Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

lęk przed nieznanym

Podróżowanie to nie taka prosta sprawa.

Wkurzona jestem na siebie, jak nie wiem co. Ale może zacznę od początku. Otóż jednym z moich marzeń jest podróżowanie i zwiedzanie wszystkiego, co się da. Mam coś takiego we krwi. Może to taka tęsknota za światem innym niż moja rodzinna miejscowość? Jako dziecko prawie nigdzie nie wyjeżdżałam, nie licząc wycieczek szkolnych. W sumie to pamiętam tylko jakiś kilkudniowy wyjazd do Karpacza, zorganizowany chyba tylko dlatego, że moja mama miała tam rodzinę. Czasem były jakieś plany, ale wtedy pojawiały się dwa argumenty na nie – brak funduszy(choć tak do końca nie był to powód, bo w skrajnej nędzy nie żyliśmy i zamiast na lepsze jedzenie można było przeznaczyć część oszczędności na podróże) i argument pod wiele mówiącym tytułem „Po co?”. Moja babcia, która z nami mieszkała uważała, że skoro mieszkamy na wsi, mamy rzekę blisko i las, to powinno nam wystarczyć i nie ma po co się pchać gdzieś dalej. Takie zaściankowe myślenie. Nie byłam ani razu na koloniach, nie podróżowałam ze znajomymi, właściwie nie miałam żadnego, własnego, wyjazdowego życia. Nawet nie mogę sobie przypomnieć, czy już wówczas ciągnęło mnie w świat, bo przecież nie miałam żadnych doświadczeń, a jak wiadomo „Czego oczy nie widzą…”Ale dorosłam i coś zaczęło mnie pchać w szeroki świat. Tyle, że wtedy właśnie wydarzyła się ta nieszczęsna wycieczka szkolna, o której pisałam dawno temu, gdzie dopadło mnie załamanie nerwowe, a po powrocie już na dobre się rozchorowałam. Od tamtej pory myśl o jakimkolwiek podróżowaniu na dobrze wywietrzała mi z głowy, bo właśnie ową wycieczkę winiłam za wszystkie moje problemy. Ale minęły lata, zaburzenia powoli zaczęły się uspokajać(oczywiście o tyle, o ileto możliwe) i zamarzyłam na powrót o wyprawach. Oczywiście nie wyobrażałam sobie, że miałabym jechać gdziekolwiek sama, więc namawiałam tatę, aby mi towarzyszył. I dzięki temu udało nam się coś zobaczyć, głównie bywały to wyjazdy na ważne wystawy do stolicy regionu. W ten sposób spełniałam też marzenia taty, bo nie miał on okazji bywać za młodu. Muszę też koniecznie dodać, że bardzo wiele zyskałam dzięki uczęszczaniu na zajęcia do ośrodka wsparcia dla osób z moimi problemami, bo również były tam organizowane wycieczki. Początkowo nie jeździłam z wszystkimi, ale przełamałam się i nie żałowałam. W grupie nie czułam się źle, dawałam sobie radę. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wyjazd za granicę. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat, a pierwszy raz dane mi było zobaczyć obcy kraj.

