Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

kryzys

Nie zawsze jestem sobą.

Za oknem szaro, buro i ponuro, ale nie wpływa to w jakimś ogromnym stopniu na moje samopoczucie. Dawno temu, jeszcze jako nastolatka, uwielbiałam deszczową pogodę i rewelacyjnie się wtedy czułam. Teraz sporo się pozmieniało i wolę raczej słońce, ale nie upały. Tych nie cierpię, zawsze jestem wtedy bardzo osłabiona. Ciężko mi było przeżyć tegoroczne lato, miałam go serdecznie dosyć i nawet trochę czekałam na jesień, szczególnie na deszcz, bo susza przecież ogromna. Pogoda w pewnym stopniu ma na mnie wpływ, tak jak na każdego, ale staram się jej nie demonizować. Często lekarze tak robią. Nie wiem, czy mają rację czy nie, ale trochę chyba dziwne jest zwalać wszelkie pogorszenie nastroju na brzydką pogodę. Ja mam tak, że zawsze jesienią i wiosną czuję się gorzej, niezależnie od tego czy te pory roku są piękne czy byle jakie. Dla mnie są one po prostu przednówkami zimy i lata, czyli głównych pór roku. Ani zimą ani latem nie mam raczej kryzysów, a jeśli już, to są one łagodniejsze i niezbyt często występują. Obecnie dopadł mnie właśnie poważny kryzys, ale raczej nie wiąże się on z pogodą, lecz ma inną przyczynę. Nie powiem, jest dość ciężko, ale staram się trzymać, bo co innego mogę zrobić. Jeżeli dalej będzie nieciekawie, to na następnej wizycie u psychiatry wspomnę o tym. Może przydałoby się nieco zmodyfikować dawki leków, albo zmienić jeden z nich, chociaż byłoby to ryzykowne, bo mam zawsze ogromny problem z doborem odpowiednich medykamentów. Mogę też zasięgnąć porady pana Pawła, jeśli tylko znajdzie dla mnie czas, a z tym u niego krucho. Dobrze, że mam przy sobie ukochaną osobę, która mnie wspiera – bez tego byłoby jeszcze gorzej.  Mój chłopak musi mi wystarczyć na ten moment, bo nie mam raczej ochoty obecnie na kontakty ze znajomymi. Jedynie piszę dalej smsy z moją przyjaciółką. Od innych osób staram się odcinać, nie chcę słuchać ich mądrych rad i pocieszenia, które nic nie dają, a mogą jedynie sprawić przykrość i ból. Zresztą zdecydowana większość w pewien sposób odsunęła się ode mnie, co nawet teraz jest mi nieco na rękę, ale gdy poczuję się lepiej, pewnie będzie mi źle z tego powodu. Trudno, nie zamierzam się prosić o zainteresowanie. Z drugiej strony nie chciałabym ich zranić, a teraz mam do tego tendencję, potrafię być bardzo przykra i cholernie szczera, cyniczna i wredna, odpłacać też z nawiązką za dawne krzywdy. Nie jest to więc najlepszy czas na jakiekolwiek spotkania. Doskonale zdaję sobie sprawę, że po części obecna ja to nie jestem ja taka prawdziwa, delikatna i wrażliwa. Teraz przemawia przeze mnie gorycz wszelkich pretensji świata i nie bardzo mogę coś na to poradzić, a właściwie mogę jedno – nie odzywać się przy ludziach, szczególnie tych mi bliższych. Zdarzało się już, że byłam odrzucana przez moje zachowanie w czasie kryzysu. Nikt już nie pamiętał, jaka jestem naprawdę, ale widział jedynie we mnie wredną, cyniczną świruskę, która nie potrafi się zachować. Jakiś czas temu przestrzegałam mojego przyjaciela, aby nie odwiedzał swojego kolegi, gdy ten jest w szpitalu w stanie psychozy. Tomek często tak właśnie robił, a potem było mu bardzo przykro, gdy kolega był wobec niego agresywny albo milczący. Znam jego kolegę, wiem, że lubi Tomka i w normalnej sytuacji nigdy by się tak nie zachował. Po prostu choroba, szczególnie ostry kryzys, zmienia człowieka na pewien czas i nie