Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

determinacja

Marzenia są po to, aby je spełniać. Nawet jeśli nie są moje.

Od paru tygodni moje zachowanie może budzić zdziwienie. Nie, nie u innych, chociaż tego tak naprawdę nie jestem pewna, ale u mnie. No właśnie, zadziwiam sama siebie i fascynuje mnie moja osoba.  Mam nadzieję, że nie popadnę w samouwielbienie i nie będę się nieustannie zachwycać sobą. Może jednak warto czasem i tak postępować? Lepsze to niż ciągłe biczowanie i oskarżanie własnej osoby, które do niczego nie prowadzi. Tak więc podziwiam siebie i lubię coraz bardziej. A skąd nagle ten wybuch pozytywnych uczuć? Najlepiej będzie, jeśli zacznę od początku. Na początku była… terapia. No może nie do końca, bo jeszcze wcześniej były dobrze dobrane leki, ale bez terapii pewnie niewiele same by pomogły. Wielokrotnie już pisałam, jak wiele mi ona dała, więc nie będę się powtarzać. Po zakończeniu terapii lekko się podłamałam, ponieważ nie byłam pewna, czy jestem już gotowa, aby dać sobie radę sama. Od tamtej pory musiałam się nauczyć, jak czerpać z tego wsparcia, które otrzymałam od terapeuty, jednocześnie nie korzystając już regularnie z jego rad i mądrych słów. Początkowo nie bardzo sobie radziłam, miałam wrażenie, że nic z tego nie będzie, że nie jestem na tyle silna, aby żyć nareszcie pełnią życia i pokonywać z uśmiechem na ustach przeszkody, które mi się przytrafią. Również, aby spełniać w końcu moje marzenia, które zawsze gdzieś tam miałam w głowie, ale przysłaniała je czarna płachta, nie przepuszczająca niczego. Ale powiedziałam sobie jedno – nie mogę się poddać, nie może pójść na marne praca człowieka, który tak niesamowicie zaangażował się, aby mi pomóc, no i oczywiście także moja praca. Nie po to byłam wiele razy na dnie, aby tam pozostać. Kiedyś trzeba wypłynąć. Postanowiłam walczyć jak lwica o mnie, o w miarę normalne życie, ale i o moje plany, nawet te, teoretycznie nierealne. Zapaliłam się do pomysłu pod tytułem: „Podróżowanie”. Pisałam o moich porażkach związanych z wojażami, chociaż mam i za sobą sukces, którym był niewątpliwie pierwszy, samodzielny wyjazd do innego miasta. Sukces znaczny jak dla mnie i pokazujący mi, że mogę. Szkoda, że był on odosobniony, ale i tak mnie dodatkowo zmotywował, więc gdy nie potrafiłam wykorzystać tak rewelacyjnej okazji do podróży, jaką był urlop mojego chłopaka, postanowiłam działać. Bo jak nie ja, to kto? Nikt za mnie niczego nie zrobi. Poszukałam więc kolejny raz pomocy u pana Pawła, zaliczyłam sesję coachingową i … to był strzał w dziesiątkę! Przynajmniej tak mi się wydaje, bo mylić się jest przecież rzeczą ludzką. Po słynnej sesji, oczywiście nie od razu, ale po paru dniach, wybrałam się z ukochanym do pobliskiego miasteczka na imprezę, która jest tam co roku organizowana. Nie był to jakiś wielki wyczyn z mojej strony, bo za każdym razem jeździmy w to miejsce, już od paru lat nie przepuszczając okazji do dobrej zabawy. Bierzemy też mojego tatę, więc i teraz pojechał on z nami. Zauważyłam jednak w tym roku coś nowego w moim zachowaniu i myśleniu. Otóż, jak to bywa na różnych dniach miasta i innych tego typu festynach, często na koniec dnia występuje jakaś gwiazda muzyczna. W tym roku miałam ochotę pojechać na koncert pewnej wokalistki, ale nie bardzo było jak, ponieważ miał on trwać dość długo, a mój chłopak następnego dnia szedł wcześnie rano do pracy, więc nie mógł mnie zawieść. Sama jeszcze się nie odważyłam, chociaż miałam autobus i w tamtą stronę i z powrotem. Jakoś jednak świadomość konieczności włóczenia się po nocy mnie przerażała. Ale