Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

Iza

Leki, Ania i Iza.

O czym by tu napisać? Wypadałoby zrobić kolejny wpis o mojej terapii, bo mam trochę zaległości. Ale jednak postanowiłam skrobnąć dziś co nie co o innych sprawach. Czuję się już nieco lepiej( no ,powiedzmy), chociaż jak na razie natręctwa nie bardzo się wyciszają i nie chcą dać mi spokoju. Może to jeszcze za krótki czas przyjmowania nowego- starego leku, więc i efektu nie ma. Niestety, pojawił się nieprzyjemny skutek uboczny. Teraz już jestem prawie pewna, że gdy przed pobytem na oddziale dziennym miałam te same objawy, mogły one jak najbardziej wynikać właśnie ze stosowania tego konkretnego medykamentu. Wtedy nie pomyślałam o tym antydepresancie, bo brałam go już dobre parę lat i nie miałam żadnych skutków ubocznych. Ale jak teraz przeanalizuję spokojnie, że dany skutek uboczny minął po zmianie leku , a pojawił się teraz, gdy znów do tego leku wróciłam, to wszystko układa mi się w jedną, logiczną całość. No i jestem w kropce. Jeśli zmienię lek, natręctwa będą mnie dalej męczyć (sądzę, że przy obecnym specyfiku niedługo się wyciszą, bo substancja w nim zawarta doskonale działa na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne), ale nie będę już musiała znosić tego nieprzyjemnego dla mnie skutku ubocznego. Czy jednak ten skutek jest aż tak męczący, aby rezygnować z terapii, która jednak mi pomaga, przynajmniej w jednym aspekcie? Pomyślałam, że mogę przyjąć dwa rozwiązania: albo poszukać z psychiatrą jakiegoś innego całkiem antydepresantu działającego na moje obsesje, albo brać ten, który zażywam, i gdy pozbędę się natręctw, zmienić go na poprzedni, który biorę od czasu pobytu na dziennym. I mieć nadzieję, że te moje obsesje nie wrócą, ani nie pojawią się nowe. Coś muszę wybrać i nie będzie to wybór łatwy. Muszę napisać teraz coś o mojej kochanej Ani. Oj, nie jest dobrze. Była ostatnio w , podobno, bardzo dobrej klinice, która leczy właśnie osoby dotknięte tą chorobą co Ania (mowa tu o głównej chorobie Ani, która zagraża nawet jej życiu, bo przecież innych schorzeń też ma jeszcze sporo). Niewiele jednak jej ta klinika dała i niewiele nowego się dowiedziała, chyba jedynie tyle, że ma najcięższą postać choroby, lekooporną i nieoperowalną, ale tego można się było domyślać już wcześniej, bo coś tam lekarze mówili na ten temat. I jak tu dalej żyć? Aneczka nie załamała się i dalej się nie poddaje. Próbuje być na tyle samodzielna, na ile może, chociaż staje się to powoli coraz trudniejsze. Zwykłe wyjście z domu jest dla niej coraz bardziej niebezpieczne, a i w domu nie jest dużo lepiej. Gdyby chociaż miała większe wsparcie wokół siebie, może byłoby jej łatwiej, a tak…ech, samo życie. I na koniec chciałam wspomnieć o Izie. Niedawno znów się spotkałyśmy i miło nam się rozmawiało. Niepokoi mnie trochę to, że ona nie do końca sobie radzi ze sobą(i kto to mówi!) i nie tylko ze sobą. Jak mi powiedziała, nie ogarnia już tego wszystkiego. Zawsze była nieźle roztrzepana i zakręcona, ale teraz jednak sporo wydoroślała i pewne sprawy widzi już inaczej. Może uda mi się jej trochę pomóc w tym „ogarnięciu się”, bo to sympatyczna i wartościowa dziewczyna. Fachowcem nie jestem i wtrącać za bardzo też się nie chcę, ale troszkę doświadczenia w chorobie mam (ona ma podobne problemy chorobowe do moich), więc coś pewnie mogę zrobić. Wysłuchać, ewentualnie nawet i doradzić. Pewnie niedługo się spotkamy, to zobaczę, co tam u niej. Najważniejsze, żeby radziła sobie z finansami i uwierzyła w siebie (żeby to było takie łatwe!). Tyle, że i jej przydałoby się większe wsparcia najbliższym. Myślę, że wtedy sprawy przybrałyby lepszy obrót. Ale taka mała dygresja mi się tu nawinęła. Otóż, jak tak sobie popatrzę na małżeństwo Izy, to mam wrażenie, że mój związek już nie może być lepszy, a mój Aniołek to po prostu ideał. No cóż, różnie to się ludziom wiedzie i parom też. I to by było na tyle. w kolejnym wpisie trzeba się znów skupić na terapii, tym bardziej, że kolejna wizyta przede mną. Chyba, że w międzyczasie wydarzy się coś bardzo ważnego i nie będę mogła zwlekać z opisaniem tego.