Teraz jeżdżę czasem gdzieś z ojcem, czasem bierzemy mojego chłopaka, chociaż on się za bardzo do zwiedzania nie garnie. Dzięki tacie przestałam bać się pociągów i uwielbiam nimi podróżować. Kiedyś, na początku choroby, bałam się, że rzucę się pod pociąg i zawsze stałam daleko od peronu. Na szczęście, ten lęk minął. Obecnie obojętny mi jest środek transportu, może obawiam się samolotu, ale właściwie to nigdy nie leciałam, więc nie wiem, jak to by było. Jak się to wszystko ma do dzisiejszego stwierdzenia, że jestem na siebie zła? No właśnie ma się i to bardzo, bo ostatnio, po ukończeniu terapii, postanowiłam rzucić się, jak dla mnie, na głębszą wodę. Czyli wyjechać gdzieś sama. Ale jako przetarcie chciałam wybrać się gdzieś z chłopakiem, gdyby miał urlop. I właśnie dostał niedawno 3 dni wolnego, a z naszej wycieczki nic nie wyszło. Dlaczego? Bo nie miałam planu, a żeby wyruszyć na zwiedzanie potrzebuję absolutnie koniecznie posiadać plan, poprzeglądać mapy, poczytać o miejscu, do którego jedziemy itp. I najważniejsze – przygotować się psychicznie, a to zajmuje mi parę dni. Urlop chłopaka był niespodziewany, więc nic nie przygotowałam i zostaliśmy w domu. To moje planowanie doprowadza mnie czasem do szału, bo dużo przez to tracę, ale ja po prostu nie umiem inaczej i już. Możliwe, że wiąże się to jakoś z moimi zaburzeniami obsesyjno – kompulsyjnymi, które dopadają mnie od czasu do czasu i potrafią trwać długo (mój pierwszy epizod trwał rok). Nie jestem spontaniczna, jeśli chodzi o podróże, nawet jeśli ma to być tylko parogodzinny wyjazd. Dodatkowo jakieś lęki mnie dopadły i od razu dołek i to też powodowało, że nici z wycieczki. Ale ja uparta jestem i nie poddam się bez walki. Postanowiłam, że robię sobie pomalutku plany na wypadek kolejnego urlopu, nawet gdyby miał być niespodziewany. Nawet myślę o jakmś dłuższym wyjeździe, na początku mogą być 2 lub 3 dni (wiem wiem, szału nie ma), gdzie w grę wchodziłby oczywiście nocleg. Czyli jak dla mnie totalny odlot, bo nie umiem spać poza własnymi czterema ścianami. Czasem w domu posiłkuję się tabletką nasenną albo środkiem na uspokojenie, a co dopiero byłoby w obcym miejscu. Już widzę, jak dostaję ataku paniki, zrywam o 3 nad ranem chłopaka i zmuszam go do powrotu. Nie mam pojęcia też, jak zniosłabym oddalenie, nawet nieduże od miejsca zamieszkania. Co prawda jechałabym z najbliższą mi osobą, ale jestem trochę jak kot, co do miejsca się przywiązuje. Głupio by było jechać na zwiedzanie, a zamiast tego przesiedzieć 2 dni w jakimś obcym pokoju, płacząc i jęcząc, z depresją i lękiem w głowie. Ale, prawdę powiedziawszy, mam to gdzieś, co będzie. Po prostu chcę zorganizować taki wyjazd i go zorganizuję, choćbym miała potem paść. I jeszcze jedno – po świętach postaram się wybrać sama do pobliskiego miasteczka. Nie będę ciągnąć nikogo ze sobą, bo to ma być taki test dla mnie. W razie czego, gdybym się gorzej poczuła, to ja będę miała problem ze sobą, a nie inna osoba ze mną. Chcę spełniać swoje marzenia, myślę, że powoli przychodzi na to czas. Nie mogę się już cofnąć, mogę tylko iść naprzód. Zacznę od takiego małego kroku, może przyjdzie i pora na większe, np. wyjazd na 2 tygodnie lub pobyt w ośrodku rehabilitacyjnym poza domem? Chociaż dla mnie nawet nieduże  kroki są jak te milowe. Milowymi krokami zmierzam więc ku nieznanemu.

Ślepy los zawarty w dwóch kartkach papieru.

