Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

depresja

Przesilenie wiosenne czyli lęk i depresja powracają.

Zastanawiałam się ostatnio, jakby ująć to, jak jeszcze niedawno się czułam. I doszłam do wniosku, że najlepsze są najprostsze metody, czyli napiszę prosto i szczerze ( a czy ja kiedykolwiek piszę inaczej?). Jakiś czas temu w moim życiu doszło do kilku bardzo ważnych zmian i są to zmiany jak najbardziej na lepsze. Załatwiłam sprawę, która była dla mnie priorytetem, mój ukochany kupił, wraz z rodzicami, mieszkanie, które wynajmowaliśmy od kilku lat i już się nawet zameldował, więc może teraz i mnie zapisać. Spełniło się więc jedno z moich marzeń, które wydawało mi się raczej nierealne, a dotyczyło przeniesienia się na stałe do miasta. Po za tym mój chłopak dostał umowę o pracę na czas nieokreślony, co daje nam dużą stabilizację. „Nic, tylko się cieszyć”- powie ktoś i będzie miał rację. I ja się cieszę, a przynajmniej cieszyłam, bo to radosne wydarzenia. Tylko, że moja radość specyficznie się objawia. Nawet bardzo specyficznie, ponieważ trwa ona dość krótko, a potem zaczyna się odchorowywanie sukcesów. Przynajmniej do tej pory tak myślałam. Ale już nie jestem tego pewna, bo akurat te sukcesy zbiegły się w czasie z przesileniem pór roku i bardzo wyraźnie mój organizm czuje już wiosnę. A wiosna to nieciekawy okres dla mnie i moich przyjaciół, najprościej mówiąc taka równia pochyła, gdy wszystko leci na łeb, na szyję, a przede wszystkim nastrój. Ostatnio czułam się więc podle, ale nie umiem do końca powiedzieć, czy ma to związek z wiosną czy z moimi sukcesami, więc biorę pod uwagę te dwie możliwości. Swoją drogą miałam taką cichutką nadzieję, że terapia spowoduje u mnie zahamowanie procesu rozsypywania się na styku pór roku, ale, jak widać, pomyliłam się. Zresztą mogłabym też darować sobie odchorowywanie tego, co dobre w moim życiu, ale i tu zawiodłam siebie, a raczej moja psychika mnie zawiodła. Albo moje emocje. „Depresjo, witaj w domu!”-mogłabym zawołać i nie byłaby to przesada. Co się więc takiego ze mną działo i jeszcze nieraz mnie dopada? Już donoszę. Żeby nie zapomnieć – ominęły mnie myśli samobójcze, a to zawsze coś na plus w tej sytuacji. Zaczęło się od tego, że bałam się położyć wieczorem do łóżka i najchętniej siedziałabym pół nocy. Nie umiem powiedzieć, z czego to wynikało, czy bałam się zasnąć, czy może śnić. Nie miałam mimo wszystko jakiś większych problemów ze snem, gdy już się położyłam, wręcz przeciwnie – spałam dużo i intensywnie śniłam, co sprawiało, że rano nie mogłam się dobudzić i leżałam długo, nie mogąc wstać. Zresztą problemy ze wstawaniem mam od wielu lat i  jest to związane również z lekami, jakie przyjmuję, chociaż nie są one wybitnie nasenne. Gdy już udawało mi się podnieść z łóżka, miałam tak złe samopoczucie, że wrogowi bym nie życzyła. Dopadał mnie lęk, lekka panika, płaczliwość (sama nie miałam pojęcia dlaczego płaczę) i jakaś nieokreślona tęsknota za czymś, jakby czekanie na coś, co może nigdy nie nastąpi. Co ciekawe, w takich momentach pojawiała się u mnie zawsze myśl o mamie, ale nie tym razem, więc mniemam, że okres mojej żałoby być może się już skończył. Nastrój miałam jednostajny i gdybym tylko miała ochotę przeglądać się w lustrze, pewnie zobaczyłabym tam nieruchomą twarz bez wyrazu i puste, zgaszone oczy. Noi oczywiście dopadł mnie smutek i okropne przygnębienie, w sumie wręcz rozpacz, która manifestowała się bólem psychicznym. Nienawidzę