Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

Lęk

Podróżowanie to nie taka prosta sprawa.

Wkurzona jestem na siebie, jak nie wiem co. Ale może zacznę od początku. Otóż jednym z moich marzeń jest podróżowanie i zwiedzanie wszystkiego, co się da. Mam coś takiego we krwi. Może to taka tęsknota za światem innym niż moja rodzinna miejscowość? Jako dziecko prawie nigdzie nie wyjeżdżałam, nie licząc wycieczek szkolnych. W sumie to pamiętam tylko jakiś kilkudniowy wyjazd do Karpacza, zorganizowany chyba tylko dlatego, że moja mama miała tam rodzinę. Czasem były jakieś plany, ale wtedy pojawiały się dwa argumenty na nie – brak funduszy(choć tak do końca nie był to powód, bo w skrajnej nędzy nie żyliśmy i zamiast na lepsze jedzenie można było przeznaczyć część oszczędności na podróże) i argument pod wiele mówiącym tytułem „Po co?”. Moja babcia, która z nami mieszkała uważała, że skoro mieszkamy na wsi, mamy rzekę blisko i las, to powinno nam wystarczyć i nie ma po co się pchać gdzieś dalej. Takie zaściankowe myślenie. Nie byłam ani razu na koloniach, nie podróżowałam ze znajomymi, właściwie nie miałam żadnego, własnego, wyjazdowego życia. Nawet nie mogę sobie przypomnieć, czy już wówczas ciągnęło mnie w świat, bo przecież nie miałam żadnych doświadczeń, a jak wiadomo „Czego oczy nie widzą…”Ale dorosłam i coś zaczęło mnie pchać w szeroki świat. Tyle, że wtedy właśnie wydarzyła się ta nieszczęsna wycieczka szkolna, o której pisałam dawno temu, gdzie dopadło mnie załamanie nerwowe, a po powrocie już na dobre się rozchorowałam. Od tamtej pory myśl o jakimkolwiek podróżowaniu na dobrze wywietrzała mi z głowy, bo właśnie ową wycieczkę winiłam za wszystkie moje problemy. Ale minęły lata, zaburzenia powoli zaczęły się uspokajać(oczywiście o tyle, o ileto możliwe) i zamarzyłam na powrót o wyprawach. Oczywiście nie wyobrażałam sobie, że miałabym jechać gdziekolwiek sama, więc namawiałam tatę, aby mi towarzyszył. I dzięki temu udało nam się coś zobaczyć, głównie bywały to wyjazdy na ważne wystawy do stolicy regionu. W ten sposób spełniałam też marzenia taty, bo nie miał on okazji bywać za młodu. Muszę też koniecznie dodać, że bardzo wiele zyskałam dzięki uczęszczaniu na zajęcia do ośrodka wsparcia dla osób z moimi problemami, bo również były tam organizowane wycieczki. Początkowo nie jeździłam z wszystkimi, ale przełamałam się i nie żałowałam. W grupie nie czułam się źle, dawałam sobie radę. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wyjazd za granicę. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat, a pierwszy raz dane mi było zobaczyć obcy kraj.

