Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

chorzy znajomi

Nowe -stare znajomości.

Dzisiejszy wpis powinien być nieco krótszy niż zwykle, taką przynajmniej mam nadzieję. Robię go jeszcze przed udostępnieniem przez Centralną Komisję Egzaminacyjną wyników matur, bo dotyczy on czegoś zupełnie innego, a gdy jutro sprawdzę wyniki maturalne, nie będę miała głowy do wpisu, który nie jest związany z moim egzaminem dojrzałości. A więc zaczynam. Jakiś, dość dłuższy już, czas temu, byłam z moim ukochanym na komisji orzekającej o stopniu niepełnosprawności. Właściwie to tylko mu towarzyszyłam, bo tym razem to była jego komisja. W pewnej chwili zauważyłam na korytarzu dziewczynę, którą poznałam podczas mojego pobytu w szpitalu, jeszcze w 2001 roku. Nie byłam pewna, czy ona mnie poznaje, ale podeszłam do niej. I okazało się, że bardzo dobrze mnie kojarzy. Pamiętam, że nasz kontakt wiele lat temu raczej był dość luźny, a po opuszczeniu przeze mnie szpitala, urwał się całkiem. Później spotkałam ją trochę przypadkiem, dała mi swój numer telefonu i zachęcała do kontaktu, ale ja wyrzuciłam ten numer, bo bardzo źle się wtedy czułam. Nie miałam wówczas ochoty na jakiekolwiek znajomości, byłam całkowicie pochłonięta swoją chorobą. Znajoma wyglądała w tamtym czasie kwitnąco, czuła się dobrze, uczyła się, a ja czułam się jak śmieć, bo nie byłam w stanie dokończyć edukacji, do czego mnie usilnie namawiała. Teraz jednak, gdy spotkałam Elę po latach, chciałam mieć z nią kontakt, nie byłam jednak pewna, czy ona ma na to ochotę. Ale jednak ma. Wymieniłyśmy się telefonami i czasem dzwonimy do siebie. Nawet nie pamiętam, że tak dużo jej kiedyś o sobie mówiłam i o moim otoczeniu, ale ona przypomina mi pewne sprawy. Musi mieć fenomenalną pamięć. Cieszę się z tej znajomości, ale jednak ważniejsze stało się dla mnie to, że dzięki Eli miałam szczęście odnowić kontakt z Olą, dziewczyną, którą też poznałam podczas tamtego pamiętnego roku, też na oddziale. Dobrze mi się z nią wówczas rozmawiało, spotkałyśmy się potem parę razy, Ola była wtedy w lepszej formie niż ja i próbowała podnosić mnie na duchu. Niestety, nasz kontakt się dość szybko urwał, ponieważ koleżanka zaczęła coraz bardziej popadać w chorobę. Wcześniej próbowała iść na studia, trochę pracować i, niestety, odstawiła leki. Czemu tak się dzieje? Nie umiem tego logicznie wytłumaczyć. Przecież to dzięki nim dobrze funkcjonowała. Rozsypała się strasznie, zaczęły się szpitale, zamknęła się w domu. I zerwała wszelkie kontakty, ze mną też. Tłumaczyła, że nie chce mnie sobą absorbować, nie chce mnie ranić, nie nadaje się do znajomości itp. Ale właśnie tym mnie zraniła, bo chciałam przy niej być w tych trudnych chwilach. Ale miałam za swoje – być może ja też zraniłam Elę wyrzucając jej telefon, to teraz ktoś inny odrzucił mnie. Jednak nie ma co się nad tym zastanawiać. Najważniejsze, że dowiedziałam się od Eli, że ma nadal kontakt z Olą i obiecała zapytać się , czy może mi dać jej numer telefonu. Tak się też stało, a Ola nie miała nic przeciwko temu. Póżniej spotkałam ją nawet przypadkiem i zamieniłyśmy kilka słów. Od tamtego czasu spotkałyśmy się raz i było to bardzo miłe spotkanie, chociaż Ola wydała mi się dość mocno spięta, może przestraszona. Niestety, z jej zdrowiem nie jest najlepiej, przetestowała wiele leków, zanim trafiła na odpowiedni. Ze studiów zrezygnowała szybko, głównie, a praktycznie wyłącznie, jest w domu rodzinnym. Przpomina mi mnie z dawnych lat. I chyba to mnie do niej tak przyciąga, bo chcę być dla niej wsparciem, jeśli będzie potrzebować jakiejś bratniej duszy. Martwiłam się, że ciężko nam będzie spotkać się chociaż czasem, bo Ola jest w mieście tylko, gdy ma wizytę u swojego psychiatry, ale okazało się, że może do mnie często dzwonić, bo ma korzystną ofertę w swojej sieci. To super, mam nadzieję, że nie będę skazana już tylko na mężczyzn w moim życiu, a konkretnie na mojego Aniołka, tatę i Tomka, mojego prawie przyjaciela. Dobrze jest czasem porozmawiać z kobietą, a raczej nie mam do tego okazji. Owszem, zdarzają się, ale niezbyt często. Trochę się boję, żeby Ola znów nie odrzuciła mnie i, przede wszystkim, żeby jej się nie pogorszyło, co oczywiście ważniejsze. Jestem trochę za szybka i muszę zrozumieć, że to nie jest jeszcze czas na wzajemne odwiedziny, choć bardzo bym tego chciała, ale wiem, że koleżanka się tego boi. Nic na siłę, tylko pomału. Pamiętam gdy ja czułam się koszmarnie, zamknięta w domu na cztery spusty – nikt nie zdołałby wówczas namówić mnie do niczego. Uciekałam też wtedy przed ludźmi, trochę tak, jak Ola teraz. Akceptuję to i nie będę naciskać. Jeśli rozwiniemy naszą znajomość dalej, to dobrze, a jeśli nie, to trudno, najważniejsze, żeby ona czuła się w tej relacji komfortowo. Ciekawe, że i Ola, tak jak Ela, dużo pamięta z naszych dawnych rozmów, bo ja to głównie kojarzę, że uwielbia czytać, no i że chodziła swego czasu do psychologa, ale zrezygnowała. Może nie trafiła na dobrego specjalistę? Dobrze, na dziś kończę. Dwie nowe – stare znajomości to powód do zadowolenia. A że znów nie udaje mi się zakolegować z jakąś zdrową osobą? To szczegół. Może kiedyś to nastąpi, ale jeśli mam przez to tylko cierpieć, to wolę pozostać przy moim środowisku, gdzie nie traktujemy się jak zdrowi, bo tacy nie jesteśmy. Mamy swoje problemy, wielu rzeczy nie możemy, ale szanujemy to i wspieramy się. A jutro wyniki – co ma być, to będzie. Przecież z wieżowca nie skoczę.

