Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

leczenie

Oddział dzienny.

Ostatnio myślałam, żeby wybrać się na oddział dzienny psychiatryczny, ale teraz już nie jestem co do tego pomysłu przekonana. Postanowiłam jednak napisać dziś o moim wcześniejszym pobycie na takim właśnie oddziale. Dowiedziałam się, że taki oddział powstał już chyba kilka lat temu. Oczywiście mieści się on i przynależy do całego szpitala psychiatrycznego w moim mieście. To bardzo dobra alternatywa dla pacjentów, którzy nie muszą przebywać na zamkniętej psychiatrii lub boją się i nie są w stanie wytrzymać w zamknięciu. Czyli to coś dla mnie. Kiedy jeszcze byłam na oddziale zamkniętym, ale jako dochodząca pacjentka, nie sądziłam, że w ogóle istnieją takie dzienne oddziały. Wiem, że gdy gorzej się czułam i pytałam moją lekarkę kilka lat temu, gdy nie było jeszcze otwartego oddziału, czy mogłabym dojeżdżać na zamknięty i przebywać tam tylko w dzień, nie było już takiej możliwości. Dlatego tak ucieszył mnie nowy projekt szpitala. Najpierw była tam moja Ania i raz ją wtedy odwiedziłam. Bardzo mi się spodobało. Sam budynek i pomieszczenia były sympatyczne i przytulne, choć może troszkę za małe. Ale za to kolorowe, przystrojone i zachęcające. Pomieszczenie do terapii i świetlica z kilkoma kanapami, fotelami i telewizorem, salka gimnastyczna i do relaksacji oraz oddzielne gabinety dla lekarzy i psychologów też robiły przyjemne wrażenie. Zdecydowałam się więc na pobyt na tym oddziale, bo właśnie miałam dość spory kryzys. Poniekąd też namówił mnie do tego też pewien specjalista z innego miasta, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Było to jakieś ponad rok temu, gdy trafiłam na oddział. Bałam się najbardziej zmiany leków, ale roszada nie była zbyt duża, zastąpiono mi tylko jeden lek antydapresyjny drugim. Wprawdzie lekarz chciał mi wycofać neuroleptyk, ale gdy usłyszał, że bez niego jestem agresywna i nieobliczalna, zmienił zdanie. Miała kontakt tam z dwoma lekarzami i bardziej przypadła mi do gustu pani doktor, ale na doktora też nie mogę narzekać. Ogólnie cały personel był bardzo w porządku, szczególnie siostra oddziałowa i dwie przemiłe młode terapeutki zajęciowe, które pracowały z ogromną pasją i zaangażowaniem. Po raz pierwszy spotkałam osoby tak otwarte na problemy nas, chorych, nie wywyższające się i tolerancyjne. Potrafiły ze mną rozmawiać, pocieszać, przytulić. Aż było dla mnie dziwne, że osoby zdrowe mają tak wspaniałe podejście. Jeśli