Teraz jeżdżę czasem gdzieś z ojcem, czasem bierzemy mojego chłopaka, chociaż on się za bardzo do zwiedzania nie garnie. Dzięki tacie przestałam bać się pociągów i uwielbiam nimi podróżować. Kiedyś, na początku choroby, bałam się, że rzucę się pod pociąg i zawsze stałam daleko od peronu. Na szczęście, ten lęk minął. Obecnie obojętny mi jest środek transportu, może obawiam się samolotu, ale właściwie to nigdy nie leciałam, więc nie wiem, jak to by było. Jak się to wszystko ma do dzisiejszego stwierdzenia, że jestem na siebie zła? No właśnie ma się i to bardzo, bo ostatnio, po ukończeniu terapii, postanowiłam rzucić się, jak dla mnie, na głębszą wodę. Czyli wyjechać gdzieś sama. Ale jako przetarcie chciałam wybrać się gdzieś z chłopakiem, gdyby miał urlop. I właśnie dostał niedawno 3 dni wolnego, a z naszej wycieczki nic nie wyszło. Dlaczego? Bo nie miałam planu, a żeby wyruszyć na zwiedzanie potrzebuję absolutnie koniecznie posiadać plan, poprzeglądać mapy, poczytać o miejscu, do którego jedziemy itp. I najważniejsze – przygotować się psychicznie, a to zajmuje mi parę dni. Urlop chłopaka był niespodziewany, więc nic nie przygotowałam i zostaliśmy w domu. To moje planowanie doprowadza mnie czasem do szału, bo dużo przez to tracę, ale ja po prostu nie umiem inaczej i już. Możliwe, że wiąże się to jakoś z moimi zaburzeniami obsesyjno – kompulsyjnymi, które dopadają mnie od czasu do czasu i potrafią trwać długo (mój pierwszy epizod trwał rok). Nie jestem spontaniczna, jeśli chodzi o podróże, nawet jeśli ma to być tylko parogodzinny wyjazd. Dodatkowo jakieś lęki mnie dopadły i od razu dołek i to też powodowało, że nici z wycieczki. Ale ja uparta jestem i nie poddam się bez walki. Postanowiłam, że robię sobie pomalutku plany na wypadek kolejnego urlopu, nawet gdyby miał być niespodziewany. Nawet myślę o jakmś dłuższym wyjeździe, na początku mogą być 2 lub 3 dni (wiem wiem, szału nie ma), gdzie w grę wchodziłby oczywiście nocleg. Czyli jak dla mnie totalny odlot, bo nie umiem spać poza własnymi czterema ścianami. Czasem w domu posiłkuję się tabletką nasenną albo środkiem na uspokojenie, a co dopiero byłoby w obcym miejscu. Już widzę, jak dostaję ataku paniki, zrywam o 3 nad ranem chłopaka i zmuszam go do powrotu. Nie mam pojęcia też, jak zniosłabym oddalenie, nawet nieduże od miejsca zamieszkania. Co prawda jechałabym z najbliższą mi osobą, ale jestem trochę jak kot, co do miejsca się przywiązuje. Głupio by było jechać na zwiedzanie, a zamiast tego przesiedzieć 2 dni w jakimś obcym pokoju, płacząc i jęcząc, z depresją i lękiem w głowie. Ale, prawdę powiedziawszy, mam to gdzieś, co będzie. Po prostu chcę zorganizować taki wyjazd i go zorganizuję, choćbym miała potem paść. I jeszcze jedno – po świętach postaram się wybrać sama do pobliskiego miasteczka. Nie będę ciągnąć nikogo ze sobą, bo to ma być taki test dla mnie. W razie czego, gdybym się gorzej poczuła, to ja będę miała problem ze sobą, a nie inna osoba ze mną. Chcę spełniać swoje marzenia, myślę, że powoli przychodzi na to czas. Nie mogę się już cofnąć, mogę tylko iść naprzód. Zacznę od takiego małego kroku, może przyjdzie i pora na większe, np. wyjazd na 2 tygodnie lub pobyt w ośrodku rehabilitacyjnym poza domem? Chociaż dla mnie nawet nieduże  kroki są jak te milowe. Milowymi krokami zmierzam więc ku nieznanemu.

Przesilenie wiosenne czyli lęk i depresja powracają.