Nastrój u mnie nawet w porządku, więc czas na kolejny wpis, który będzie dotyczył kolejnej wizyty terapeutycznej. Tym razem na początku sesji wspomniałam o moim zadaniu domowym, które polegało na tym, iż dostałam dwie małe kartki złożone na kilka części i miały mi one pomóc w podjęciu decyzji w jakiejś mało ważnej sprawie. Często mam problemy właśnie zpodejmowaniem decyzji, nieraz długo się zastanawiam, co powinnam zrobić w danej sytuacji, więc to zadanie było jakby wymarzone dla mnie. Ale pomyliłam się co do siebie. Myślałam, że nie będę miała problemu ze zrzuceniem odpowiedzialności na ślepy los w nie bardzo ważnej kwestii, a tu jednak zaskoczenie. Zdarzało się tak, że już zabierałam się do wylosowania którejś karteczki, aby zobaczyć, co jest na niej napisane i postąpić zgodnie ze wskazówką, ale po chwili dochodziłam do wniosku, że wolę sama podjąć decyzję, nawet jeśli będę musiałam nie wiem jak długo myśleć nad nią. Taka już jestem, taka moja natura. Może trochę przestraszyłam się faktu, że w razie losowania musiałabym, a przynajmniej powinnam się postarać, postąpić zgodnie z wytycznymi i nie zaglądać do drugiej karteczki. Zastanawiałam się, co pan Paweł powie o mojej decyzji, byłam tego bardzo ciekawa. I właściwie to trochę obawiałam się tego, że jednak może powinnam była zrobić to zadanie? Ale niepotrzebnie się niepokoiłam, bo właściwie to było takie zadanie trochę na sprawdzenie mnie i każde jego wykonanie czy też niewykonanie nie miało tu za bardzo nic do rzeczy. Okazało się po prostu, że ja nie potrafię zdać się na coś lub kogoś w podejmowaniu decyzji, że jestem samowystarczalna. Dobrze to czy źle – nie wiem, ale chyba odpowiada mi taka moja postawa, bo biorę całkowitą odpowiedzialność za swoje decyzje i swoje postępowanie. Nie chciałabym, aby ktokolwiek za mnie decydował. Zresztą możliwe, że gdybym nawet skusiła się na którąś z karteczek zadaniowych, to żałowałabym, że to właśnie ją wybrałam i pewnie chciałabym zajrzeć co tam jest w drugiej. I możliwe, że byłabym w tym samym miejscu, co na początku, a decyzja dalej nie zostałaby podjęta. Ślepy los to jednak nie moja bajka i wolę z niego nie korzystać. Tylko co by tu zrobić, żeby nie głowić się tak ciągle nad każdą decyzją, którą mam do podjęcia? Czasem już mam dosyć tej mojej asekuracyjnej postawy i ciągłego zastanawiania się, bo tyle czasu przez to tracę. A nieraz są to naprawdę niepozorne sprawy, które nie wymagają nie wiadomo jakich przemyśleń. Ależ ze mnie ostrożna osoba. Może jednak ma to i swoje plusy, bo rzadko żałuję decyzji powziętych po długich przemyśleniach, a częściej – tych podjętych w miarę szybko, jeśli się oczywiście zdarzą, co nie jest częste. Myślę sobie, że być może kiedyś zrobię się troszkę bardziej otwarta na nowe i odważniejsza, a na razie nie ma co narzekać, bo nie jest tak tragicznie. A karteczki dalej u mnie leżą na półce nie otwierane i nawet mnie nie ciekawi, co w nich jest. Może będą tak leżeć jeszcze długo, a być może spróbuję je za jakiś czas wypróbować lub po prostu zobaczę tylko, co w nich stoi.

No i zdążyłam tylko o tym zadaniu napisać, bo czas mnie trochę gonił. Pewnie następnym razem zabiorę się do opisania całej wizyty, bo dużo mi ona dała. Chyba zresztą jak każda, bo inaczej już dawno zaniechałabym terapii.

Ciekawe zadanie domowe i lęk przed nieznanym czyli jakie straszne może być jabłko.