tego bólu, już wolałabym, żeby to był odruch ciała, a nie duszy. Nasiliły się też moje natręctwa, a już sądziłam, że poradziłam sobie z nimi. Dopadło mnie takie dziwne, niewytłumaczalne zmęczenie, czy może znużenie, chociaż teoretycznie nie miało prawa, bo nie napracowałam się. Ale sęk w tym, że istnieje też właśnie zmęczenie psychiczne, chociaż trudno powiedzieć, skąd się bierze i dlaczego się pojawia. Po prostu najmilszym dla mnie wtedy zajęciem jest siedzenie na fotelu i popijanie herbaty lub kawy, choć słowo „najmilszy” nie bardzo pasuje, lepiej napisać,że jest to jedyne znośne zajęcie, które nie sprawia bólu. Aktywność spada , niewiele się chce, muszę się mocno mobilizować, żeby zająć się czymś, choćby codziennymi czynnościami. Dobrze, że byłam w stanie jeść i myć się, ale jedzenie nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, wręcz potrafiłam się objadać podczas złego samopoczucia, szczególnie słodyczami. Po prostu zajadałam smutki. Tylko raz zdarzyło mi się nie jeść przez cały dzień, na początku choroby. Był to rodzaj buntu, gdyż mama wysyłała mnie jeszcze wtedy do szkoły, a ja za nic nie chciałam iść. Nie miałam też ostatnio najmniejszej ochoty wychodzić z domu, robiłam to naprawdę wyjątkowo, gdy już byłam ostatecznie zmuszona. Czyli nie było jeszcze aż tak źle, bo w przeciwnym razie wołami by mnie nie wyciągnięto. Ale zmusznie się do czegoś jest istną torturą w takim okresie obniżonego nastroju i napędu. Bo nawet jeśli coś zrobię, to nie czuję satysfakcji, tylko żal, niemoc i przykrość. Właśnie przykrość najlepiej opisuje wtedy stan uczuć, które w sobie mam. Coś, co robi się w innym wypadku automatycznie, staje się drogą przez mękę. Tak, jakby ktoś mi kazał wejść w ogień. Jednym z najbardziej przykrych objawów mojej depresji sezonowej jest brak zainteresowania tym, co do tej pory mnie cieszyło, a nawet pasjonowało. Mimo że zdaję sobie sprawę, że nie wydarzyło się nic takiego, co mogłoby spowodować znielubienie danej rzeczy czy czynności, to nie bardzo mam ochotę robić to, co wcześniej było dla mnie ważne. W ostatnich dniach nie poddawałam się jednak i nie rezygnowałam z ulubionych zajęć, ale prawie nic z tego nie wynosiłam, bo nie mogłam się skupić, męczyłam się szybko i wolałam wcisnąć się w ulubiony fotel. Dobrze, że nie doszło do sytuacji, jakie w przeszłości miały miejsce, zdarzało się bowiem i tak, że lubiane zajęcia sprawiały mi smutek, a nawet wręcz przykrość. To jest dopiero problem – kochasz coś, a nagle, któregoś dnia, nie możesz już na to patrzeć. I absolutnie nie chodzi tu o przesyt, bo po jakimś czasie wracałam do danych spraw i sprawiały mi one dalej taką samą przyjemność, jak przed załamaniem. Sprawą bardziej przykrą dla mojego partnera niż dla mnie była moja drażliwość, złośliwość i wściekanie się o byle co. Pewnie, że mi samej nie sprawiało to radości i nie chciałam się tak zachowywać, ale to były uczucia silniejsze od zdrowego rozsądku i nie potrafiłam nad nimi zapanować. Akurat mieliśmy spotkać się z bliskimi mojego chłopaka, a ja się do tego zupełnie nie nadawałam. Najgorsze było dla mnie to, że spóźnili się o parę godzin, a gdy ja mam nastrój do niczego, to nieraz planuję dany dzień, aby go tak całkiem nie przesiedzieć. Wkurzyłam się więc i wyszłam z domu, żeby ochłonąć. Co ciekawe, nawet miałam na to siłę. Gdy wróciłam, goście byli już na miejscu, więc przysiadłam się, żeby nie wyjść na nieuprzejmą. Ale zbyt przyjemna to raczej