Zastanawiałam się ostatnio, jakby ująć to, jak jeszcze niedawno się czułam. I doszłam do wniosku, że najlepsze są najprostsze metody, czyli napiszę prosto i szczerze ( a czy ja kiedykolwiek piszę inaczej?). Jakiś czas temu w moim życiu doszło do kilku bardzo ważnych zmian i są to zmiany jak najbardziej na lepsze. Załatwiłam sprawę, która była dla mnie priorytetem, mój ukochany kupił, wraz z rodzicami, mieszkanie, które wynajmowaliśmy od kilku lat i już się nawet zameldował, więc może teraz i mnie zapisać. Spełniło się więc jedno z moich marzeń, które wydawało mi się raczej nierealne, a dotyczyło przeniesienia się na stałe do miasta. Po za tym mój chłopak dostał umowę o pracę na czas nieokreślony, co daje nam dużą stabilizację. „Nic, tylko się cieszyć”- powie ktoś i będzie miał rację. I ja się cieszę, a przynajmniej cieszyłam, bo to radosne wydarzenia. Tylko, że moja radość specyficznie się objawia. Nawet bardzo specyficznie, ponieważ trwa ona dość krótko, a potem zaczyna się odchorowywanie sukcesów. Przynajmniej do tej pory tak myślałam. Ale już nie jestem tego pewna, bo akurat te sukcesy zbiegły się w czasie z przesileniem pór roku i bardzo wyraźnie mój organizm czuje już wiosnę. A wiosna to nieciekawy okres dla mnie i moich przyjaciół, najprościej mówiąc taka równia pochyła, gdy wszystko leci na łeb, na szyję, a przede wszystkim nastrój. Ostatnio czułam się więc podle, ale nie umiem do końca powiedzieć, czy ma to związek z wiosną czy z moimi sukcesami, więc biorę pod uwagę te dwie możliwości. Swoją drogą miałam taką cichutką nadzieję, że terapia spowoduje u mnie zahamowanie procesu rozsypywania się na styku pór roku, ale, jak widać, pomyliłam się. Zresztą mogłabym też darować sobie odchorowywanie tego, co dobre w moim życiu, ale i tu zawiodłam siebie, a raczej moja psychika mnie zawiodła. Albo moje emocje. „Depresjo, witaj w domu!”-mogłabym zawołać i nie byłaby to przesada. Co się więc takiego ze mną działo i jeszcze nieraz mnie dopada? Już donoszę. Żeby nie zapomnieć – ominęły mnie myśli samobójcze, a to zawsze coś na plus w tej sytuacji. Zaczęło się od tego, że bałam się położyć wieczorem do łóżka i najchętniej siedziałabym pół nocy. Nie umiem powiedzieć, z czego to wynikało, czy bałam się zasnąć, czy może śnić. Nie miałam mimo wszystko jakiś większych problemów ze snem, gdy już się położyłam, wręcz przeciwnie – spałam dużo i intensywnie śniłam, co sprawiało, że rano nie mogłam się dobudzić i leżałam długo, nie mogąc wstać. Zresztą problemy ze wstawaniem mam od wielu lat i  jest to związane również z lekami, jakie przyjmuję, chociaż nie są one wybitnie nasenne. Gdy już udawało mi się podnieść z łóżka, miałam tak złe samopoczucie, że wrogowi bym nie życzyła. Dopadał mnie lęk, lekka panika, płaczliwość (sama nie miałam pojęcia dlaczego płaczę) i jakaś nieokreślona tęsknota za czymś, jakby czekanie na coś, co może nigdy nie nastąpi. Co ciekawe, w takich momentach pojawiała się u mnie zawsze myśl o mamie, ale nie tym razem, więc mniemam, że okres mojej żałoby być może się już skończył. Nastrój miałam jednostajny i gdybym tylko miała ochotę przeglądać się w lustrze, pewnie zobaczyłabym tam nieruchomą twarz bez wyrazu i puste, zgaszone oczy. Noi oczywiście dopadł mnie smutek i okropne przygnębienie, w sumie wręcz rozpacz, która manifestowała się bólem psychicznym. Nienawidzę tego bólu, już wolałabym, żeby to był odruch ciała, a nie duszy. Nasiliły się też moje natręctwa, a już sądziłam, że poradziłam sobie z nimi. Dopadło mnie takie dziwne, niewytłumaczalne zmęczenie, czy może znużenie, chociaż teoretycznie nie miało prawa, bo nie napracowałam się. Ale sęk w tym, że istnieje też właśnie zmęczenie psychiczne, chociaż trudno powiedzieć, skąd się bierze i dlaczego się pojawia. Po prostu najmilszym dla mnie wtedy zajęciem jest siedzenie na fotelu i popijanie herbaty lub kawy, choć słowo „najmilszy” nie bardzo pasuje, lepiej napisać,że jest to jedyne znośne zajęcie, które nie sprawia