chodzi o zajęcia, to miałam spotkania z lekarzami, terapię zajęciową, rysunek terapeutyczny, psychoedukację, co tydzień spotkania społeczności oddziału, zajęcia sportowe czyli gimnastykę, zajęcia z gliną ( rzeźbienie, formowanie ) ale one były poza oddziałem więc raczej w nich nie brałam udziału, terapię tańcem czyli taniec w kręgu, relaksację ( notabene coś mi te zajęcia nie wychodziły, za dużo napięcia w sobie miałam ), spacery, chodzenie z kijkami i przede wszystkim psychoterapię grupową i indywidualną, bo to głównie oddział psychoterapeutyczny. Oczywiście zapewniony był obiad, można było nawet wziąć prysznic, czasem zdarzały się miłe akcenty w postaci zabawy, karaoke. Była możliwość zrobienia też sobie kawy czy herbaty, ale produkty już we własnym zakresie. No i wspólne świętowanie urodzin, jeśli ktoś miał ochotę oraz celebrowanie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Przez pierwsze tygodnie miałam właściwie tylko terapię grupową, gdyż mieliśmy na oddziale stażystki i zamiast psychoterapii indywidualnej odbywały się spotkania z nimi. Część pacjentów miała spotkania z jedną z nich, część z drugą. Dopiero po ich odjeździe weszły do pracy psychoterapeuci. Ja od dawna wiem, że potrzebuję takiej formy wsparcia, ale do tej pory nie miałam takiej możliwości. Czy mi coś dały te sesje? Trudno powiedzieć. Miałam je raz w tygodniu i poza tym terapię grupową. Na tej drugiej długo nie mogłam się otworzyć i w sumie nie wiem, czy to jest forma terapii dla mnie. Kiedyś czytałam, że nie każdy się do niej nadaje, ale jak ze mną jest to naprawdę trudno powiedzieć. Wolałam posiedzenia sam na sam z terapeutką, choć i z tych chyba nie za dużo wyniosłam. Bardzo źle się czułam po tych spotkaniach, ale podobno to znak, że terapia działa. Najpierw musi być źle, żeby później mogło być lepiej. Jeśli chodzi o kontakty z innymi pacjentami, to początkowo sprawiały mi trudności, ale po pewnym czasie nawiązałam bliższe relacje i w miarę dobrze czułam się w ich gronie. Może nawet w pewnym momencie za bardzo się otworzyłam i poniekąd dostałam za swoje, chciałam nawet zrezygnować z oddziału. Ale wytrzymałam cały turnus czyli 3 miesiące. Nie wspomniałam, że pobyt był od poniedziałku do piątku, od mniej więcej godziny 9-tej do 14-tej. Leki częściowo dostawałam na oddziale, a po części otrzymywałam je do domu. 3 miesiące to jednak zbyt krótki okres, by mówić o widocznych efektach w terapii, przynajmniej tej mojej, więc zdecydowałam się na drugi pobyt.