jest to jego wina. Lepiej wtedy po prostu odpuścić, kontaktować się tylko, gdy dany chory tego chce i jest na to gotowy, nie próbować mu pomagać w taki sposób jaki nam się wydaje odpowiedni. Wtedy od pomocy, bardzo konkretnej i celowanej, są lekarze i inni specjaliści. Oczywiście można ewentualnie spróbować pomóc, ale nie należy się dziwić, gdy bliska nam osoba odrzuci wyciągniętą rękę i zrani bardzo dotkliwie. Ja mam tak, że gdy rozmawiam, a zdarzało się już, z kimś, kto zdecydowanie gorzej się czuje, dzielę jego wypowiedzi trochę na dwa, wiem, że nie wszystko co mówi, jest prawdą, nie wszystkie jego pretensje są uzasadnione, po prostu nie jest wtedy sobą. W sumie tego samego oczekuję od innych ludzi, szczególnie mi bliższych, w stosunku do mnie, a nie obrażania się. Pamiętam bardzo dobrze sytuację, która zdarzyła się kiedyś w ośrodku wsparcia dla osób z moimi problemami. Miałam wtedy gorszy dzień i zachowałam się w jakiś może dziwny, może przykry dla kogoś sposób. Dana osoba nie miała do mnie pretensji, ale oberwało mi się od terapeutki, która stwierdziła, że powinnam się bardziej kontrolować i panować nad swoim zachowaniem. Cholernie mnie to zabolało, bo przecież gdybym była w stanie się pohamować, to nie zrobiłabym z siebie idiotki. Czy ona myślała, że mi jest dobrze z moim zachowaniem, że jestem z siebie dumna? To tak jakby powiedzieć epileptykowi, żeby kontrolował swoje napady. Zresztą znana mi epileptyczka spotykała się nieraz z zarzutami, że udaje ataki i pewnie ma je na tle nerwowym. Znam ją doskonale, wiem, przez jakie piekło przechodzi w związku ze swoją chorobą i nie życzyłabym nikomu takiego dyletanctwa i niezrozumienia, z jaki się spotyka. A najgorsze jest to, że takie dyletanctwo dotyczy też jak najbardziej osób ze świata medycyny, opieki społecznej czy też psychologów lub terapeutów.

Kończę na dzisiaj taką małą konkluzją – często jestem wredna i zachowuję się nietypowo, bo jestem momentami wredna i nietypowa, ale jeszcze częściej takie moje zachowanie wynika z choroby, nad którą nie zawsze panuję. Wiele znanych mi osób tak ma. Więc jeśli ktoś mnie nie zna dobrze, niech mnie nie ocenia zbyt pochopnie, bo a nuż się pomyli. Staram się teraz trochę wybielić i zwalić winę na chorobę, ale nieraz inaczej się nie da. Walczę cały czas o siebie i w miarę normalne życie, nie poddaję się, co nie znaczy, że zawsze jestem górą.

I jak tu nie mieć dość?

Miałam pisać dzisiaj jeszcze o mojej jakiś czas temu zakończonej tarapii, ale samo życie zweryfikowało moje plany. Tak więc będzie o moim samopoczuciu, które gwałtownie poszło w dół. Zastanawiałam się, jaka jest tego przyczyna. Raczej nie wydaje mi się, abym dalej była pod wpływem przesilenia wiosennego, chociaż tak do końca nie mogę tego wykluczyć. Być może po paru tygodniach przerwy znowu mój organizm reaguje na zmianę pory roku. Ale nie jestem co do tego przekonana. Na PMS jeszcze za wcześnie, więc mogę je spokojnie wyeliminować. Pozostaje w sumie jedna rzecz – mój pierwszy, samodzielny wyjazd do innego miasta. Pamiętam dobrze, że już tego samego dnia, wieczorem, zaczęłam mieć taki dziwny niepokój i lęk, tak jakbym przestraszyła się tego, czego dokonałam. I te objawy powoli nasilały się przez następne dni, ale nie zwracałam na nie specjalnej uwagi, aż do poprzedniego tygodnia, kiedy to zamarzyło mi się wybrać na kolejną samodzielną wycieczkę. Przed pierwszym wyjazdem czułam lekki niepokój, ale bardziej mnie on