bólu. Aktywność spada , niewiele się chce, muszę się mocno mobilizować, żeby zająć się czymś, choćby codziennymi czynnościami. Dobrze, że byłam w stanie jeść i myć się, ale jedzenie nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, wręcz potrafiłam się objadać podczas złego samopoczucia, szczególnie słodyczami. Po prostu zajadałam smutki. Tylko raz zdarzyło mi się nie jeść przez cały dzień, na początku choroby. Był to rodzaj buntu, gdyż mama wysyłała mnie jeszcze wtedy do szkoły, a ja za nic nie chciałam iść. Nie miałam też ostatnio najmniejszej ochoty wychodzić z domu, robiłam to naprawdę wyjątkowo, gdy już byłam ostatecznie zmuszona. Czyli nie było jeszcze aż tak źle, bo w przeciwnym razie wołami by mnie nie wyciągnięto. Ale zmusznie się do czegoś jest istną torturą w takim okresie obniżonego nastroju i napędu. Bo nawet jeśli coś zrobię, to nie czuję satysfakcji, tylko żal, niemoc i przykrość. Właśnie przykrość najlepiej opisuje wtedy stan uczuć, które w sobie mam. Coś, co robi się w innym wypadku automatycznie, staje się drogą przez mękę. Tak, jakby ktoś mi kazał wejść w ogień. Jednym z najbardziej przykrych objawów mojej depresji sezonowej jest brak zainteresowania tym, co do tej pory mnie cieszyło, a nawet pasjonowało. Mimo że zdaję sobie sprawę, że nie wydarzyło się nic takiego, co mogłoby spowodować znielubienie danej rzeczy czy czynności, to nie bardzo mam ochotę robić to, co wcześniej było dla mnie ważne. W ostatnich dniach nie poddawałam się jednak i nie rezygnowałam z ulubionych zajęć, ale prawie nic z tego nie wynosiłam, bo nie mogłam się skupić, męczyłam się szybko i wolałam wcisnąć się w ulubiony fotel. Dobrze, że nie doszło do sytuacji, jakie w przeszłości miały miejsce, zdarzało się bowiem i tak, że lubiane zajęcia sprawiały mi smutek, a nawet wręcz przykrość. To jest dopiero problem – kochasz coś, a nagle, któregoś dnia, nie możesz już na to patrzeć. I absolutnie nie chodzi tu o przesyt, bo po jakimś czasie wracałam do danych spraw i sprawiały mi one dalej taką samą przyjemność, jak przed załamaniem. Sprawą bardziej przykrą dla mojego partnera niż dla mnie była moja drażliwość, złośliwość i wściekanie się o byle co. Pewnie, że mi samej nie sprawiało to radości i nie chciałam się tak zachowywać, ale to były uczucia silniejsze od zdrowego rozsądku i nie potrafiłam nad nimi zapanować. Akurat mieliśmy spotkać się z bliskimi mojego chłopaka, a ja się do tego zupełnie nie nadawałam. Najgorsze było dla mnie to, że spóźnili się o parę godzin, a gdy ja mam nastrój do niczego, to nieraz planuję dany dzień, aby go tak całkiem nie przesiedzieć. Wkurzyłam się więc i wyszłam z domu, żeby ochłonąć. Co ciekawe, nawet miałam na to siłę. Gdy wróciłam, goście byli już na miejscu, więc przysiadłam się, żeby nie wyjść na nieuprzejmą. Ale zbyt przyjemna to raczej nie byłam, chociaż starałam się nie pokazywać  nieczego po sobie. Po prostu milczałam, a gdy już musiałam odpowiedzieć na pytanie, to robiłam to półsłówkami i zdawkowo. Podejrzewam też, że moja twarz wyrażała przeraźliwy smutek. Nie dziwię się też, że goście szybko się pożegnali i nawet kazali mi odpoczywać. W sumie to nie powinno dojść do tego spotkania, ale nie byłam do końca szczera wobec mojego chłopaka i nie mógł on wiedzieć, jak bardzo źle się czuję. Raczej już nie popełnię tego błędu, bo to niepotrzebne dobijanie samej siebie. W pewnych sytuacjach chcę tylko świętego spokoju, milczenia, wyobcowania i samotności, przynajmniej częściowej, bo inaczej potrafię być nieprzyjemna, łatwo mnie zdenerwować i mogę niepotrzebnie wybuchnąć. Dodatkowo muszę przyznać, niestety, że ostatnie wydarzenia nauczyły mnie jeszcze jednego – nie ma sensu zajmować się czymś na siłę, byle tylko zająć ręcę, bo może to wyłączy psychikę i emocje. W moim przypadku to nie działa – im bardziej staram się zająć czym innym, tym więcej myślę i tym bardziej dołuję siebie. Wolę po prostu usiąść, wypłakać się, wyżalić, a nie udawać, że wszystko jest w porządku.