Lekarz nie jest Bogiem.

Złapała mnie teraz grypa i jestem unieruchomiona w domu. Tato mojego chłopaka wysyła mnie do lekarza, ale ja nie widzę sensu takiej wizyty, bo przecież na grypę czy przeziębienie nie ma tak naprawdę lekarstwa, można zwalczać tylko objawy. I ja właśnie zwalczam te objawy jak tylko się da, najlepiej domowymi sposobami. Przy moich lekach psychotropowych, szczególnie tych antydepresyjnych niewskazane są raczej nowoczesne medykamenty. Kiedyś, gdy jeszcze o tym nie wiedziałam, łyknęłam sobie taki jeden, podobno skuteczny, lek na noc. Rano miałam problem ze wstaniem, a cały dzień ledwo pamiętam, taka byłam nieprzytomna. Farmaceutka uświadomiła mi, że muszę przy moich lekach dokładnie czytać ulotki, a nie brać co popadnie. Tamten lek zużył brat, gdy miał grypę, a ja się teraz bardzo pilnuję. Akurat teraz, gdy męczy mnie ta grypa, a może to już przeziębienie, przypomniała mi się pewna historia dotycząca choroby i lekarza. Niedawno pisałam o moim drugim pobycie na oddziale psychiatrycznym, ale nie wspomniałam wtedy o najważniejszym. Miałam wówczas zatarg z pewną lekarką, nie jestem pewna, czy nie była ona ordynatorem na moim oddziale. Po jakimś czasie od zapisania się na oddział i zmianie leków, zauważyłam coś niepokojącego. Zawsze rano miałam ogromne problemy ze wstaniem i przyspieszone tętno. Na początku nie zdziwiło mnie to, bo już miewałam gorsze skutki uboczne leków. Ale któregoś razu poczułam, jakbym umierała, serce waliło mi jak szalone, praktycznie w ogóle go nie czułam, robiło mi się słabo, brakowało mi tchu, nie wiedziałam co się dzieje. Trwało to pewną chwilę. Nie jestem pewna, czy to nie zdarzyło się w nocy, co dodatkowo potęgowało mój strach. Nabrałam podejrzeń, że takie objawy może wywoływać lek, który biorę na wieczór. Nie pamiętam już, czy brałam go też w dzień, ale na pewno zrobiłam taką jednorazową próbę i zażyłam go przed południe lub po. Usiadłam potem i czekałam, co się będzie działo. Gdy lek zaczął działać, poczułam to samo, co w nocy. I wiedziałam już, że to po prostu taki wyjątkowo nieprzyjemny skutek uboczny. Zgłosiłam to lekarce, która nie prowadziła mnie bezpośrednio, ale też pracowała a tym oddziale. Od razu mi odstawiła ten neuroleptyk. I tu właśnie pojawił się problem, gdyż miała przez to kłopoty i ja właściwie też. Usłyszałam od lekarza prowadzącego, że lek jest niezwykle skuteczny, notabene chyba większość chorych go wtedy dostawała, bardzo drogi i nie ma takich skutków ubocznych, tylko tak mi się wydaje, bo to reakcja nerwicowa. Mało mnie tam coś nie trafiło. Ale co miałam robić? Kłócić się z lekarzem? Na szczęście miałam pobyt dzienny i nie byłam zdana tylko na łaskę i niełaskę personelu medycznego. Brałam więc ten lek do końca pobytu, a do niego po cichu, tak żeby nikt nie wiedział, dodawałam bardzo prosty i tani lek, który brał mój tato. Normalizował on pracę serca i jakoś mogłam po nim funkcjonować. A po odebraniu wypisu, na pierwszej wizycie w poradni, moja lekarka od razu dała mi inny neuroleptyk, gdy tylko dowiedziała się o moich objawach. Bo przecież chory ma się dobrze czuć po lekach, mieć jak najmniejsze skutki uboczne, a nie przypominać warzywo. Zresztą tamten rzekomo cudowny specyfik działał na mnie fatalnie, chodziłam po nim jak we śnie, jakbym się naćpała. Każdy lek trzeba dobierać indywidualnie, bo na każdego może inaczej działać. Niestety nie jeden lekarz to bagatelizuje i kieruje się modą na konkretny lek, a nie dobrem pacjenta. To przykre, przecież jak nie ma dwóch jednakowych osób, tak i nie ma takich samych pacjentów. Tamto doświadczenie nauczyło mnie, że nie można ślepo ufać lekarzom, bo ja sama chyba najlepiej znam swój organizm i wiem, co mi pomaga, a co szkodzi. Mam dużą samoświadomość i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Oczywiście, nie twierdzę, że nie ma innych pacjentów, np. lekoopornych, których sytuacja jest bardzo trudna, albo takich, którzy muszą brać silne leki o dużych skutkach ubocznych, bo tylko wtedy nie mają urojeń. Mogę być rzeczniczką jedynie samej siebie i walczyć o swoje zdrowie i dobre samopoczucie, a takie jest możliwe tylko przy odpowiednio dobranych lekach przez odpowiedniego lekarza, który nie uważa, że wie wszystko najlepiej.