mobilizował niż zawracał z drogi. Była też ekscytacja i zadowolenie, które utrzymywały się trochę jeszcze po wyprawie. Tym razem, chociaż byłam zadowolona z mojej pierwszej wyciecczki i świetnie sobie na niej poradziłam, czułam się bardzo niepewnie. Sądziłam jednak, że to chwilowe i minie. Rano, przed wyjazdem, zadzwoniłam jeszcze do Kasi, aby wesprzeć się duchowo, i zamierzałam jechać. Spakowałam się i wtedy poczułam, że nie dam rady, po prostu wrosłam w ziemię, zamurowało mnie. Nie był to typowy atak paniki, ale napad lęku i przerażenia, które mi przeszkodziły w planach. Potem, w tym samym tygodniu jeszcze miałam dwie próby wyjazdu, ale o ile wieczorem przed wyprawą, nie czułam się źle, o tyle rano już w łóżku dopadało mnie przerażenie i rezygnowałam. Pomyślałam wtedy, że to może za wcześnie, że trzeba trochę odczekać. Wpadłam też na jeszcze inny pomysł, to znaczy, aby nie jechać sama, tylko z moim chłopakiem. Co prawda jego nie interesują takie podróże ze zwiedzaniem, ale nie widzi problemu, aby mnie zawieść, powiedział mi, że sprawi mu to przyjemność, jeśli będzie mógł mnie gdzieś „dostarczyć”. Wyglądało by to pewnie tak, że bym chodziła po obiektach, a on by siedział w samochodzie, albo gdzieś na ławeczce, ale jeśli to mu odpowiada, to czemu nie? Nie jest to mój szczyt marzeń, bo nie lubię nikogo ciągnąć ze sobą, po prostu chcę być w pełni samodzielna. Zawsze ktoś musiał mi towarzyszyć, praktycznie całe życie, jest to dla mnie upokarzające i wstyd mi za siebie. Sądziłam, że po tym pierwszym, samodzielnym wyjeździe nareszcie będę wolna i dokonam tego, o czym zawsze marzyłam, a tu nic z tego. Już może nawet przebolałabym to, że jednak potrzebuję bliskiej osoby stale przy sobie, ale z naszego wspólnego wyjazdu też nic nie wyszło. Sytuacja taka sam, wieczorem czułam się w miarę dobrze, a rano tąpnięcie i koniec marzeń. Czyli to coś więcej niż tylko lęk przed samodzielnym wyjazdem, rzeczywiście jestem teraz w kompletnym dołku i nie mogę się z niego wygrzebać. Czuję wciąż niepokój, lęk, czasem przerażenie, ciągłe napięcie, często ból psychiczny, dużo płaczę, ale ten płacz nie przynosi ulgi. Popadam w stany depresyjne, wciąż towarzyszy mi smutek i bezradność, bo nie mam wpływu na to jak się czuję. Dodatkowo pojawiły się objawy somatyczne, takie jak bóle brzucha, czasem pobolewanie w okolicy serca, nieprzyjemne uczucie w lewej ręcę, jakby mrowienie, problemy ze snem (biorę wieczorem tabletkę na uspokojenie, a i tak budzę się wcześnie z podgrążonymi oczami). W domu coś tam jeszcze porobię, chociaż mam problemy z niektórymi czynnościami, czasem nawet z myciem, tak jakbym bała się wody. No i pokładam się w dzień, co już dość długo mi się nie zdarzało. Na zewnątrz wychodzę tylko z chłopakiem, przeraża mnie przestrzeń. Wyszłabym choć na ławkę przed blokiem, ale i to powoduje u mnie lęk. Najgorzej jest rano, wtedy samopoczucie mam najgorsze, wieczorem już trochę się uspokajam i nawet coś planuję na następny dzień, po czym te plany oczywiście biorą w łeb. Zdarza się, że jestem agresywna, co zawsze mi pomagało, gdy było gorzej, bo mobilizowało mnie do działania. Wkurzałam się na siebie, obwiniałam, ale właśnie to sprawiało, że w pewnej chwili przychodziła mi do głowy myśl: „Ja nie dam rady, oczywiście że dam radę!” i czułam ulgę. Teraz wściekam się i co? I nic. Bezradna jestem jak dziecko, któremu ktoś zabrał ulubioną zabawkę. I ta obojętność , która czasem mnie dopada. Chyba