gdyby ktoś ze znajomych jechał, nie zastanawiałabym się. Nawet jeśli dowiedziałabym się o planowanym wyjeździe w ostatniej chwili. No, może nie tak całkiem ostatniej. I tutaj zauważam postęp w moim myśleniu, bo dawniej nikt by mnie nie przekonał do takiego nagłego wyjazdu za nic w świecie. Przecież ja nie umiem być spontaniczna, nie umiem podejmować decyzji w ostatniej chwili, nie chcę działać bez planu, rozpisanego co najmniej parę dni wcześniej. A tu nagle taka myśl, że gdyby była okazja… . Postęp, jak nic, ogromny postęp. Dzień wcześniej też nie było źle z moim myśleniem, bo miałam autentyczną ochotę pojechać z koleżanką. Właśnie tak, a nie jak zwykle, z moim facetem. Tyle, że Kaśka akurat była w dołku, no i ona także nie potrafi jeździć gdziekolwiek bez wcześniejszej wiedzy i planu. Napisałam „także”, myśląc o mnie, ale czy ja już nie poszłam trochę do przodu, jeśli chodzi o spontaniczność? Pewnie, że tak, co niedługo później się okazało, ale o tym wkrótce. Ostatecznie nie wyruszyłyśmy jednak, a potem żałowałam, że nie zadzwoniłam z propozycją do mojego dobrego kolegi, bo on akurat byłby chętny na taką podróż. Było więc z kim, było czym, tylko trochę pomyślunku mi zabrakło. Ale może za rok…

Jakiś czas potem mój chłopak znów miał urlop. Pamiętam doskonale, jak okropnie się czułam, gdy przez moje lęki i natręctwa nie wykorzystaliśmy należycie jego poprzednich dni wolnych. Tym razem jednak, mając w pamięci „mapę myśli” ze spotkania coachingowego, postanowiłam, że nie mogę i nie chcę się poddać. Nie byłam jeszcze gotowa na wyjazd z noclegiem, ale co najmniej jeden dzień postanowiłam spędzić w innym miejscu niż moje miasto. Trochę się asekurowałam, ale wiadomo, jak to ze mną jest – napalę się na coś, a jak mi nic nie wyjdzie, to przeżywam tygodniami. Zrobiliśmy więc wyprawę jednodniową, a właściwie półdniową, bo jednak nie jestem w stanie za dużo zwiedzić naraz. Jednak po kilku dniach pojechaliśmy znowu, w inne miejsce, i tym razem udało się być dłużej. Zabrałam też tatę, bo zależy mi, aby i jego marzenie o podróżach się spełniło, a sam nie ma takich możliwości, jak ja i mój ukochany. Byłam, widziałam, jak zwykle narobiłam zdjęć ( z tym mam jeszcze problem, bo przesadzam ) i było tak, jak chciałam. Może w pełni usatysfakcjonowana nie jestem, bo to nie w moim stylu, może i nie potrafię się jeszcze specjalnie cieszyć tymi osiągnięciami, może trochę odchorowuję, ale wszystko jest na jak najlepszej drodze. Przecież fakt, że coś mogę, to dla mnie nowość, nie jestem do takich sytuacji przyzwyczajona, a co dopiero, gdy spełniają się marzenia, to już zupełny kosmos. Jednak muszę się pomału do tego przyzwyczajać, bo nie zamierzam na tym poprzestać. I, jak na razie, nie poprzestaję, o czym świadczy jeszcze jedna historia, już zupełnie niesamowita w moim odczuciu. Otóż jakiś czas temu miałam ochotę pooglądać sobie boks na jednym z portali internetowych. Weszłam więc na ten portal, a że miałam jeszcze trochę czasu do transmisji sportowej, zaczęłam czytać różne informacje ze świata sportu. Raczej tego nie robię, po prostu wchodzę i oglądam transmisję, ale tym razem coś mnie podkusiło. A może to było przeznaczenie, bo ja tam w przypadki nie wierzę. Wierzę za to, że wszystko dzieje się po coś. W pewnym momencie moją uwagę przykuł wywiad z byłym skoczkiem narciarskim, który przyjechał na mistrzostwa świata do Polski. Zdziwiłam się, bo skąd w moim kraju jakieś zimowe mistrzostwa w lecie? Ale po chwili wyjaśniło się, że chodzi o 15 Śmigłowcowe Mistrzostwa Świata, które właśnie miały miejsce w Zielonej Górze. Powiedziałam o tym