Powracam dziś do mojego wątku terapeutycznego, bo i najwyższy czas na to i trochę lepiej się już czuję. Wydaje mi się, że opisując moją poprzednią sesję z panem Pawłem nie wspomniałam o dodatkowym zadaniu domowym, które dostałam na zakończenie spotkania. Polegało ono na wpisywaniu do zeszytu, który miałam sobie założyć, tego, co było dobre w danym dniu. Zasada była taka, że przede wszystkim miał to być „dobry dzień”, to znaczy taki, podczas którego zdarzyła się chociaż jedna dobra rzecz i miały miejsce jakieś miłe chwile. Co prawda ja sobie inaczej wyobrażam „dobry dzień”, ale moje wyobrażenia nie mogły się pokrywać z rzeczywistością, ponieważ wtedy żadnego dnia nie uznałabym za „dobry”. Przecież nie ma dni idealnych, więc należy cieszyć się nawet niewielką liczbą przyjemnych chwil, które się zdarzają. Takie było założenie tego zadania. Wydawało mi się ono na początku trudne i nie wiedziałam, jak sobie z nim poradzę i czy w ogóle sobie z nim poradzę. Dodatkowym utrudnieniem(a może to ułatwienie?) było zapisanie na początek kilku albo i kilkunastu kategorii, pod którymi miałam zapisywać te dobre chwile i nie tylko chwile. Ja miałam pomysł na kilka i wyglądały one następująco: „Udało mi się”, które później zmieniłam na „Osiągnięcia”, „Rodzice”, „Mój chłopak”, „Znajomi”, „My” czyli ja i mój ukochany, „Ja”, „Imprezy”, „Czas wolny”, „Lekarze” i „Umiejętności”. A więc nie było tych kategorii wcale tak mało, chociaż do niektórych dodałam zaledwie jeden wpis. Zauważyłam po pewnym czasie, że szczególnie bogata zaczyna mi się robić kategoria „ Osiągnięcia”, co mnie bardzo cieszyło, bo świadczyło o tym, że coraz więcej mogę. Dodawałam też do każdego, no prawie, wpisu jakieś „ale”, bo takie też było założenie tego zadania. Pisałam np. „Lubię Izę, to sympatyczna dziewczyna, chociaż czasem jej nie rozumiem”. Miało to pokazać, że nie wszystko może mi się podoba u siebie i u innych, ale jednocześnie mi to nie przeszkadza na tyle, na ile mogłoby ewentualnie w przeszłości przeszkadzać. Spodobało mi się to moje zapisywanie na tyle, że codziennie starałam się coś dodać, mimo że nieraz bywało trudno. Po pewnym czasie miałam też dodawać małe rysunki do każdego zapisanego zdania. Głównym celem tego zadania było jakby pocieszenie mnie, gdy nadejdą złe chwile. Miałam wtedy usiąść i czytać po kolei, to co napisałam, aby unaocznić sobie, że nie zawsze jest źle i tego należy się trzymać. Prawdę powiedziawszy nie sądziłam, że będę zmuszona „pocieszać” się w ten sposób, ale podczas ostatniego załamania, o którym pisałam poprzednio, postanowiłam spróbować. Czy pomogło? Nie bardzo, sądzę, że to dobra metoda na mniejsze kryzysy, a ja miałam za duży dół, aby cokolwiek mogło mnie pocieszyć. Szczerze mówiąc od jakiegoś czasu zerwałam z tymi zapiskami, bo doszłam do wniosku, że mam jednak w głowie pamięć o tych pozytywnych momentach i nie potrzebuję więcej utrwalać ich na papierze. A może nie mam racji i takie małe dodatkowe przypomnienie jest mi potrzebne? Muszę się nad tym zastanowić i chyba jednak powrócić do tego zadania na powrót.