ona jest najgorsza, przynajmnie tak kiedyś usłyszałam od mądrego lekarza. Obojętność zabija wszelką aktywność i powoduje niesamowitą pustkę, czuję się wówczas jak robot, który coś tam robi, coś mówi, ale właściwie to ma wszystko gdzieś. Swiat niech się wali, a mi to wisi. Jakiś czas temu pisałam, że będę się starała bazować na wygadaniu moich problemów. I robię tak, mówię, jęczę, narzekam, ale czy to pomaga. No właśnie nie bardzo. Zresztą zawsze byłam osobą, która nadawała się do wysłuchiwania, a nie do wywnętrzniania się, jest to dla mnie nienaturalna sytuacja. Chyba, że rozmawiam ze specjalistą, wtedy mi to pomaga. Zauważyłam też, że już nie pomagają mi problemy innych, jakkolwiek to nie zabrzmi. Wcześniej, gdy widziałam kłopoty innych ludzi, myślałam sobie, że przecież ja jeszcze nie mam tak źle i całkiem dobrze sobie radzę. Teraz jednak tak mnie zaślepiły moje problemy, że myślę tylko o nich. Zresztą chyba przeważnie własne trudności są dla każdego najważniejsze. Nasiliły mi się też natręctwa, mam wrażenie, że jest ich coraz więcej, nie tylko na tym tle, na jakim miałam, ale też związanych właśnie z podróżami. Mam talent do takich obsesyjnych zachowań, więc wcale mnie to nie dziwi, ale bardzo przeszkadza. Po prostu za duża perfekcjonistka ze mnie i to przekłada się na dolegliwości. Bardzo mnie zaniepokoił jeszcze jeden objaw, który u siebie zobaczyłam – boję się światła. Myślałam, że to już za mną, a tu proszę, powtórka z rozrywki. I jeszcze jeden bezsensowny objaw, który może być związany z lękiem przed wyjściem z domu. Otóż boję się…spocić. Też to już przerabiałam. Kompletna paranoja.

I w sumie to by było na tyle, jeśli chodzi o moje obecne i nieco wcześniejsze problemy ze zdrowiem. Wciąż się tylko zastanawiam, skąd one się wzięły i dlaczego wpędziły mnie w aż taki dół? Jeśli przyczyna tkwi w moim wyjeździe, to dlaczego ja go tak odchorowuję, skoro udał się i byłam po nim zadowolona? Czyżbym za dużo oczekiwała, zbyt szerokie plany robiłam i to się zemściło? Bezradna jestem, bo nie umiem odpowiedzieć sobie na te pytania. Tyle lat byłam mało aktywna, można powiedzieć, że swego czasu miałam prawdziwą przerwę w życiorysie, kiedy to praktycznie całymi dniami siedziałam w domu, dopiero ośrodek dla osób z moimi problemami uratował mi życie i zaczęłam robić małe kroczki do przodu. Pewnie dlatego chcę nadrobić te stracone lata, a tu nagle pojawia się wielkie STOP i muszę się zatrzymać. Chyba najbardziej mnie wkurza to, że zobaczyłam, że mogę, a prawie natychniast dostałam po głowie, jakby rzeczywiście jakaś część mnie wzbraniała się przed czymś nowym. Powoduje to u mnie cholerny bunt, bunt przeciwko sobie , przeciwko chorobie, która nie chce przestać mnie dręczyć. Tyle lat z nią żyję, a wciąż nie mogę jej zaakceptować. Kiedy mam małe doły, po prostu je przeczekuję i tłumaczę sobie, że mam prawo gorzej się czuć, nie walczę wtedy z moim zaburzeniem. Ale kiedy pojawia się takie duże załamanie, nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, mam ochotę wyrzucić leki i zaszyć się w pokoju na resztę życia. Tylko, że wiem, że tego nie wolno mi zrobić. Dlatego teraz zastanawiam się nad oddziałem dziennym, jeśli nie polepszy się. To dla mnie jeden z ostatecznych sposobów, ale być może nie będę miała wyjścia. Podejrzewam też po cichu, że może terapia przestała działać, ale to by oznaczało, że krótkie były jej efekty, za krótkie. Zresztą tak naprawdę, to nic już nie wiem.