ukochanemu, bo on ma lekką obsesję na punkcie helikopterów przez pewne wydarzenia z dzieciństwa. A tu mój Aniołek nagle wylatuje z zapytaniem, czy jedziemy! Pomyślałam, że to nie jest daleko, pogoda sprzyja, więc…czemu nie. Akurat był piątkowy wieczór, więc postanowiliśmy jechać w niedzielę, gdy co prawda już nie będą się odbywać zawody, ale miało być jeszcze wiele atrakcji. I po raz kolejny zadziwiłam samą siebie, bo taka wyprawa powinna mieć szczegółowy plan i powinnam ją rozpatrywać na różne strony pod różnymi kątami, a tymczasem podejmowałam wyjątkowo, jak na mnie, szybkie decyzje. Nie jestem specjalnie spontaniczna, ale teraz jednak szybciej potrafię podejmować decyzje i , o zgrozo, nawet realizować nagłe plany. Chcę jechać, to jadę, nie głowię się nad tym tygodniami. I tak powinno być od zawsze. Powinno, ale nie było, nie mogłam się przemóc, zawalczyć o to, co jest teraz. Wracając jednak do głównego wątku… Pojechaliśmy, dawaliśmy sobie świetnie radę, a mój facet nawet stwierdził, że jestem dobrym nawigatorem, bo co prawda, to on prowadzi i wie, którędy ma jechać, ale ja nie rozstaję się z mapą i częściowo też mówię mu, jak ma jechać. W pewnym momencie trochę się wystraszyłam, gdy okazało się, że można kupić sobie bilet na lot helikopterem. Nie paliłam się do lotu, bo raczej mam lęk przestrzeni. Podobno jednak pogoda nie sprzyjała, więc odetchnęłam z ulgą. Ale nie na długo, bo nagle ogłoszono w trakcie imprezy, że dalej istnieje taka możliwość. Mój chłopak postanowił spełnić swoje marzenie i zapisał się na lot. No i mnie też zapisał! Mogłam zrezygnować, jasne, ale… nie chciałam. Postanowiłam spróbować, bo przecież nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę miała taką okazję. Bałam się, oczywiście, nie wiedziałam, czy nie dostanę jakiegoś ataku paniki. Zastanawiałam się też nad tym, że może boję się latać, chociaż nigdy wcześniej nie było mi dane przebywać w żadnej machinie latającej, więc tak naprawdę nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Ale z drugiej strony byłam niesamowicie zdeterminowana i wiedziałam, że dam sobie radę. I tak też było! Niesamowita sprawa! Myślałam, że w najlepszym razie zamknę oczy i jakoś wytrzymam, a tymczasem podziwiałam widoki i rozkoszowałam się wysokością. Dokonałam wielkiej rzeczy, sprawdziłam się,  a przy okazji spełniłam marzenie mojego chłopaka, bo przecież gdyby nie ja, to nie wiedziałby o takiej fantastycznej imprezie. Zresztą sam przyznał, że beze mnie by nie pojechał, czego tak do końca nie rozumiem, bo w końcu 30 lat go taki lot prześladował, a Zielona Góra jest przecież w sąsiednim województwie. Jednak to była dla mnie dodatkowa motywacja, aby szybko podjąć decyzję i wyruszać w drogę, a ostatecznie przełamać swoje, jak się okazało, nieuzasadnione lęki. Ten niezwykły i niespodziewany wypad pokazał mi, jak dużo już mogę, jak ciężką pracę wykonałam w ciągu minionego roku, jak wiele osiągnęłam. Oczywiście na początku pomyślałam, że to głównie zasługa mojego terapeuty, jak też i jedynej w moim życiu sesji coachingowej, ale jednak widzę i swoje zasługi, bo przecież bez mojej pracy, uporu, chęci i zdeterminowania nic by się nie wydarzyło, bo nie miałoby prawa. Nie wystarczy dobry motywator i mądre rady, samemu trzeba być dostatecznie zmotywowanym i otwartym na pomoc drugiego człowieka. Bo nikt nie jest cudotwórcą ani magikiem, aby zmienić kogoś jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Prawdziwym magikiem jestem ja sama. A może jednak nie – po prostu chcę i to chcenie jest silniejsze niż wszystko inne.

Najwaleczniejsza osoba, jaką znam.