Chyba boję się zdrowych czyli tylko chorzy znajomi.

Ale się rozleniwiłam, aż dziwnie się czuję, że tyle czasu nie pisałam. Czasem jednak i taka przerwa jest potrzebna. Pomysł na dzisiejszy wpis mam, ale znając siebie pewnie coś innego mi wpadnie do głowy i pójdę tym śladem. Chciałam dziś naskrobać parę słów o jednej z moich ostatnich wizyt u pana Pawła. Już co nieco wspomniałam poprzednio, gdy rozważałam, czy można wygrać ze zmęczeniem. To moje częste znużenie było właśnie jednym z tematów wizyty, ale nie doszłam do jakiś konkretnych wniosków i nadal snuję tylko przypuszczenia. Kolejnym tematem naszej rozmowy była samotność, która dość mocno mi wtedy doskwierała, co jest raczej dziwne, bo jak można się czuć się samotnym mając przy sobie ukochaną osobę? Czasem można, zwłaszcza, gdy tej osoby nie ma przy nas. Zauważyłam u siebie taką prawidłowość, że gdy czuję się gorzej psychicznie, samotność jest mi bardzo potrzebna i w zasadzie wtedy wystarczy mi ramię mojego chłopaka. Zdarza się też, że nawet od niego izoluję się momentami, aby pobyć sama ze sobą. I jest mi z tym dobrze. Kiedy jednak mam w sobie dużo pozytywnej energii, potrzebuję czasami towarzystwa. A nie zawsze jest okazja na spotkanie ze znajomymi, bo przecież oni mają swoje życie. I wtedy wpadam w przygnębienie. A raczej wpadałam, bo taka sytuacja miała miejsce już jakiś czas temu i obecnie raczej nie będzie się powtarzała. Wspominam jednak o tym, bo to także część mnie, może już dawna część, a może i nie. Troszkę ją pewnie uśpiłam i nie jest pewne, czy nie pojawi się za jakiś czas powtórnie. Zastanawialiśmy się wspólnie z panem Pawłem, jak sobie mogę poradzić w takiej sytuacji i doszliśmy do pewnych wniosków, ale nie były one dla mnie zbyt satysfakcjonujące. Stworzyliśmy taki plan na samotność, obejmujący wyjścia do różnych lokali, kina czy teatru albo na wystawy, kółka zainteresowań, stowarzyszenia lub fundacje, może jogę, o której już kiedyś była mowa. Znalazły się też na naszej liście portale internetowe, chociaż mój terapeuta ostrzegał mnie przed tą formą kontaktów. Mi jednak ona przypadła najbardziej do gustu, bo już wcześniej z niej korzystałam i dzięki internetowi poznałam parę naprawdę świetnych osób. Jest też pewna grupa ludzi, o których nie mogę powiedzieć, że ich znam, ponieważ mamy kontakt jedynie wirtualny, ale taki również mi wystarcza. Nie jestem osobą, która nie potrafi żyć bez codziennego kontaktu z innymi, wręcz przeciwnie – często izoluję się i jest to mój wolny wybór. Być może wynika to z przeszłości, która nie była dla mnie łaskawa i nie dane mi było nauczyć się normalnych i zdrowych relacji z innymi osobami. Wybrałam samotność, bo nie miałam innego wyjścia. Kiedyś tam, miałam jakieś relacje z rówieśnikami, zdarzały się nawet głębsze związki, i nie mówię tu o związkach damsko – męskich, ale zdecydowana większość moich kontaktów z innymi była raczej powierzchowna. Nie będę tu szerzej opisywać, dlaczego, myślę, że jeszcze przyjdzie na to czas. Myślę jednak, że moja przeszłość spowodowała, że nie umiem za bardzo budować relacji i nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała. Wydaje mi się, że jest już trochę na to za późno, bo przecież czego Jaś się nie nauczy… Zastanawia mnie fakt, że mam praktycznie samych chorych znajomych. Może to mój wybór, może