Szpital po raz pierwszy, ciąg dalszy.

Słabo spałam tej pierwszej nocy w szpitalu psychiatrycznym, chociaż dostałam jakąś tabletkę na sen. Nic też takiego w nocy się nie działo, co by mi przeszkadzało spać. Niestety moja fobia przed obcymi miejscami i nocowaniem w nich dała o sobie znać. Myślałam tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w swoim domu, we własnym łóżku. Na tamtą chwilę wydawało mi się to jednak niemożliwe i nie bardzo liczyłam na zmianę swojej sytuacji. Jednak pomyliłam się, co mnie niesamowicie zaskoczyło, a nawet zaszokowało. Otóż rano postanowiłam jak najszybciej udać się do lekarza i spróbować przedstawić swoją sytuację. Tuż po śniadaniu poszłam pod gabinet i nie bardzo wiedziałam, co mam robić, czy wejść czy może mam jednak zaczekać na jakiś obchód. Nie miałam jednak pojęcia, czy w takim szpitalu w ogóle są jakieś obchody, więc zaryzykowałam i weszłam do gabinetu. Prawdopodobnie była tam jakaś pani doktor, nie pamiętam już dokładnie, ale wiem na pewno, że nie potraktowano mnie jak jakiejś histeryczki, lecz jak osobę, która ma naprawdę problem. Szpital poszedł mi na rękę i postanowiono, że na razie dostanę leki na pewien czas do domu, a potem będę po prostu dochodzącą pacjentką, spędzającą na oddziale parę godzin dziennie. Wiązało się to dla mnie z dojeżdżaniem, ale to nie miało znaczenia. Wiem, że poniekąd wymusiłam taki obrót sprawy, bo po prostu chciałam się wypisać na własne żądanie, ale szpital nie musiał mi nic ułatwiać i mogli mnie wypisać bez problemu, bo nie miałam myśli samobójczych, nie byłam też niebezpieczna dla innych. Jednak zależało im na mnie i w sumie zawsze będę za to wdzięczna. Był tylko jeden mały problem, otóż miałam jeszcze jedną noc spędzić na oddziale, co nie było łatwe, ale jakoś sobie musiałam poradzić. Tego dnia zresztą już tak nie odczuwałam lęku, bo właściwie nie było na to czasu w związku z licznymi badaniami, które miałam robione. Nie chodziło tylko o podstawowe badania np. krwi, ale też prześwietlenie głowy czy EEG, które jak się okazało, też należą do badań robionych w tego typu szpitalach. Chodziło o sprawdzenie, czy moje zaburzenia nie wynikają z urazów mechanicznych głowy lub uszkodzeń mózgu. Było to dla mnie nowością, gdyż nikt wcześniej nie kierował mnie na tego typu kontrolę. Poza badaniami niewiele pamiętam z tamtego dnia, na pewno poznawałam trochę osoby z sali, którymi były bardzo przyjemne panie, o których nigdy bym nie powiedziała, że mają jakieś problemy ze zdrowiem, gdybym je spotkała na ulicy. Szczególnie jedna z nich wciąż uśmiechała się i zabawiała innych. Poznałam też dziewczynę z depresją, dzięki której sporo dowiedziałam się o tej chorobie oraz dwójkę młodych osób, z którymi wieczorem trochę oglądałam telewizję. Pamiętam nawet, że leciało wtedy łyżwiarstwo figurowe. Właściwie jedyną niezbyt przyjemną, bo wstydliwą dla mnie sprawą był wspólny wypad do łazienki z kilkoma paniami, bo nie wolno wtedy było się kąpać samemu ze względów bezpieczeństwa. Ale dało się wytrzymać.  Tak więc nie miałam powodu się obawiać, ale jednak pod wieczór i następnego rana dalej czułam to moje przerażenie i silny lęk. Tylko dzięki świadomości, że niedługo będę w domu zawdzięczałam to, że jakoś się trzymałam i obyło się bez leków uspokajających. Po wyjściu od razu poczułam się lepiej i nawet powrót do szpitala, już jako dochodzącej pacjentki, mnie nie przerażał. nie pamiętam już teraz, ile czasu dojeżdżałam, ale pewnie nie dłużej niż 1,5 miesiąca. Żałowałam, że miałam trochę mało spotkań z psychologiem, bo właściwie poza badaniem psychologicznym nie bardzo je kojarzę, ale można powiedzieć, że pewne oparcie zyskałam w pacjentach, szczególnie tych młodych, którzy podobnie jak ja nie chorowali długo i często był to ich pierwszy pobyt na oddziale. Chociaż spotykałam też osoby wielokrotnie hospitalizowane. U większości jednak tak naprawdę nie bardzo było widać chorobę, a to oznaczało, że leczenie daje dobre skutki. Bardzo żałuję, że nie wzięłam wtedy namiarów do pewnej dziewczyny, z którą szczególnie dobrze mi się rozmawiało, bo miała nieco podobne problemy do moich. Pewnie już nigdy jej nie spotkam, a szkoda, bo ciekawa jestem, jak sobie radzi. Zapadła mi też w pamięć inna dziewczyna ze względu na swoją piękną, ale niesamowicie smutną twarz. Nigdy wcześniej nie widziałam osoby tak pełnej smutku, nie sądziłam że to uczucie może tak całkowicie przepełniać człowieka. Ten pierwszy pobyt na oddziale dał mi dużo, przede wszystkim miałam ustawione leczenie i nabrałam też pewnej wiary w siebie, bo przekonałam się, że nie tylko ja choruję i cierpię, ale że inni ludzie też mają podobne, albo wręcz przeciwnie, zupełnie inne problemy ze zdrowiem. Zarówno jednak ja, jak i oni, próbujemy sobie z nimi radzić tak jak umiemy najlepiej.

Szpital po raz pierwszy, pierwsza noc.

