Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

kryzys w terapii

Kryzys.

Wrócę jeszcze do poprzedniego wpisu, bo nasunęła mi się pewna refleksja i kilka uwag. Oczywiście źle zrobiłam, że sama odstawiłam mój antydepresant i w porę nie zauważyłam, że coś się ze mną dzieje niedobrego. Ale pomyślałam też, że to złe samopoczucie może być nie tylko kwestią nawrotu choroby, ale i po prostu reakcją na odstawienie substancji chemicznej, której spore dawki są w moim organizmie . Być może gdybym powolutku zmniejszała dawkę przez kilka tygodni albo i dłużej nie byłoby takiej reakcji i w końcu mogłabym całkiem odsunąć lek na boczny tor. Ale to już nie moje zadanie i nie powinnam zaprzątać sobie nim głowy. Na razie jestem na tyle przestraszona, że mam dosyć eksperymentów. Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy odstawianie jakiegokolwiek leku, zwrócę się po radę do mojej lekarki, bo ona zna się na tym najlepiej. A swoją drogą niby moje leki nie uzależniają, jednak mój organizm zareagował gwałtownie i nieciekawie, jakbym miała do czynienia z substancją silnie uzależniającą. Cóż, żaden lek nie jest obojętny dla organizmu, a jeśli jeszcze bierze się go latami, to ciało i umysł się przyzwyczajają i mimo woli uzależniają. Szkoda, że dopiero teraz jestem taka mądra. Ale dość już o lekach. Teraz przechodzę do zasadniczej części tego wpisu. Zdarzyło się tak, że po trzeciej wizycie u psychopedagoga miałam mały kryzys. Co ja piszę, mały, wcale nie taki mały, tylko duży. Nie radziłam sobie z sobą w ogóle, miałam silne lęki, napady paniki, pierwsze po dłuższym czasie, czułam się bezsilna, dużo płakałam. Akurat zbliżał się termin czwartej sesji, a ja nie wiedziałam, czy dam radę dotrzeć, czy się pozbieram. Ale nie odwołałam wizyty i poszłam na nią. Głupio mi było przed terapeutą, że jestem taka do niczego, ale dla niego to nie był problem. Nawet początkowo ucieszył się, że może mnie zobaczyć i w takim stanie. Już nawet za bardzo nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, pewnie o moim dole, w który wpadłam. Wiem za to, że mało wtedy kontaktowałam, ale jednak na tyle, by być w stanie odbyć tę wizytę i nie wyjść w jej trakcie. Pan Paweł nawet sprawdzał wówczas moją koncentrację, wypytując mnie z…matematyki. Cały ten mój nastrój był spowodowany prawdopodobnie tym, że terapia zaczęła działać. Właściwie jestem tego pewna. Pamiętałam przecież jak się czułam podczas terapii na oddziale dziennym, kiedy dostałam myśli samobójczych. Tutaj, na szczęście obyło się bez nich, nawet mi żadna ani przez moment do głowy nie przyszła. Dodatkowo trwały wtedy matury i nie mogłam przeboleć, że beze mnie. Mój terapeuta nawet w pewnym momencie pomylił się i stwierdził, że powinnam była do niego zadzwonić, jeśli chciałam do nich podejść, a spanikowałam. Zapomniał, że chcę zdawać, owszem, ale dopiero za rok, a decyzję podjęłam już znacznie wcześniej, zanim zaczęłam do niego przychodzić. Myślę, że pan Paweł, widząc mnie w niekorzystnym stanie, trochę się przestraszył, albo to tylko takie moje wrażenie, bo przy końcu powiedział coś o ewentualnym innym terapeucie, jeśli on mi nie podpasuje. Widać, że nie wiedział wtedy jeszcze, ile jest w stanie dla mnie zrobić i ile może, co miało się wkrótce okazać. W tamtym momencie natomiast nie był pewien, czy ja chcę umawiać kolejną wizytę, ale nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Może też i ja nie zachowałam się jak należy, bo byłam dość nieznośna, ale nie sądzę, aby to miało duże znaczenie. A dlaczego byłam nieznośna? Może