 

Iza

Długo się zastanawiałam, czy mam napisać o mojej znajomej Izie, ale podjęłam decyzję na tak, bo jej historia jest dla mnie przykładem, że czasem nie można oceniać kogoś tylko na podstawie tego, co mówią o nim inni. Należy przede wszystkim wysłuchać, co ma do powiedzenia sama zainteresowana osoba. Izę poznałam w ośrodku wsparcia dla osób z problemami psychicznymi dawno temu. Znam ją niewiele krócej niż Anię. Nie byłyśmy jakoś specjalnie blisko ze sobą, nie była to przyjaźń, ale taka dobra znajomość już tak. Ja nie uczęszczałam codziennie na terapię, więc Iza trzymała się raczej z pozostałymi dziewczynami, ale nie odtrącała mnie i często rozmawiałyśmy. A właściwie to ona mówiła, a ja słuchałam. Była wtedy osobą, która uwielbiała absorbować uwagę wszystkich naokoło i opowiadać o swoich problemach. Czasem czułam, że uwiesza się na mnie, a nie potrafiłam jej tego powiedzieć. Moje poczucie własnej wartości było wtedy tak niskie, że ważne było dla mnie zainteresowanie każdej osoby, nawet jeśli zdarzało mi się cierpieć przez taką osobę. A, niestety, przez Izę trochę cierpiałam i nieraz było mi przykro. Potrafiła umówić się ze mną i potem zapomnieć o spotkaniu, bo w międzyczasie już miała inne spotkanie. Dziś wiem, że nie robiła tego specjalnie, czasem potrafiła po prostu być strasznie roztrzepana, ale wtedy bolało takie zachowanie. Pamiętam doskonale, że bardzo denerwowało mnie u niej przesadne zainteresowanie płcią przeciwną. Praktycznie na siłę szukała sobie chłopaka, nie miała nawet jakiś specjalnych wymagań(czasem miałam wrażenie, że wystarczy po prostu, aby był facet, a nie kobieta, a reszta się nie liczy). No i wdawała się w różne związki, lepsze i gorsze, któregoś razu o mało nie zaszła w ciążę, ale dalej robiła swoje. I wreszcie spotkała tego jedynego. Akurat zaczął na terapię chodzić pewien mężczyzna i szybko złapali wspólny kontakt. Nie wróżyłam temu związkowi zbyt długiego stażu, może dlatego, że on też był chory, ale myliłam się. Dość szybko zamieszkali razem, potem ciąża, szybki ślub i wspólne życie. Iza i jej mąż zrezygnowali z terapii, radzili sobie sami, a ja straciłam z dziewczyną kontakt. Jeszcze chyba zanim wyszła za mąż widywałyśmy się rzadko, ale doskonale pamiętam, że była wtedy dość mocno uzależniona od swego partnera i od telefonów do niego. Jednak pewnego dnia powiedziała coś, co mnie mocno zdziwiło. Była już w ciąży, ale trochę żałowała, że jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Wtedy tego nie rozumiałam, przecież dostała to, co chciała, dziś myślę, że nie była przygotowana na tak duże zmiany w swoim życiu. Potem straciłyśmy całkowicie kontakt, ale co jakiś czas dochodziły do mnie jakieś plotki albo fakty. A to, że odebrano jej i jej mężowi dziecko, bo ciągle się kłócili, może nawet stanowili niebezpieczeństwo dla niego,  że sobie nie radzą, że nabrali jakiś kredytów, itp. Wierzyłam we wszystko, bo nie miałam powodu wątpić i trochę znałam Izę, wiedziałam, że nowe życie mogło ją przerosnąć. Jej facet jeszcze bardziej. Potępiałam ją i nie rozumiałam dlaczego dorosła kobieta nie zostawi w cholerę męża i nie podąży za dzieckiem, które wychowywali jej rodzice. