Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

Kasia

„To jest naprawdę miłe?”

Ostatnio trochę powiało smuteczkiem w moim wpisie na blogu, bo i samopoczucie miałam nieciekawe. Nie ma się co dziwić, już szybkimi krokami zbliża się jesień, a ja wtedy pomalutku zapadam w sen zimowy i gorszy nastrój staje się moim nieodłącznym towarzyszem. Na szczęście dzieje się tak tylko przez jakiś czas, głównie ten przejściowy między latem a jesienią, więc nie jest tak całkiem źle. Dzisiaj postanowiłam napisać o czymś pozytywnym, żeby tak całkiem się w tym smutku nie zatracić. Zresztą ostatnio czuję się już nieco lepiej, myślę że całkiem sporo pomogła mi kolejna wizyta u psychopedagoga. Oczywiście ja sama też sobie pomagam, nie mogę tego nie zauważać. Czasem warto mieć kontakt z odpowiednimi osobami, one bardzo mocno mogą wpłynąć na mój nastrój. Tak było i tym razem, kiedy to dużo uśmiechu na mojej buzi wywołał mój dobry kolega, ostatnio często się ze mną i z moim Aniołkiem kontaktujący. Także moja koleżanka Kasia sprawiła, że troszkę lepiej się poczułam. Historia, którą chcę opisać, wydarzyła się już parę tygodni temu, jej bohaterką jest właśnie Kasia i dała mi ona dużo do myślenia. Sprawiła też, że świetnie się poczułam i mile się zaskoczyłam. Otóż jakiś czas temu zadzwoniłam do koleżanki i jak zwykle długo rozmawiałyśmy. Ponieważ byłam po kolejnej wizycie u terapeuty, Kasia oczywiście wypytywała mnie o terapię, przebieg wizyty i tematy na niej poruszane. Zawsze chętnie jej o wszystkim opowiadam, bo ona ma podobne problemy do moich i też, a może nawet jeszcze bardziej, sobie z nimi nie radzi. Na razie jednak nie podjęła decyzji o swojej terapii, chociaż może i miałaby taką możliwość. Czuję też pewną dumę, gdy podczas tych naszych rozmów, dziewczyna się przede mną otworzy, bo raczej jest skryta i mało kto wie, co myśli, czuje i przeżywa. Myślę, że ja sporo o niej wiem i bardzo mnie to cieszy. Kiedyś pan Paweł powiedział mi, gdy mu wspomniałam o zamknięciu Kasi, że jestem może jedną z nielicznych osób, a może i jedyną, która może jej pomóc. Ciekawy pogląd. W sumie to nie wiem, czy jej pomagam, ale staram się zawsze wysłuchać i ewentualnie podsunąć jakieś rozwiązanie, gdy ma dziewczyna problemy. Albo prędzej podsunąć pomysł na możliwe rozwiązanie problemu niż samo rozwiązanie. Często zdarza się, że gdy tak rozmawiamy, nie umiem odpowiedzieć na pytania Kasi dotyczące mojej terapii. Usiłuję spokojnie i w miarę rzetelnie tłumaczyć jej, w jaki sposób sesje mi pomagają, ale czasem są to takie niuanse i drobne zmiany, które ciężko wyjaśnić. Po prostu ja odczuwam je niejednokrotnie emocjami i nie umiem sama pojąć ich rozumem, albo mi się wydaje, że nie umiem. A co dopiero objaśnić pewne zmiany osobie postronnej. A Kasia właśnie tego ode mnie oczekuje. Zadaje mi wiele pytań, tak jakbym to ja była psychologiem albo terapeutą lub ewentualnie terminowała u takowych. Ależ ona jest dociekliwa. Często mnie zagina tymi swoimi pytaniami. Nawet zdarza się, że powoduje u mnie wątpliwości co do słów mojego terapeuty. Teoretycznie ja nie mam takich wątpliwości i nieraz, chociaż nie zdarza się to zawsze, przyjmuję jego słowa za pewnik. Wtedy Kasia wyskakuje nagle z czymś takim, że ja już głupieję i nic nie wiem. A raczej wiem, tylko na moment tracę orientację. I wtedy mówię jej, że nie jestem przecież terapeutą i nie zamierzam być, więc skąd niby mam znać odpowiedzi na wszystkie jej pytania. Czasem jednak mam pewne wątpliwości i wtedy rozmawiam z panem Pawłem, który zawsze je rozwiewa. Muszę przyznać, że właśnie zdałam sobie sprawę, że poniekąd dopuściłam do tego, że Kasia właściwie razem ze mną uczestniczy w terapii, a to jest raczej niezdrowa sytuacja. Oj, trzeba to zmienić. Swoją drogą ona tak wnika we wszystko, że ja chyba aż tak nie potrafię. Jest chyba jedyną osobą, którą znam, oczywiście siebie nie licząc, która myśli tak analitycznie i tak wszystko analizuje. Aż mnie to zadziwia. Dotąd myślałam, że tylko ja tak mam, ale, jak widać, spotkałam osobę, która mnie przewyższa. Jeśli kiedyś zdecyduje się na terapię, to chyba zamęczy swojego terapeutę pytaniami i wątpliwościami. Ale namawiam ją usilnie na terapię, bo widzę, że nie radzi sobie sama, a ja nie jestem specjalistką i nie umiem jej pomagać tak dobrze, jak zrobi to osoba kompetentna. Tylko czy ona potrafi się otworzyć przed takim człowiekiem? Może niedługo się przekonam. 