Te moje wątpliwości…

Hormony mi buzują, więc nie czuję się najlepiej. Gdybym była w ciąży, to jeszcze mogłabym zrozumieć moje rozchwianie emocjonalne, a tak nie wiadomo jak tu się tłumaczyć przed bliskimi i samą sobą. Bo jak długo można zwalać wszystko na PMS? Ale cóż innego mi przyszło robić? Ale ogólnie taka jakaś jestem…nijaka. W dodatku naszły mnie pewne poważne wątpliwości, z którymi już podzieliłam się z moim Aniołkiem i o których chcę napisać. Moje kochanie, jak zwykle, pokiwało głową, spytało, jak może mi pomóc i tyle, bo i cóż on może? Dobrze, że chociaż wysłucha cierpliwie, nie denerwuje się moimi dziwnymi myślami i nie mówi, że ma już mnie dość. A mogłoby się tak zdarzyć. Tylko, że on musiałby być innym człowiekiem, a nie takim właśnie…Aniołkiem, cierpliwym i słodkim. No, dosyć już tego słodzenia, trzeba przejść do sedna sprawy. Biorąc pod uwagę fakt, że lato ustępuje miejsca jesieni, tych moich wątpliwości i negatywnych myśli, może być już naprawdę sporo. Przynajmniej przez jakiś czas. Idę na dniach do mojej pani doktor psychiatry i zamierzam z nią poważnie porozmawiać. Nie będę niczego ukrywać, co czasem mi się zdarzało. Muszę przyznać, że mam lekki ucisk w żołądku, bo szczerość nigdy nie jest łatwa. Przede wszystkim chciałabym powrócić do poprzedniego antydepresantu, ale mam pewne obawy. Ten, który biorę obecnie nie jest zły, a nawet wręcz przeciwnie – dość dobrze działa. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie uciążliwy dla mnie pod pewnym względem skutek uboczny. Nie chcę pisać jaki, bo to sprawa raczej nie na forum publiczne. W każdym razie skutek ten powoduje, że co jakiś czas na dwa, góra trzy dni odstawiam lek, a potem znowu do niego wracam, bo wiem, że go potrzebuję. Dzięki takim krótkim przerwom mogę trochę odpocząć od przykrych następstw brania leku, ale to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę. Przy poprzednim antydepresancie nie musiałam stosować tego typu wybiegów, w dodatku miał on formułę o przedłużonym działaniu i nie zauważyłam przy nim żadnych skutków ubocznych. Niestety nie działał na natręctwa, które powróciły do mnie jakiś czas temu. Miałam nadzieję, że są one chwilowe, ale pomyliłam się. Stąd zmiana leku, jednak ten obecny biorę już ponad dwa miesiące i nie zauważyłam, aby moje obsesje jakoś zanikły. Może jednak odrobinę zmniejszyły się, a to już zawsze coś. Na szczęście nie zawsze mnie one dopadają, jakoś jeszcze je ogarniam i próbuję nauczyć się z nimi żyć. Zresztą sądzę, że leki niekoniecznie są mi w stanie na nie pomóc, bo natręctwa dotyczą spraw, z którymi stykam się praktycznie codziennie. Wiem, że zaburzenia takie są trudne do wyleczenia, bo przecież nie zamknę się nagle w pustym pokoju i nie wyłączę z w miarę normalnego życia, aby dać sobie czas na inne, zdrowe myślenie. Na obecnym etapie mojego życia to niemożliwe. Muszę koniecznie kiedyś opisać, jak jeszcze kilka lat temu walczyłam z zaburzeniami obsesyjno – kompulsyjnymi  i jak ciężka to była walka. Co prawda nie zamknęłam się wtedy w ciemnym i pustym pokoju, ale coś w tym stylu musiałam zastosować. Dobrze, że to już za mną. No, może nie do końca, sądząc z tego co piszę. Tak sobie też myślę i zastanawiam się, czy mój obecny lek już się trochę nie wyeksploatował. Przecież brałam go tyle lat. Jednak jakoś tam w miarę radzi sobie z lękami i stanami depresyjnymi. I tu pojawia się miejsce na tytułowe wątpliwości. Pewnie nie powinnam się zadręczać, ale jednak przyszło mi do tej mojej pustej głowy, że może to nie terapia jest taka skuteczna, jak ostatnio z hurraoptymizmem pisałam, ale lek? Może