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Jest jeden ważny powód. Otóż sądzę, że nie miałam racji i po prostu byłam głupia. Jakiś czas temu spotkałam Izę przypadkiem i okazało się, że chciałaby ona odnowić kontakt. Ja właściwie też miałam na to ochotę, więc dałam jej mój numer telefonu, a ona przypomniała mi swój adres. Pomyślałam, że jak zechce to zadzwoni, ale nie zrobiła tego. Nie przejmowałam się tym, w końcu nikogo nie da się do niczego zmusić. Ale któregoś dnia spotkałam ją znowu. Trochę pogadałyśmy i okazało się, że ma duże problemy. Po niedługim czasie spotkałyśmy się. Ale zobaczyła teraz przed sobą zupełnie inną Izę, wyciszoną , dojrzałą kobietę, którą życie dość mocno doświadczyło. Już nie przypominała tej dziewczyny sprzed lat. Okazało się, że od kilku lat pracuje i całkiem nieźle sobie w tej pracy radzi. Podziwiam ją za to. Niestety, ma też bardzo duże problemy finansowe, w stanie nasilenia choroby nabrała mnóstwo kredytów i teraz to one spędzają jej sen z powiek. Boi się, że trafi przez nie na przymusowe leczenie zamknięte. Ale jednocześnie nie poddaje się mimo wszystko i spłaca zobowiązania pomału, na ile może. Problem ten wynikł z choroby, myślałam więc, że może liczyć na wsparcie rodziny, a przynajmniej męża, ale okazało się, że nic z tego. Musi sobie radzić sama, bo bliscy odsunęli się od niej. Jej zobowiązania, jej sprawa. Nie mogę tego zrozumieć. Oprócz tego, że walczy ze swoją chorobą i płatnościami, dodatkowo jest wsparciem dla swojej drugiej połówki, choć to ona teraz najbardziej tego wsparcia potrzebuje. Nie dziwię się też już, że kiedyś tak natrętnie i namiętnie szukała sobie faceta. Myślę, że po prostu potrzebowała, aby ktoś ją bezwarunkowo kochał i szanował i aby ona mogła tej drugiej osobie dać to samo. To wrażliwa osoba, a w rodzinie uchodziła i, pewnie dalej uchodzi, za czarną owcę, bo ośmieliła się zachorować. Idealni rodzice nie mogli tego pojąć, tak jak nie mogli zrozumieć, że nie radziła sobie w szkole. Musiała sobie radzić i wytrzymać, nie mogła przynieść im wstydu. A jej uczucia? Czy te się nie liczyły? Przecież nie można być twardym na zawołanie. Opowiadała mi też trochę o dziecku. Odwiedza je regularnie, wierzy, że kiedyś je odzyska, ale do tego długa droga. Wiem już, dlaczego nie może go wychowywać, a przyczyna była raczej dość błaha. No, ale kiedy machina sądownicza poszła już w ruch, nie było tak łatwo ją wstrzymać. Pewnie łatwiej jest pozwolić chorym psychicznie wziąć ślub, niż pozwolić im wychowywać dziecko. Takie jest życie. Tak siedziałam sobie z Izą, rozmawiałam i coraz bardziej było mi jej szkoda, natomiast coraz bardziej się wkurzałam na jej męża i rodzinę. Pewnie nie jestem obiektywna, bo powinnam ich również wysłuchać i wtedy wyrobić sobie zdanie, ale nie zamierzam tak głęboko wnikać w jej życie. Myślę jednak, że teraz utrzymamy kontakt i postaram się jej jakoś pomóc. Finansowo nie jestem w stanie, ale wsparciem duchowym mogę służyć. Ja się zmieniłam, ale i ona się zmieniła i podoba mi się ta nowa, dojrzała Iza. Myślę, że jest na dobrej drodze. Będzie jej ciężko, ale widzę, że jest teraz silniejsza i może sobie poradzić. Tylko potrzebuje odrobiny zaufania i dobrego słowa.