsza i bliższa, to przeważnie ludzie dość mocno agresywni. Na podstawie ich zachowań można byłoby stworzyć niezłą pracę literacką. Nie wszyscy mieli problemy z alkoholem, ale ci, co mieli, to już totalni furiaci. Może więc i ze mnie teraz wyłazi w najlepsze totalne wariactwo, którego nie są nawet w stanie okiełznać leki? No cóż, rodziny się nie wybiera, a ja mocno wierzę genetyce. Myślałam też, że może to moje zachowanie to jeszcze pokłosie złości, w jaką wpadłam, gdy zarówno mój ukochany jak i terapeuta próbowali na siłę odciągnąć moje myśli od matury. Nie chciałam wówczas zajmować się niczym innym, wolałam skupić się na najważniejszym, a tymczasem Aniołek nagle wymyślił sobie zaręczyny, a Paweł też robił wiele, żebym dryfowała myślami w innych kierunkach. Niby chcieli dobrze, ale do dziś jestem na nich zła. Bo ja wolę postępować tak, jak ja chcę i nienawidzę, gdy próbuje się mnie rozpraszać. A już po prostu trafia mnie, gdy się ze mną pogrywa. Mam też kolejną koncepcję – ta ciągła agresja ma jakiś sens, chce mi coś powiedzieć. No może nie ona, bo to objaw, ale moje ciało, podświadomość, dusza czy cokolwiek innego. Tylko o co tu chodzi? Może to jakiś znak, wskazówka? Może ona zawsze we mnie tkwiła, ale ja ją doskonale maskowałam, bo przecież nie wypada się złościć? Tylko dlaczego atakuję osoby mi najbliższe, a najbardziej obrywa się człowiekowi, który tak wiele dla mnie zrobił i którego kocham jak nikogo na świecie? To mnie przeraża, bo pokazuje mi jak złą osobą jestem, ile we mnie pretensji, złośliwości, nieczułości i pogardy dla innych. Jestem też wredna wobec osoby, która nie może (nie chce?) dać mi tego, czego ja oczekuję, a nawet żądam. Ostatnimi czasy zmieniłam się dość mocno(może zawsze taka byłam, tylko to ukrywałam?), stałam się bardziej samolubna i władcza. Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby to mi było dobrze, żebym osiągała to, co chcę i nie rozumiem, gdy czegoś nie mogę otrzymać. Patrząc w sumie wstecz, często dostawałam, to co chciałam, chociaż przeważnie musiałam się natrudzić, żeby to zdobyć. Gdy spodobał mi się mój obecny narzeczony, po prostu musiał być mój, decyzja o wspólnym zamieszkaniu była moja, brak dziecka w naszym związku też jest po mojej myśli. Nie znaczy to, że nie ponosiłam porażek – owszem były, nawet często i ogromnie je przeżywałam. Obecnie, od kilku miesięcy, także walczę, ale już wiem, że jestem na straconej pozycji. Tylko, że ja się nie umiem z tym pogodzić. Urażona ambicja, poczucie odrzucenia – chyba o to chodzi. Jak ktoś mi może odmawiać tego, po co ja chcę sięgnąć? Wychodzi ze mnie egoizm pełnymi garściami. I może to też jest jeden z powodów, dla których odstawiam leki. Jeśli nie mogę mieć mieć tego, co chcę, to nie tylko agresja we mnie narasta, ale i autoagresja, chęć ukarania siebie za to, że nie jestem dość dobra. Bo jeśli nie mogę czegoś mieć, to nie zasługuję na to, jestem gorsza od innych, powinnam usunąć się na bok. Czyli zniszczyć siebie. Znikam ja – znika problem. Nie, nie mam myśli samobójczych, to by było za proste. Może gdzieś tam z tyłu głowy, coś mi nieraz świta, ale to u mnie norma. Czasem śmieszy mnie, gdy ktoś mi zarzuca nie tylko myśli, ale i szeroko zakrojone plany, bo ja tego po prostu nie widzę. Albo nie chcę zobaczyć i oszukuję samą siebie. Bo w jakiś tam sposób dążę do samozagłady, ale nie bardzo wiem, co by to miało oznaczać. Może po prostu odsunięcie się na bok, pobycie chwilę, taką dłuższą, w samotności, zamknięcie się na świat i ludzi, przeczekanie. Albo upadek na samo dno, z którego się odbiję. Albo i nie. W każdym razie zakrawa to na małą rewolucję, co nie do końca mi się podoba. Ale ja trochę zbyt długo w życiu robiłam małe kroki albo za często cofałam się przed nieznanym. Lekarka dała mi przyzwolenie na modyfikowanie dawkami leków, więc korzystam. Oczywiście nie było mowy o eliminacji któregoś, ale ryzykuję. Zawsze jest droga powrotna, gdyby coś poszło nie tak. Nikt ze znajomych nie wie o tym, tylko mój domownik jest wtajemniczony i jeszcze ktoś. Zdziwiłam się mocno, gdy narzeczony powiedział, że mnie podziwia, bo on nie ma takiej odwagi. Chyba raczej nie jest na tyle głupi i chwała mu za to. Obecnie czuję się tak sobie czyli właściwie tak samo, jak tydzień, dwa, miesiąc czy pół roku temu. Ciężko powiedzieć, o czym to świadczy. Ja wiem, o czym chciałabym, żeby to świadczyło, ale za małą mam wiarę.