to jemu jednak zawdzięczam moje ostatnie sukcesy? Jak wspomniałam, biorę ten medykament już ponad dwa miesiące i w sumie nie narzekam. Oczywiście nie mam tu na myśli tego paskudnego skutku ubocznego, ale różowo nie może być. Czyżby to był przypadek, że w sumie praktycznie od tego wspomnianego wyżej czasu mam w miarę dobre dni? Czy nie przeceniłam wpływu terapii na moje życie i jej skuteczności? A może przeceniam właśnie działanie leku i jest on jedynie małym dodatkiem, a to właśnie terapia unosi mnie, pozwala cieszyć się dniem dzisiejszym i snuć plany na przyszłość? Możliwe też, że zarówno lek jak i terapia mają jednakową skuteczność. Nie wiem, po co mi te wszystkie wątpliwości. Czy to ma takie znaczenie, co mi pomaga? Ważne, żeby pomagało i już. Ostatnio rozmawiałam na ten temat z Kasią i ona to samo stwierdziła. Tyle, że ja nie byłabym sobą, gdybym nie analizowała wszystkiego i nie dzieliła włosa na czworo. Jednak nie mogę jakoś się przekonać, że te zmiany w moim organizmie to tylko działanie chemii, wolę wierzyć, że to ja sama, oczywiście przy pomocy terapeuty, je wypracowałam. Zresztą gdyby to było tylko działanie chemii, to już dawno powinnam śmigać sama po obcych miastach, a przecież tak się nie działo. Jest nadzieja, że już niedługo się przekonam, jak to naprawdę ze mną jest, gdy zaliczę wizytę u mojej lekarki. Może powrócę wtedy do poprzedniego leku, albo dostanę jakiś całkiem inny. Zobaczymy. Strasznie jestem upierdliwą osobą, która nie może przestać myśleć, dlaczego jest dobrze i szuka dziury w całym. Oj, powinnam dostać porządnego kopa. Najlepiej od mojego terapeuty, to może bym go wtedy bardziej doceniła, a nie snuła jakieś niedorzeczne przypuszczenia. I wątpiła we wszystko. Aż mnie to przeraża, co napisałam i boję się już siebie samej. Czuję jakbym była gorsza od innych, a doskonale wiem, że tak nie jest, i nie daję sobie czasem prawa do zdrowienia. Prawa do tego, abym mogła normalnie cieszyć się życiem. A przecież to jedno z moich podstawowych praw. I moje wątpliwości nie sprawią, że ono zostanie mi odebrane. A że te wątpliwości się wciąż pojawiają? Cóż, taka moja analityczna i wredna natura. Kiedyś nie wierzyłam zupełnie, że coś takiego jak leki czy terapia może być skuteczne. A jednak są i, o dziwo, działają na mnie. I z tego się trzeba cieszyć.

Gorsze samopoczucie.

Nie jestem teraz w najlepszym nastroju, chociaż nie mam niby powodu, aby czuć się źle. W związku wszystko dobrze, nie mogę narzekać, Aniołek jak zwykle mnie wspiera. Nauka też mi jakoś idzie, nie napotykam większych przeszkód. Oczywiście już teraz myślę o przyszłorocznej maturze i denerwuję się, ale są to jakby trochę inne nerwy, nieco „oswojone”. Terapia działa na mnie i czuję to działanie. A jednak nie jest tak jak powinno być. Tylko należałoby zadać sobie pytanie: „Jak powinno być?”. Jakiś czas temu, jakiś tydzień przed odstawieniem antydepresantu, i kilka dni po jego odstawieniu, czułam się wręcz rewelacyjnie, miałam tyle energii, takie pozytywne myśli i fajne podejście do życia. Lęki były, ale minimalne i prawie niezauważalne, doskonale potrafiłam je kontrolować i panować nad nimi. Nie dopadała mnie depresja, ani żadne myśli z nią związane, nie było mowy o atakach paniki. Właśnie wtedy, w tamtym czasie, poczułam tak naprawdę, co to znaczy, gdy jest dobrze, gdy lęk i choroba nie rządzi moim życiem. Nie wiem, co zrobić, aby znowu tak się poczuć, tak zwyczajnie, normalnie i po ludzku zdrowo. A może to było tylko takie złudzenie, jakiś miraż, obliczony na krótki czas występowania? Tylko w jaki sposób to mogło mi się tylko wydawać, skoro