Rozpisałam się, a jeszcze nie wspomniałam nic o kolejnej wizycie u mojego terapeuty, która zresztą już jakiś czas temu się odbyła. Nie ma zbyt wiele do opisania, ale coś tam jednak się znajdzie. Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy m.in. o różnicach między mądrością a inteligencją. Bywało tak w moim życiu, że uważałam się za osobę głupią i tak też o sobie mówiłam, na szczęście to już minęło, mam nadzieję na dobre. Mylą mi się te dwa pojęcia, ale ogólnie tak sobie myślę, że jestem dość inteligentna i dość mądra. Pewnie nie dorównam profesorom czy nawet magistrom, ale czy muszę? Jestem po prostu sobą i dobrze mi z tym, ile wiem. A jeśli czegoś nie wiem, to często czytam sobie co nieco, tak dla siebie, bo nauka mnie pasjonuje. W każdym razie zauważyłam u siebie taką zaletę, że praktycznie z każdym potrafię się porozumieć, nie ważne, czy to jest osoba z niepełnosprawnością intelektualną czy wybitnie uczona. A nie wszyscy chyba mają taki dar. Dosyć tych przechwałek. Z tego, co jeszcze pamiętam, pan Paweł puścił mi jeszcze wtedy kilka nagrań z komputera pewnego człowieka, którego albo zna, albo podziwia, nie jestem pewna. Wiele tam było mądrych słów, aż się nie mogłam w tym wszystkim ogarnąć i trochę potrzebowałam tłumaczenia „z polskiego na nasze”. Za dużo jak dla mnie było tych mądrości jak na jeden raz. Czy coś zachowałam w pamięci? W sumie tylko jedno – nie mówię już „Udało mi się” tylko „Osiągnęłam”, bo przecież wszystko jest u mnie poprzedzone ciężką pracą i nic nie przychodzi samo. Staram się więc siebie docenić, a nie coś niezależnego ode mnie.  Trochę, a nawet nie tylko trochę rozmawialiśmy jak zwykle o moim lęku. Tym razem miałam takie małe zadanie, które okazało się dla mnie bardzo trudne do wykonania. Miało ono w sobie już pewien aspekt maturalny, chociaż nie sprawdzało mojej wiedzy. Dostałam od pana Pawła kawałek złożonej kartki, na której było coś napisane albo narysowane. I moje zadanie polegało na tym, jak się teraz zachowam, otworzę kartkę i zobaczę, co jest w środku czy nie. W sumie powinna mnie zżerać ciekawość, ale gdzie tam. Zaczęłam się po prostu bać, bo zaraz przyszły mi do głowy myśli, że tam może być napisane coś, co mnie zrani. I już nie byłam ciekawa, wolałam nie otwierać kartki i pozostać w błogiej nieświadomości. Oczywiście były jeszcze dwie możliwości, przecież mogłam trafić na coś miłego albo neutralnego, ale lęk był już na tyle silny, że najchętniej podarłabym ten skrawek papieru i wyrzuciła do kosza. Czy tak samo będzie na maturze, jeśli już odważę się wejść do sali? Usiądę w ławce, dostanę materiały i nawet ich nie otworzę, bo się przestraszę? Nieciekawa perspektywa. Tym razem nie byłam w stanie podjąć decyzji i stwierdziłam, że nie jestem zainteresowana, więc pan Paweł kazał mi zobaczyć, co jest w środku. I zobaczyłam…jabłko. Czyli jak najbardziej neutralny rysunek. Lęk oczywiście od razu minął. Jednak zdałam sobie sprawę, ile przez niego tracę. Nie robię czegoś, nie rozmawiam z kimś, często nie potrafię podjąć ważnej decyzji, bo strach mi przeszkadza. A może się okazać, że jeśli podjęłabym jakąś próbę i zrobiła coś mimo lęku, to byłoby z korzyścią dla mnie. Ale nie jest łatwo przełamać lęk, on jest jak łańcuch, na którym jestem przypięta i nie mogę się z niego zerwać. Ten łańcuch musi najpierw popękać albo ktoś musi go przepiłować, abym mogła się uwolnić. Czy to kiedykolwiek nastąpi?

Jeszcze jedna kwestia – na koniec wizyty dostałam dwie kartki złożone w kosteczkę, które miały mi pomóc w podjęciu mało ważnej decyzji, gdybym musiała takową podjąć, a nie wiedziałabym, co robić. Te kartki leżą u mnie na półce do dzisiaj, oczywiście nie otwarte, bo nie jestem w stanie oddać w czyjeś ręce moich, nawet najbłahszych decyzji. Dobrze to, czy źle – o tym być może w następnym wpisie.