nie byłam, chociaż starałam się nie pokazywać  nieczego po sobie. Po prostu milczałam, a gdy już musiałam odpowiedzieć na pytanie, to robiłam to półsłówkami i zdawkowo. Podejrzewam też, że moja twarz wyrażała przeraźliwy smutek. Nie dziwię się też, że goście szybko się pożegnali i nawet kazali mi odpoczywać. W sumie to nie powinno dojść do tego spotkania, ale nie byłam do końca szczera wobec mojego chłopaka i nie mógł on wiedzieć, jak bardzo źle się czuję. Raczej już nie popełnię tego błędu, bo to niepotrzebne dobijanie samej siebie. W pewnych sytuacjach chcę tylko świętego spokoju, milczenia, wyobcowania i samotności, przynajmniej częściowej, bo inaczej potrafię być nieprzyjemna, łatwo mnie zdenerwować i mogę niepotrzebnie wybuchnąć. Dodatkowo muszę przyznać, niestety, że ostatnie wydarzenia nauczyły mnie jeszcze jednego – nie ma sensu zajmować się czymś na siłę, byle tylko zająć ręcę, bo może to wyłączy psychikę i emocje. W moim przypadku to nie działa – im bardziej staram się zająć czym innym, tym więcej myślę i tym bardziej dołuję siebie. Wolę po prostu usiąść, wypłakać się, wyżalić, a nie udawać, że wszystko jest w porządku.

Pesymistyczny ten wpis, ale na koniec dodam coś bardziej optymistycznego, bo i to mnie nie ominęło (tu kłaniają się przede wszystkim wieczory, które były znośne, poza tym lękiem przed snem). Przede wszystkim dotarło w końcu do mnie, jak bardzo potrzebuję mojego chłopaka. Poprzednimi razami zdarzało się, że wybierałam samotność, odtrącałam go, nie czułam potrzeby dzielenia z nim moich przeżyć, teraz natomiast, chyba po raz pierwszy w ogóle, tęskniłam za nim i pragnęłam jego obecności. I rzeczywiście ta obecność mi pomogła, poczułam ulgę, gdy mogłam skorzystać z ciepła jego rąk i ciepłego głosu. Mój Aniołek nareszcie, po tylu latach, zastąpił w moich myślach zmarłą mamę i niesamowicie mnie to cieszy. Myślę, że jego też. Mam nadzieję tylko, że nie uzależnię się od niego tak jak od niej byłam zależna. Nie powinno mi to grozić, bo dawniej byłam bezbronnym dzieckiem, a dziś czuję się silną kobietą, czasem jeszcze tylko zagubioną. Mimo tego załamania wiosennego zrozumiałam też jeszcze jedno – jednak lubię wiosnę. Cieszy mnie słońce, kwitnące kwiaty, ciepło, nie obawiam się już światła, a bywało, że przerażało mnie ono. Podejrzewam, że musiałam mieć pod tym względem jakieś urojenie.  Pamiętam swego czasu, jak wiele lat temu siedziałam na kanapie razem z tatą, płacząc i jęcząc, że nie chcę lata, bo ono jest najbardziej świetliste.Po prostu cieszę się małymi rzeczami. Oczywiście, że nie widzę pozytywów, gdy jestem w największym dole, ale gdy już się z niego wydrapię, doceniam to, co mnie ominęło. Myślę zresztą, że być może teraz już tak nie przeżywam pór roku, ich zmian, ale za wcześnie jest by się o tym przekonać, bo w końcu nie zakończyłam jeszcze procesu terapeutycznego. Ale wiem, że zanim podjęłam jakąkolwiek pracę nad sobą, załamania były gorsze i dłuższe. Teraz dalej są, tyle, że ja już powoli uczę się z nimi postępować. Marzę jednak o tym, by złe chwile odeszły na dobre i nie zaczajały się na mnie w najmniej przewidywalnym momencie. Na pewno nigdy ich nie zaakceptuję i będę dążyć z całych sił, aby przegnać je na cztery wiatry. Mała konkluzja na sam koniec – czy to takie ważne, z czego wynikało moje załamanie? Czy odchorowywałam sukcesy, czy początek wiosny? Ważne, że minęło. Nie wim, czy na dobre, ale taką mam nadzieję. Myślę, że przekonam się już niedługo.