Miałam taką cichą nadzieję, że moje samopoczucie w ten weekend pójdzie w górę, bo wcześniej raczej kiepsko było. Ale niestety, przeliczyłam się i to bardzo. Niby nie miałam powodu źle się czuć, bo przecież mój ukochany był w domu. Jednak jego obecność nic tu nie pomogła i znów ” wisiałam ” na fotelu, zanosząc się od płaczu albo leżałam jak nieboszczyk. Lęki i depresja mnie nie opuszczały i byłam pewna, że tak już będzie i musi być. Zrzuciłam trochę swoje samopoczucie na pogodę, bo faktycznie za ciekawa to ona nie była. W końcu towarzyszył nam niż. Może nie było to tak bezpodstawne, tzn. to zrzucanie na pogodę, bo wczoraj trochę lepiej się poczułam. A po wizycie u mojego psychopedagoga już dość mocno humor mi się poprawił. Co prawda trochę jeszcze płakałam, ale jednocześnie wzmocnił mnie ten płacz. Troszkę jestem zawiedziona, że specjalista przyjmuje teraz w innym miejscu, bo co prawda nie muszę teraz dojeżdżać, ale jednocześnie jakoś mi to miejsce nie odpowiada. Może dlatego, że kojarzy mi się z moim lekarzem psychiatrą( przyjmuje tam również ), a więc z chorobą, a nie ze zdrowiem. Jest tu też jakoś tak sterylnie i , dodatkowo, rozmawiamy rozdzieleni stołem, a to mi trochę przeszkadza. Ale cóż, wiem, że teraz ten pan ma większy komfort pracy niż poprzednio, więc niech już tak będzie. Pewnie się przyzwyczaję, mimo że wolę tak bardziej „po domowemu”. Ale tak właściwie to chciałam dziś napisać o Ani. Było już o niej, ale zawsze można jeszcze coś więcej dodać, tym bardziej, że to tak bliska mi osoba. Od jakiegoś już czasu można było się spodziewać złych wieści o jej stanie zdrowia. I wreszcie ten dzień, niestety, nadszedł. Dostałam od niej bardzo lakonicznego smsa, że ostatecznie badania potwierdziły u niej nową, bardzo groźną chorobę. Wynik brzmiał jak wyrok. Wiedziałam, że Anie musi być wstrząśnięta tą informacją, choć po cichu spodziewała się takiej diagnozy, bo zawsze pisze mi długie smsy, a ten był króciutki. Nie wiedziałam, co odpisać, też byłam zdruzgotana. Dopiero następnego dnia zdobyłam się na wysłanie wiadomości, że po prostu nie wiem, jak ją pocieszyć i wesprzeć. Ale Aneczka mnie zadziwiła. Odpisała wieczorem, że dużo poczytała o swojej nowej chorobie i jest to lekka postać, z którą można całkiem znośnie żyć. Podobno ma jeszcze przynajmniej 20 do 30 lat spokoju, potem może być trochę gorzej. W każdym razie stwierdziła, że nie jest tak źle, jak myślała i będzie walczyć. Kochana Dziewczyna! Skąd ona bierze siły na tę ciągłą walkę i zmaganie się z przeciwnościami losu? Nie mam pojęcia. Jej stan zdrowia systematycznie się pogarsza, do choroby głównej dochodzą nowe problemy, sytuację w domu ma też nieciekawą, ale nie poddaje się . Robi co może, aby wciąż jeszcze być w miarę samodzielną. W domu jakoś jej się to udaje, bo poza nim już wymaga towarzystwa osób trzecich. Ale ma siły i chęć do życia, determinację, jakiej mogę jej tylko pozazdrościć. Czasami aż mi wstyd, że sobie z czymś nie radzę i poddaję się, a mam właściwie tylko jedną przewlekłą chorobę. Wtedy pamiętam o Ani i wstępują we mnie nowe siły. Jeśli ona może walczyć, to ja będę się pałętać gdzieś z tyłu i spoczywać na laurach? Nie ma tak dobrze. Od wielu lat wspieramy się wzajemnie, wiem, że mogę na nią liczyć, a ona na mnie. Ania nie lubi litości i użalania się nad nią, a ja staram się temu sprostać. Obie nie akceptujemy sformułowań w rodzaju:” Nie martw się”, „ Weź się w garść” czy ” Wszystko będzie dobrze”. Te teksty dobre są do filmu, ale nie sprawdzają się w realnym życiu. Czasem wolę mojej prawie przyjaciółce( tak ją nazywam ) nic nie napisać albo dobrze się zastanowić, zanim coś napiszę, niż posłużyć się utartym sloganem. Bardzo ją szanuję za walkę, odwagę, piękno wewnętrzne i światło, które w sobie ma. Oby więcej takich ludzi było na świecie. Oczywiście jej też zdarza się potykać i przewracać, ale zawsze potem wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. A więc, Aniu, walczymy dalej, bo co nam pozostaje?