Po zmianie pierwszego lekarza psychiatry, trafiłam do młodej pani doktor, która postanowiła skierować mnie do szpitala. Chodziło głównie o sprawdzenie, co tak naprawdę mi jest, na jakie zaburzenie cierpię. Trochę się zastanawiałam, ale postanowiłam wyrazić zgodę. Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, czego mam się spodziewać, po prostu poszłam na żywioł. Ponieważ szpital jest niedaleko mojego miejsca zamieszkania, nie miałam daleko i dość szybko się zgłosiłam. Nie pamiętam już nawet, czy byłam za pierwszym razem na izbie przyjęć czy od razu poszłam na oddział. Trochę mnie to miejsce przeraziło, przede wszystkim te zamykane na klucz drzwi i kraty w oknach. Zdziwiło mnie jedno z pierwszych pytań pielęgniarki, czy nie mam ze sobą noża. Nie wiedziałam, o co chodzi, dopiero po jakimś czasie zostałam uświadomiona, że to standardowe pytanie, chodzi o bezpieczeństwo pacjenta, który może być potencjalnym samobójcą. Miałam ze sobą swoje leki, ale musiałam je zostawić w dyżurce, co też mnie trochę zdziwiło, bo nie wiedziałam, że pobyt w szpitalu wiąże się ze zmianą leków. No i kolejne pewne zaskoczenie, że mogę być w swoim ubraniu, bo w końcu to nie ogólny szpital, gdzie głównie się leży. Trafiłam do sali z kilkoma kobietami raczej starszymi ode mnie i jedną dziewczyną w podobnym wieku, ale roszada była dość spora i po pewnym czasie dochodziły nowe osoby, a inne wypisywano. Zamiast łóżek szpitalnych były nieduże tapczaniki, oprócz sali obserwacyjnej, którą miałam jeszcze w przyszłości poznać. Co mnie jeszcze zaskoczyło? Palarnia, no bo jak, palenie papierosów na oddziale szpitalnym, brak możliwości zamknięcia się w toalecie, kąpiele w kilka osób, bo wtedy można było zamknąć drzwi od środka, i chyba też spora świetlica z telewizorem, która była też jadalnią. Jeszcze zaskoczyło mnie pierwsze spotkanie z pewną pacjentką, która opowiadała mi, że jest w ciąży mnogiej i rzucił ją przez to chłopak. Oczywiście jej uwierzyłam, ale potem dowiedziałam się, że to tylko jej urojenia, bo ma ciężką schizofrenię. Odtąd już trochę ostrożniej podchodziłam do tego co mówią nowo poznane osoby. Pierwszego dnia nie było tak źle, przynajmniej do wieczora, owszem czułam się wyobcowana, ale sądziłam, że to minie. Niestety pod wieczór rozsypałam się zupełnie i nie mogłam się pozbierać, leżałam tylko na łóżku i płakałam, nie byłam w stanie nawet zjeść kolacji. Nie dlatego cierpiałam, że było tak koszmarnie, było bowiem wręcz przeciwnie , sporo serdecznych osób kręciło się wokół mnie. Nawet lekarz, który przyszedł dość późno na oddział, chyba miał jakiś nocny dyżur, uspokoił mnie , że dostanę na razie coś na spanie, a następnego dnia ustawi mi leczenie. Ale ja miałam wtedy niesamowity problem z nocowaniem poza domem, co wiązało się z tą nieszczęsną wycieczką nad morze w liceum, a na dodatek byłam sama jak palec, bez żadnej bliskiej osoby. Inne panie pocieszały mnie, że przyzwyczaję się, że to chwilowe, ale ja myślałam tylko o jakimś sposobie ucieczki, bo już zaczynało się za mną dziać to, co wtedy, parę lat wcześniej. Niby oddalenie od domu było nieduże, ale jak dla mnie widać wystarczające. Postanowiłam, że to moja pierwsza i ostatnia noc w tym i w ogóle, jakimkolwiek szpitalu.

Poszukiwania właściwego lekarza.