Depresja.

Ostatnio był u mnie tato i w związku z tym przypomniała mi się historia z nim związana.  Trochę więc dzisiaj nawiązuję do poprzedniego wpisu, chociaż na początku nie miałam takich intencji. Mój rodzic dalej mieszka na wsi i, ponieważ jest sam, zabija wolny czas czytaniem książek i rozwiązywaniem krzyżówek. Ale czasem i te czynności się znudzą, więc wybiera się co jakiś czas do jedynego sklepu w miejscowości, w którym nie tylko robi się zakupy, ale i prowadzi długie rozmowy „filozoficzne” przy piwie. Któregoś razu tato usiłował tłumaczyć wiejskim smakoszom trunków i filozofom poniekąd, na czym polega depresja. A robił to w sposób prosty i przystępny dla każdego, przynajmniej mi się tak wydaje. Monolog ten wyglądał mniej więcej tak: „ Wyobraź sobie Stachu, że chcesz się napić piwa, ale nie masz w domu ani jednej butelki ani puszki. Więc jak jesteś zdrowy, to po prostu idziesz do sklepu i kupujesz, pijesz na miejscu lub bierzesz ze sobą do chałupy. Ale jak jesteś chory na depresję, to masz problem.  Jeśli już w ogóle poczujesz chęć na piwko, to pojawia się szereg przeszkód, aby je zdobyć. Jeśli leżysz, to musisz wstać, a to pierwszy problem, bo nie masz siły. Potem trzeba by się ubrać, ale nie chce Ci się i nie wiesz w co. Patrzysz za okno – pada, czyli należałoby się ubrać jakoś przeciwdeszczowo, a nie wiesz, gdzie masz parasol i nawet nie masz siły go szukać. Albo śnieg na dworze, może też być upał, wszystko jedno, bo i tak coś odpowiedniego trzeba by założyć. Wyobraź sobie, że mieszkasz daleko od sklepu. Kolejny problem, no bo jak tu dojść? A nawet jak mieszkasz blisko, to i tak musisz przynajmniej z domu wyjść i choćby kawałeczek się przejść. Czyli buty ubrać trza, ale jakie? Czystych już nie ma, a w zabłoconych – trochę głupio. I można tak jeszcze długo wymyślać, co Ci nie pasuje, aż w końcu nigdzie nie idziesz, bo już nie chce Ci się ani piwa, ani nic. Przewracasz się na drugi bok i zasypiasz.” W taki właśnie sposób mój tato zakończył swoje wywody. Nie mam pojęcia, czy coś do jego znajomych dotarło, ale mi wiele dało do myślenia. A mianowicie uzmysłowiłam sobie jak trudno wytłumaczyć zdrowej osobie, czym jest depresja, a to przecież schorzenia, które dotyka coraz większej liczby osób na całym świecie. Ja osobiście nie przechodziłam nigdy klasycznej depresji, ale miałam zaburzenia depresyjne. Zresztą mam je nadal od czasu do czasu, a podejrzewam, że gdyby nie leki antydepresyjne, które przyjmuję od lat, sprawa wyglądałaby znacznie poważniej. Miałam już na to dowód, gdy próbowałam samodzielnie odstawić jeden z leków lub zmniejszyć jego dawkę. Za pierwszym razem początkowo było dobrze, ale potem wpadałam w euforię pomieszaną z lękiem i płaczem oraz niesamowitym obniżeniem nastroju. Na szczęście