tak wyszło, ale wcześniej nie myślałam o tym. Kiedyś koleżanka zapytała mnie, czy chcę tylko takie osoby mieć w swoim otoczeniu, a ja odpowiedziałam, że nie, ale czy tak rzeczywiście jest? Nie wiem, czy nie boję się jednak podświadomie odrzucenia przez zdrowych. Gdy chodziłam jakiś czas temu do liceum zaocznego, poznałam tam parę osób. Jedna z nich, kobieta, stała mi się trochę bliższa i sądziłam, że nasze relacje być może przetrwają i zostaniemy koleżankami, gdy szkoła już się skończy. Jednak nic z tego nie wyszło, chociaż starałam się. Nikt w szkole nie wiedział, na co choruję.  Nie kryłam tego, że mam problemy zdrowotne, ale nie mówiłam jakie, bo to przecież moja osobista sprawa. Moja nowa znajoma któregoś dnia zaskoczyła mnie stwierdzeniem, że wie, co mi jest i zauważyła, że na pewno mam problemy z sercem. Nie potwierdziłam , ale i nie zaprzeczyłam temu, bo co innego miałam zrobić? Okazało się po pewnym czasie, że dobrze zrobiłam, ponieważ koleżanka miała już wyrobione zdanie na temat pewnych chorób czy leków. Nie miała lekko w życiu i często mi o tym opowiadała,  podkreślając przy tym, że proponowano jej kiedyś leki uspokajające lub może i inne, ale ona nawet nie chciała o tym słyszeć, bo przecież człowiek musi sobie radzić. Na podstawie jej słów doszłam do wniosku, że takie osoby jak ja, uważa za słabe, może nawet nieprzystosowane do życia ( sama była osobą niezwykle energiczną). Bałam się więc mówić o mojej chorobie, a nie chciałam budować czegoś na kłamstwie. Może źle zrobiłam, być może moje zaburzenia nie stanowiłyby problemu, ale ja jednak odpuściłam. Nie potrafiłam pokazać całej siebie, powiedzieć drugiemu człowiekowi :”Zobacz, znasz mnie już trochę. To prawda, choruję, ale czy naprawdę tak bardzo różnię się od Ciebie?”. Może nauczę się tego, ale jeszcze nie potrafię, chociaż staram się.  Czy ta sytuacja wpłynęła jakoś na mnie? Pewnie tak, bo miałam nadzieję na relację ze zdrową osobą, a nie wyszło. Czy jednak naprawdę chciałam takiej relacji? Właśnie nie wiem. Może ja po prostu lepiej się czuję w gronie „swoich”, w obecności osób, które mają podobne problemy, przed którymi nie muszę się ukrywać, gdy gorzej się czuję. Bezpieczniej chyba też, choć dochodzi tu u mnie do pewnego zacierania się granic, jak mówi pan Paweł (pewnie chodzi o jakieś granice między światem chorych i zdrowych, choć właściwie to ja tworzę te granice, a nie zacieram je. Zresztą mniejsza z tym). Ale z drugiej strony, w ten sposób zamykam się na inne, wspaniałe osoby, które warto poznać.  Zresztą , w „mojej „ grupie też nie zawsze jest różowo, bo bywa ciężko ogarnąć problemy wszystkich, a trudno spotkać osobę zaburzoną, która poza swoją chorobą nie miałaby jeszcze innych kłopotów. Zresztą, już same choroby dają w kość, bo bądź tu mądry człowieku i za każdym razem zgaduj, czy twój bliski jest dziś po prostu wredny, czy to jego objaw chorobowy. Ale jakoś dobrze mi z nimi. Co nie znaczy, że mają być moim pępkiem świata.  Brak relacji ze zdrowymi to też zapewne i strach przed wyśmianiem, przed odrzuceniem, niezrozumieniem. Tylko że osoba chora też ma pełne prawo mnie odrzucić i to tak samo boli. Ech, te moje dywagacje.Koniec na dziś tego pisania, bo coś mi ono nie idzie za dobrze i wydaje mi się, że jakaś chaotyczna dziś jestem. Może następnym razem będzie lepiej.