Jak już jakiś czas temu pisałam, moja pierwsza pani doktor z Poradni Zdrowia Psychicznego przestała przyjmować w tejże i nie miałam pojęcia, czy w ogóle gdzieś przyjmuje. Chodziły słuchy, że przebywała na jakimś urlopie zdrowotnym, a potem zrobiło się o niej cicho. Wybrałam więc nowego lekarza, młodą panią doktor, która na dzień dobry zaproponowała mi pobyt w szpitalu, żeby tak właściwie zobaczyć co mi jest. Miałam wtedy diagnozę – schizofrenia paranoidalna -i chyba raczej doktor nie wierzyła, że to właśnie mi dolega. Ja po prawdzie też nie wierzyłam, choć wtedy za bardzo się na tym nie znałam. Teraz po latach widzę, że to była raczej diagnoza na wyrost, bo ja nie przypominam sobie, żebym miała objawy pozytywne typowe dla schizofrenii czyli urojenia i omamy. Zadzwoniłam do mojej pierwszej lekarki w tej sprawie i ona nie widziała konieczności szpitala. Ja się jednak zdecydowałam, gdyż przekonała mnie do tego możliwość zrobienia podstawowych badań zlecanych przez psychiatrów i byłam sama ciekawa, jaką diagnozę mi postawią. O moich pobytach w szpitalu, bo nie był to jeden pobyt, napiszę kiedy indziej, teraz tylko dodam, że otrzymałam wtedy diagnozę pod tytułem – zaburzenia schizotypowe. Do tego miałam dopisaną osobowość schizoidalną. Dostałam też w końcu nowy neuroleptyk, bo już moja sytuacja z krwią po poprzednim leku się ustabilizowała. Po pewnym czasie zmieniłam lekarza, tym razem na mężczyznę, już dokładnie nie pamiętam dlaczego, chyba moja lekarka była na macierzyńskim. Po jakimś czasie kolejna zmiana, na kolejną kobietę. Prawdopodobnie mój poprzedni lekarz przestał przyjmować w poradni. Tak się to niestety układało, że trochę tych zmian było, nie z mojej winy. W międzyczasie nastąpiła też zmiana diagnozy na tę obecną czyli zaburzenia schizoafektywne, typ depresyjny. Gdy już mi się wydawało, że mam ustalonego lekarza i leki, niestety poradnia przeszła całkowitą przemianę i zostało tylko dwoje lekarzy. Musiałam wybrać jednego, więc wybrałam lekarkę, którą już trochę znałam. Zaczął się problem z leczeniem, bo okazało się, że lek, który super mi służył wywołał u mnie hiperprolaktynemię, co wiązało się z brakiem miesiączki i fatalnym samopoczuciem. Doktor nie za bardzo widziała rozwiązanie tego problemu, poza odstawieniem mi neuroleptyku. To jednak nie bardzo zadziałało, bo chociaż normalnie miesiączkowałam, to byłam strasznie agresywna słownie, nastrój mi się zmieniał z godziny na godzinę i miałam myśli samobójcze. Nie zastanawiałam się więc dłużej i postanowiłam tym razem spróbować udać się na leczenie prywatne, tym bardziej, że znowu miałam zmienioną diagnozę tym razem na taką, której nie akceptowałam. Już wcześniej bywałam na wizytach prywatnych, gdy były trudności w dostaniu się do poradni, ale to były pojedyncze przypadki. Tym razem na stałe przeniosłam się do prywatnego gabinetu i muszę przyznać, że to był dobry ruch. Pani doktor, za moją małą sugestią, dobrała mi neuroleptyk, który nie ma skutków ubocznych w moim odczuciu oczywiście. Może dla wielu osób byłby on nie do przyjęcia, ale dla mnie jest dobry. Ważne jest dla mnie to, że mój lekarz mnie słucha i nie traktuje jak zło konieczne. Często bierze pod uwagę moje sugestie co do sposobu leczenia. Oczywiście wizyty takie wiążą się z kosztami, ale na razie wytrzymuję finansowo. W końcu coś za coś. Do poradni, przynajmniej teraz, nie wrócę, chyba że mój stan zdrowia ustabilizuje się na tyle, że będę potrzebować tylko recepty na leki. Właściwie teraz tylko od tego poradnia jest, na dodatek trudno się dostać, rejestrować trzeba się dużo wcześniej. Nie wiem czy nie było lepiej, gdy co prawda trzeba było bardzo wcześnie wstać, ale była możliwość nawet cotygodniowej wizyty, bo rejestracja była na ten sam dzień. Na razie cieszę się z tego, że mam zaufanego lekarza i, dopóki środki finansowe pozwolą, nie zamierzam z niego rezygnować.