nie skończyło się szpitalem, bo w porę powróciłam do leku. Przy zmniejszeniu dawki z kolei czułam dość wyrażnie, że nastrój systematycznie mi siada, wciąż byłam niespokojna, tęskniłam za czymś nieokreślonym, czegoś mi brakowało. Dawno temu, gdy zaczynałam chorować, odczucia depresyjne były dużo silniejsze. Potrafiłam wtedy nie wychodzić z domu albo z łóżka, nie jeść, albo wręcz przeciwnie – objadać się, nie myć się przez parę dni, siedzieć w fotelu albo na kanapie i nic nie robić prawie cały dzień. Nie było to życie, tylko egzystencja. Cierpiałam też wtedy ogromny ból psychiczny, którego nie można z niczym porównać. Pamiętam, jak moi rodzice cieszyli się wtedy z jakiejkolwiek mojej aktywności. I nie chodziło o to, że mi się nie chciało, bo byłam leniwa i rozkapryszona, po prostu – nie mogłam, nie byłam w stanie, ciało i umysł odmawiały mi posłuszeństwa. Bo depresja to choroba, a nie lenistwo. Szkoda tylko, że tak wiele osób tego nie zauważa. Kiedyś rozmawiałam z moją koleżanką , która bardzo często nie może czegoś zrobić, bo nie może i już, po prostu jej stan zdrowia nie pozwala jej na to, o braku zrozumienia w tej kwestii. Ona akurat często tego doświadcza, bo zmuszona jest korzystać z opieki społecznej. Co i rusz jakaś miła pani z tej insytucji ma do niej pretensje, czemu nie przyszła na umówione spotkanie, czegoś nie załatwiła, gdzieś nie dotarła. Nie pomagają tłumaczenia, że Kasia chce, ale nie jest w stanie, bo akurat miała tak silnego doła, że przepłakała cały dzień we własnym łóżku. Nie rozumiem tego, że osoby wykształcone, na stanowiskach nie mogą pojąć czegoś tak jasnego jak niemoc w chorobie. Że potrafią powiedzieć :” Nie chciało Ci się”. Każdemu czasem się nie chce, chandra dopada niejedną osobę, zwłaszczy gdy jesteśmy zmęczeni albo pogoda brzydka, ale przecież depresja to nie kilku godzinna chandra, z którą można sobie poradzić, tylko o wiele głębszy problem. Pamiętam takie mądre zdanie jednego z psychiatrów, że na depresję chorują też piękni, młodzi i bogaci. I to jest fakt. Przyczyn depresji jest wiele i nie zawsze musi to być sprawa genetyczna, śmierć kogoś w rodzinie czy warunki społeczne. W sumie ciężko powiedzieć, dlaczego ktoś choruje, a inny, mający podobną sytuację, cieszy się dobrym zdrowiem. Wkurzają mnie komentarze typu :” Ten to ma ciężko, dlatego ma depresję.” Albo :” Jak ona może chorować, skoro ma wszystko.” Zupełnie jakby jedena osoba miała prawo do choroby, a inna nie. Zresztą łatwiej też współczuć osobie, która jest gdzieś daleko niż własnej rodzinie. Słyszałam o sytuacji, w której siostra pewnego chłopaka była poruszona wiadomością, że ktoś ledwo jej znany leczył się w szpitalu na depresję, a nie widziała tego, że przecież jej brat też choruje i traktowała go jak śmiecia.