Dobrze, wystarczy tego opisywania, może ja bym w końcu przeszła do sedna, bo jak na razie to piszę co prawda na temat, ale w sumie nie doszłam jeszcze do właściwego wątku. Otóż, udało mi się zarówno Kasię, jak i samą siebie zaskoczyć. Może mam zadatki jednak na…no, nie wiem na kogo, ale zadatki mam. Tak sobie rozmawiamy z koleżanką telefonicznie, przyjemnie nam się rozmowa toczy, oczywiście jestem bombardowana milionami pytań, a tu nagle dziewczyna mówi mi o pewnej sytuacji, która miała miejsce dość dawno już, w miejscu, gdzie ona teraz często przebywa. Szła sobie więc kiedyś, już nawet nie wiem dokąd, ale to mało ważne, chyba parkiem i spotkała koleżankę, niedaleko pracującą. Ta zapytała Kasię, czy może do niej się wybiera, a Kaśka na to, że nie i poszła dalej. Niby nic takiego, ale ja zauważyłam, że to bardzo miłe, gdy inni się nami interesują i chcą nas gościć, zabiegają o nasze towarzystwo, dzwonią do nas lub piszą maile czy smsy, pytają np. kiedy przyjdziemy. I dodałam, że ja też bym tak chciała i troszkę jej zazdroszczę. I tu nagle olśnienie. Kasia była totalnie zaskoczona i chwilę milczała w słuchawce. Stwierdziła, że nigdy się nie zastanawiała, czy to jest miłe i musi chyba nad tą kwestią pomyśleć. Teraz to ja się zdziwiłam, bo wydawało mi się, że to co mówię, jest oczywiste i wszyscy tak mają. A nagle się okazuje, że kogoś zaszokowałam dosłownie swoim stwierdzeniem, bo wcześniej Kasia wcale nie zwracała uwagi na takie sytuacje i właściwie były jej obojętne. Ruszyłam w niej po prostu coś nowego, jakąś nową strunę, co dla nas obu tak naprawdę było ciekawym i inspirującym doświadczeniem. Nic dodać, nic ująć.

Mały wycinek z mojej kolejnej wizyty u psychopedagoga.