najpierw napiszę o czymś innym, co ma z tą moją postawą pewien związek. Próbowaliśmy robić w tamtym czasie pewne ciekawe zadanie, polegające na odpowiadaniu na następujące pytania, a raczej stwierdzenia: „Moim sukcesem jest…”,”Lubię siebie za…”,” Moje marzenie to…”, „Doceniam siebie za…”, „Jestem dumna z…” i „Moja najlepsza cecha to…”Mój terapeuta miał takie zadanie na studiach, a na odpowiedzi zaledwie pięć minut. Teraz zrobił przy mnie to polecenie też w ekspresowym tempie . Ja skupiłam się na pierwszym zagadnieniu, bo też i więcej ode mnie nie wymagał. Ale i z tym jednym miałam problem, bo jakie ja miałam sukcesy? Potrafiłam wymienić tylko, a może aż trzy: mój związek, ukończenie szkoły średniej i walkę z chorobą. Na tamten czas i moje wisielcze samopoczucie sprawiłam się nieźle, teraz to widzę. Widzę też, że to faktycznie są moje sukcesy i jestem z nich dumna. Dostałam te twierdzenia na kartce jako zadanie domowe, ale przyznam się szczerze, że nadal podchodzę do nich jak do jeża. Jakoś nie mogę napisać odpowiedzi, chociaż mam je w głowie. Może jeszcze potrzebuję czasu, bo podobno to bardzo trudne zadanie. Swoją drogą to ciekawe, że mogę coś wiedzieć, zdawać sobie z czegoś sprawę, ale nie jestem w stanie tego umieścić na zwykłej kartce papieru. Może spróbuję innego nośnika, choćby komputera. I tu mogę wrócić do mojej nieznośności i uszczypliwości. Jakoś tak podczas tamtej wizyty nie mogłam się pohamować i co i rusz miałam jakieś pretensje do mojego terapeuty. Wypominałam mu np. to, że na drugiej wizycie mówił mi o sobie, choć akurat na tej właśnie wizycie byłam z tego bardzo zadowolona a po niej jeszcze bardziej. To znowu coś mi się nie podobało w jego zachowaniu, jak też miałam pretensje, że na obecnej sesji zrobił na swoim przykładzie ćwiczenie. Tak lekko paskudna byłam, nie wiem nawet dlaczego. A może wiem. Po prostu cały świat musi się kręcić wokół mnie, to ja mam stać w centrum. Więc jak ktoś przy mnie może mówić o sobie? Oczywiście nie przeszkadza mi to, gdy mam dobre samopoczucie, ale gdy tylko nastrój się obniży, nie ma przebacz. Pan Paweł zauważył jeszcze coś, co oczywiście też mi się nie spodobało, a mianowicie, że nie wszystko, co mówi, misi być prawdą, bo takie też ma metody. Poczułam się wtedy oszukana. Teraz się z tego śmieję, ale wówczas czepiałam się prawie o wszystko i co najgorsze, dobrze się z tym czułam. Może na koniec wspomnę jeszcze, że na tamtej wizycie miała być też pewna pani psycholog i mieliśmy odgrywać jakieś scenki z asertywności, ale nie dotarła. Trochę szkoda, ale w sumie wyszło chyba dobrze, bo raczej zbyt źle się czułam, aby intensywnie popracować na terapii. Podczas tamtej sesji miało też miejsce niesamowite wydarzenie, które zmieniło bardzo dużo we mnie, poruszyło coś głębokiego i długo skrywanego. Jeszcze się zastanawiam, czy opisać, co się wówczas stało i nie bardzo umiem podjąć decyzję. W każdym razie odważyłam się powiedzieć mojemu terapeucie na ostatniej sesji, bo długo to za mną chodziło i nie dawało mi spokoju. Myślę, że to mi powinno na razie wystarczyć. Acha i jeszcze coś. Nie bardzo chciałam iść wtedy na wizytę, bo bałam się rozpłakać. Myślę, że przy kobiecie nie miałabym takiego problemu i mogłabym płakać do woli, ale przy mężczyźnie jakoś nie potrafiłabym się przełamać i pewnie wolałabym wyjść niż ronić łzy. Na szczęście Ania mnie przekonała, że powinnam pójść. Udało mi się też nie rozpłakać, choć było blisko i pan Paweł to widział. Chyba jedynie przy moim mężczyźnie potrafię płakać i niech tak zostanie.