Napisałam to wszystko i jakoś tak lżej mi się na duszy zrobiło, bo te kwestie gdzieś tkwiły głęboko we mnie. Może nie jestem najbardziej odpowiednią osobą, aby je poruszać, bo mam też inne zaburzenia, ale i depresja nie jest mi obca. Wiem jedno – depresja to nie lenistwo, chandra, melancholia czy znudzenia, ale poważna choroba wymagająca leczenia. Jedni uważają, że lepsze są leki, inni, że psychoterapia, ja osobiście jestem za obiema formami terapii. A przede wszystkim jestem za szacunkiem dla chorego, bo on naprawdę cierpi.

Smutne Boże Narodzenie, ale nadzieja tuż za progiem.

Właśnie przeczytałam swój poprzedni wpis i muszę przyznać, że rzeczywiście nie miałam wczoraj najlepszego nastroju. Dzisiaj jest już trochę lepiej, choć  i tak nie bardzo. Co te święta mają takiego w sobie, że tak mi siada humor? Wielkanoc jest mi właściwie obojętna, może wiąże się ta obojętność z porą roku, w końcu jest wtedy wiosna, a wiosną jakoś wszystko inaczej się przeżywa i odczuwa. Mam wtedy takie poczucie wolności, a teraz wręcz przeciwnie, czuję się taka pozamykana na świat i ludzi, ogólnie na wszystko. Wigilia to jednak szczególny dzień, który bardzo mocno porusza niezależnie od tego czy się jest wierzącym czy nie. Ja już chyba nie mam w sobie wiary, wydaje mi się ona nie być do niczego potrzeba  i po prostu zbędna. Ostatnio usłyszałam w radiu, że święta przeżywają kryzys, są coraz mniej sakralne i duchowe, a bardziej skomercjalizowane. Ale było w tym też coś pozytywnego, gdyż są one jednocześnie niesamowicie rodzinne i już teraz właściwie ponad religijne. Bardzo mi się spodobała taka wizja świąt Bożego Narodzenia wspólnych dla wszystkich, wierzących i ateistów, wątpiących i poszukujących, takich po prostu ciepłych i serdecznych dni spędzonych razem. Bo chyba nie tylko o to chodzi, aby wtedy koniecznie spożyć wspólny posiłek ,bardzo tradycyjny, pójść do kościoła czy na pasterkę, ale żeby mieć takie poczucie wspólnoty. Przynajmniej ja to tak widzę i wyobrażam sobie. W tym roku miałam ochotę na karpia, takiego jakiego robiła moja mama, więc go zrobiłam, może za rok już nie będzie mi się chciało. Może znowu położę się do łóżka, jak  dwa lata temu i przepłaczę ten wieczór, ale to będzie moje i tylko moje i nic komu do tego. Ale będę miała może przynajmniej tą świadomość, że nie jestem sama, że jest obok ktoś, dla kogo też jest ważna moja obecność i tylko ona. Kto nie musi mieć wysprzątanego mieszkania na błysk, choinki i opłatka. Zapamiętałam sobie piękne słowa pewnego lekarza psychiatry, który kiedyś mi powiedział, że powinnam sobie dać przyzwolenie na złe samopoczucie i nie obwiniać się za nie. Tak więc staram się to stosować nie tylko na co dzień, ale i od święta. Skoro źle się wtedy czuję, mam obniżony nastrój, lęki, poczucie niepokoju i niechęci, to staram się nie zmuszać siebie do niczego, na co nie mam ochoty. Nie usiłuję cieszyć się na siłę, czy  udawać zadowolonej, skoro nie jestem. Czekam po prostu, aż zły czas minie i wrócę do świata żywych. Ponieważ dziś już jest trochę lepiej, więc  zdecydowałam się wysłać trochę życzeń świątecznych w postaci smsów i nawet nie było to dla mnie przykre, a nawet sprawiło mi pewną przyjemność. W razie czego pozostaje jeszcze magiczna tabletka na uspokojenie, ale to ostateczność, chociaż jeśli nie można sobie pomóc w inny sposób, to każdy sposób jest dobry. Ważne to nie wymagać od siebie ponad siły, po prostu mierzyć siły na zamiary. Mam nadzieję, że jeszcze istnieją osoby, dla których te święta też są trudne, że nie jestem sama, chociaż oczywiście lepiej by było gdyby takich osób znajdowało się coraz mniej.  Ale jakoś mam takie przeświadczenie, że ta liczba rośnie i można to nawet łatwo zaobserwować. Przykre to, ale prawdziwe. Trzeba jednak mieć nadzieję, że kiedyś ten stan rzeczy się zmieni, i u mnie, i u innych smutasków świątecznych. Może i nas ogarnie magia Bożego Narodzenia?