jestem przekonana, że naprawdę miałam dobre samopoczucie? Już się gubię w tym wszystkim pomału. Oczywiście, gdybym czuła się rewelacyjnie tylko w mojej lekkiej manii po odstawieniu leku, uwierzyłabym, że to brak chemii  albo jej niedobór w moim organizmie spowodował takie zmiany, ale dobry nastrój zaczął się wcześniej, nie spowodowany niczym konkretnym. Oczywiście, gdy tylko lek wyparował ze mnie zupełnie, moje samopoczucie zmieniło się całkowicie, więc zaczęłam znowu przyjmować lekarstwo. Dobry nastrój jednak nie bardzo chce powrócić, a minęło już sporo czasu. Może jeszcze niedostatecznie nasyciłam się lekiem? Niby nie czuję się fatalnie, wiele spraw mnie cieszy i często bywam zadowolona, ale wciąż towarzyszy mi lęk i smutek, a właściwie taki ledwo dotykalny i wyczuwalny smuteczek, który cały czas się przy mnie snuje. I tu pojawia się pewna przyczyna, której nie jestem tak na 100% pewna, ale ku niej między innymi się skłaniam. Powolutku zbliża się jesień, chociaż przecież lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Bardzo silnie reaguję na zmiany pór roku, szczególnie z letniej na jesienną i z zimowej na wiosenną. Myślałam jednak, że terapia spowoduje, iż nie będę już tak tego odczuwać i zmiany te nie wywrą na mnie żadnego wrażenia. Albo prawie żadnego. A jednak reakcja jest. Od wielu już lat mnie to spotyka, ale zawsze pogorszenie nastroju jest dla mnie na nowo zaskoczeniem, tak jakbym nie pamiętała, co działo się pół roku temu. I dodatkowa kwestia - PMS. Ciągle występuje i nie daje mi spokoju, co mnie ogromnie denerwuje. Znów wróciłam do ziołowego leku, który swego czasu przyjmowałam regularnie i pozostaje mi tylko nadzieja, że niedługo zauważę jakąś poprawę. Także i tu spodziewałam się poprawy na skutek terapii, ale chyba niepotrzebnie się łudziłam. Swoją drogą za dużo oczekuję od terapii, a żaden terapeuta nie jest cudotwórcą. Jednak widzę w sobie duże zmiany, szczególnie w myśleniu i zachowaniu, jestem bardziej śmiała, nie kryję swoich uczuć i przekonań. gdyby jeszcze tylko ten nieszczęsny lęk gdzieś się zapodział, a nie zwiększał się niespodziewanie w niektórych momentach. Nie paraliżuje mnie całkowicie i to jest plus, ale nieraz bywa bardzo dokuczliwy i wiele psuje. Tutaj pomyślałam o jeszcze jednej przyczynie zwiększenia się u mnie reakcji nerwicowych i obniżenia nastroju. Może to wszystko mieć związek z ogromnym rozczarowaniem, jakiego doznałam, gdy okazało się, że nie mogę odstawić antydepresantu. Przeżyłam to wydarzenie bardzo, byłam też na siebie wściekła i poczułam się bezsilna. Także przestraszona tym, że mój organizm zareagował tak, a nie inaczej i moja głowa stała się jednym, wielkim kłębowiskiem myśli, a ja jedną, wielką emocją. Moja nadzieja na życie bez leków, na „trzeźwo”, ulotniła się. Kiedyś powiedziałam panu Pawłowi, że mam nadzieję na lepsze, ale nie mam wiary w to, a on zaprzeczył i stwierdził, że jest odwrotnie. Nie bardzo to ogarniam i gdy przychodzą takie dni, jak obecnie, to wydaje mi się, że nie mam ani nadziei ani wiary. Ale jednocześnie wiem, że to nieprawda i wkurzam się na siebie, gdy taka myśl mi przejdzie przez głowę. Chyba jednak zawsze będę coś w sobie mieć, albo nadzieję albo wiarę, bo nie umiem się poddać. A więc pora przestać marudzić i pomaszerować na kolejną wizytę do psychopedagoga. Może wspólnie znajdziemy przyczynę moich smutno-lękowych zachowań? A może sama ją znajdę? Co mam lepszego do roboty? Zresztą nie powiedziane, że przyczyną nie jest właśnie wybuchowa mieszanka tego wszystkiego, co dziś opisałam. Pewnie tak jest, ale wolę się jeszcze upewnić.