Powracam do opisywania mojej terapii u psychopedagoga, bo nie wydarzyło się ostatnio nic takiego, co byłoby szczególnie ważne. Dziś pora na wizytę numer 3. Nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać, bo jak już wcześniej pisałam, po drugim spotkaniu miałam przez dłuższy czas wyśmienity humor. Gdy tylko się pojawiłam o umówionej porze, pan Paweł miał już plany, co do wizyty, ale ja koniecznie chciałam porozmawiać chwilę o Ani i innej mojej koleżance, Kasi.  Ania czuła się wtedy fatalnie i poniekąd zawdzięczała to również sobie, brała bowiem lek, który reagował z jej innymi lekami, które przyjmowała na chorobę zasadniczą. Próbowałam ją od tego odwieść, bo widziałam, jak się męczy i jak nasilone są jej objawy. Ale ona jest uparta. Uważała, że bez tego specyfiku nie da sobie rady i, znając ją i życie, brała i bierze go nadal. Ale ja nie mogę nic na to poradzić, ewentualnie chyba apelować do jej rozsądku. Zresztą już to robiłam, i to nie tylko ja, bo zdarzali się i tacy lekarze, którzy uważali, że ten typ leków jest jej niekoniecznie niezbędny i nie musi, a nawet nie powinna ich brać. Ale są i tacy, którzy jej przepisują te leki. I co ja mogę? Mam pójść i się z nimi wykłócać? Przecież Ania jest dorosła i może sama o sobie decydować. Liczyłam po cichu, że pan Paweł coś mi jeszcze zasugeruje, ale co on mógł innego wymyślić. Niestety nic, poza apelami do rozwagi i rozumu Ani.  A jeśli chodzi o Kasię, to raczej nie ona miała problem, tylko ja, bo stawiam ludziom, i jej też, za wysokie wymagania. Zawsze uważałam, że jeśli na przykład ktoś się spóźnia, to po prostu mnie nie szanuje. Mam taką zasadę, że ja sama wolę być wcześniej niż później i tego samego oczekuję od innych. A przecież ludzie są różni i nie mogę nikogo skreślać tylko na podstawie jednej cechy. Może przecież taka osoba  mieć sto innych, wspaniałych zalet. Akurat, gdy rozmawiałam z panem Pawłem o Kasi, podnosiłam inne kwestie dotyczące mojej znajomej, bo raczej ze spóźnianiem się kłopotu ona nie ma, a przynajmniej nie doświadczyłam tego. Wiem, że Kasia też choruje, ale nie mogłam znieść tego, że potrafiła się tygodniami nie odzywać do mnie, nie nosiła przy sobie telefonu, gdy dzwoniłam albo był on rozładowany, a nie miała siły ani ochoty, aby podłączyć go do ładowarki. Nigdy też się nie tłumaczyła, gdy w końcu udało mi się z nią skontaktować, nigdy nie przeprosiła, nie wyraziła skruchy. Potrafiła także w ogóle nie przyjść na spotkanie, nie zadzwonić ani nie przysłać wiadomości, co doprowadzało mnie do białej gorączki. W końcu zdecydowałam się, akurat dzień przed spotkaniem u terapeuty, powiedzieć jej parę słów. Przede wszystkim wyznałam, że jest mi przykro, gdy się nie odzywa. To akurat było w porządku z mojej strony. Ale po chwili dodałam jeszcze, że jeśli nie chce, to nie musimy się kontaktować. Tego już nie powinnam mówić, bo to było ocenianie z mojej strony narzucanie Kasi tego, co ja myślę. Niby wiedziałam o tym, ale tak na dobre pan Paweł mi to uświadomił. Dzięki niemu też dotarło do mnie, jak źle się czułam, gdy z własnej woli i ze złości unikałam koleżanki, bo jednak gdy już spotykamy się i rozmawiamy, bardzo to dużo dla mnie znaczy. Wiem, że ona doskonale mnie rozumie i często potrafi doradzić. Zresztą to działa w obydwie strony. A że bywa niesłowna? Cóż często nie jest to jej wina, po prostu choroba ją przerasta. A ni ona ani ja nic nie możemy na to poradzić. Muszę być bardziej tolerancyjna. Nie, nie muszę, ale chcę. I nie mierzyć wszystkich swoją miarą, bo za dużo jest w niej centymetrów. Usłyszałam też coś takiego od terapeuty, co mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli Kasia unika kontaktu, to tak naprawdę jest to prośba o pomoc i być może akurat ja mogę i powinnam jej pomóc. Właściwie to pan Paweł stwierdził, że tylko ja mogę jej pomóc, ale za bardzo temu nie wierzę. Od tamtej wizyty i rozmowy minęło już trochę czasu, a ja teraz trochę inaczej traktuję Kasię, więcej jej wybaczam i nasze relacje są coraz lepsze. Tylko jedna rzecz dalej mnie jednak męczy. Kiedyś powiedziałam Kasi, że strasznie nie lubię niesłownych osób, a ona stwierdziła, że ma tak samo. Potem sobie pomyślałam i powiedziałam to na terapii, że to dziwne, nie lubić niesłowności, a jednak się właśnie  tak zachowywać. Na co pan Paweł zapytał, czy jej o tym wspomniałam. Oczywiście nie, bo było mi głupio. I raczej już jej tego nie powiem, co się będzie dziewczyna stresować, że dokładnie tak postępuje, jak tego nie znosi u innych. Obecnie znowu mamy problem ze spotkaniem się z nią, ale jestem cierpliwa i staram się przynajmniej być wyrozumiała. Może ma na tę chwilę więcej obowiązków i nie może mi poświęcić za dużo czasu. A może i samopoczucie nie za dobre. Pewnie niedługo się okaże. Ale się rozpisałam, a i tak nie udało mi się opisać całej wizyty, tylko mały wycinek. No trudno, to, co najciekawsze pozostawię na następny raz. Tym razem musiałam po prostu napisać coś o mnie i dziewczynach, a wkrótce zajmę się już tylko sobą. No może nie do końca tylko sobą.