Trudne święta.

Właściwie już tytuł mówi wszystko, dla mnie święta, szczególnie te Bożego Narodzenia, są zawsze trudne. Nie wiem, czy choroba ma tu coś do rzeczy czy nie, ale ciężko mi się w ten świąteczny czas pozbierać. Wszystko zaczęło się od śmierci mojej ukochanej mamy, w 2001 roku. Chociaż przewlekle chorowała, to jednak był to dla mnie ogromny cios. Niby miałam już 19 lat i właściwie powinnam już być samodzielna, to jednak właśnie dwa lata wcześniej dopadła mnie choroba i mama była dla mnie największym oparciem. Jednak przez pierwsze kilka lat jeszcze chciało mi się przygotowywać święta i nawet sprawiało mi to jakąś przyjemność. Po pewnym czasie jednak już nie miałam siły ani na ubieranie choinki ani na wieczerzę wigilijną. Wtedy mieszkałam z tatą, a jemu było obojętne, czy świętujemy czy nie. Ale to nie to mnie zniechęciło, ja po prostu znienawidziłam tą całą atmosferę świąteczną, najchętniej bym wszystko przespała i zapomniała o całym świecie. Nawet gdy zamieszkałam ze swoim chłopakiem, nic się nie zmieniło. Kazałam mu pojechać na Wigilię do rodziców, a sama przepłakałam cały wieczór. Mogłam jechać z nim, już kiedyś świętowałam z jego rodzicami, ale nie miałam najmniejszej ochoty. Rok temu coś się zmieniło, nawet coś tam przygotowałam z tzw. gotowców z supermarketu  i w tym roku też, ale to nie to samo co kiedyś. Jakoś ta cała otoczka świąteczna wcale mnie nie cieszy, dostaję wtedy wręcz depresji i napadów lękowych. Jeszcze parę lat temu winiłam za moje zachowanie tęsknotę za mamą, ale teraz myślę, że trochę już otrząsnęłam się z żałoby, chociaż tak do końca nigdy nie będę od niej wolna. Może to moja raczej skromna religijność, jeśli w ogóle można w moim przypadku mówić o jakiejś religijności, ma znaczenie. A może to jednak ta cała otoczka świąteczno-marketingowa. Wszyscy tak się cieszą świętami, według reklam i mediów, że ja też powinnam się cieszyć, bo inaczej przecież nie wypada. A tymczasem ja się nie tylko nie cieszę, ale wręcz mi one przeszkadzają i denerwują. Chyba jakaś dziwna jestem, to przecież taki radosny czas. Tylko że z moich obserwacji wynika, że sporo osób z problemami psychicznymi ma ten problem, po prostu święta nas nie cieszą. Może za wrażliwi jesteśmy i za bardzo wszystko przeżywamy. W końcu wiele problemów chorobowych bierze się też z problemów w środowisku, także rodzinnym, więc jak tu się radować. Myślę, że powoli zaczynam się odwrażliwiać i  trochę obojętnieję na atmosferę świąteczną, już jakby mniej się smucę, choć to uczucie jednak dalej występuje. Raczej wątpię, czy pokocham święta na nowo, ale jeśli nie będę tak negatywnie ich odczuwać całą sobą, to już będzie dobrze.