Pesymistyczny ten wpis, ale na koniec dodam coś bardziej optymistycznego, bo i to mnie nie ominęło (tu kłaniają się przede wszystkim wieczory, które były znośne, poza tym lękiem przed snem). Przede wszystkim dotarło w końcu do mnie, jak bardzo potrzebuję mojego chłopaka. Poprzednimi razami zdarzało się, że wybierałam samotność, odtrącałam go, nie czułam potrzeby dzielenia z nim moich przeżyć, teraz natomiast, chyba po raz pierwszy w ogóle, tęskniłam za nim i pragnęłam jego obecności. I rzeczywiście ta obecność mi pomogła, poczułam ulgę, gdy mogłam skorzystać z ciepła jego rąk i ciepłego głosu. Mój Aniołek nareszcie, po tylu latach, zastąpił w moich myślach zmarłą mamę i niesamowicie mnie to cieszy. Myślę, że jego też. Mam nadzieję tylko, że nie uzależnię się od niego tak jak od niej byłam zależna. Nie powinno mi to grozić, bo dawniej byłam bezbronnym dzieckiem, a dziś czuję się silną kobietą, czasem jeszcze tylko zagubioną. Mimo tego załamania wiosennego zrozumiałam też jeszcze jedno – jednak lubię wiosnę. Cieszy mnie słońce, kwitnące kwiaty, ciepło, nie obawiam się już światła, a bywało, że przerażało mnie ono. Podejrzewam, że musiałam mieć pod tym względem jakieś urojenie.  Pamiętam swego czasu, jak wiele lat temu siedziałam na kanapie razem z tatą, płacząc i jęcząc, że nie chcę lata, bo ono jest najbardziej świetliste.Po prostu cieszę się małymi rzeczami. Oczywiście, że nie widzę pozytywów, gdy jestem w największym dole, ale gdy już się z niego wydrapię, doceniam to, co mnie ominęło. Myślę zresztą, że być może teraz już tak nie przeżywam pór roku, ich zmian, ale za wcześnie jest by się o tym przekonać, bo w końcu nie zakończyłam jeszcze procesu terapeutycznego. Ale wiem, że zanim podjęłam jakąkolwiek pracę nad sobą, załamania były gorsze i dłuższe. Teraz dalej są, tyle, że ja już powoli uczę się z nimi postępować. Marzę jednak o tym, by złe chwile odeszły na dobre i nie zaczajały się na mnie w najmniej przewidywalnym momencie. Na pewno nigdy ich nie zaakceptuję i będę dążyć z całych sił, aby przegnać je na cztery wiatry. Mała konkluzja na sam koniec – czy to takie ważne, z czego wynikało moje załamanie? Czy odchorowywałam sukcesy, czy początek wiosny? Ważne, że minęło. Nie wim, czy na dobre, ale taką mam nadzieję. Myślę, że przekonam się już niedługo.

„Przesuwanie” lęku.

Dawno już nie pisałam o mojej terapii, więc pora to nadrobić. Przede wszystkim muszę przyznać, że po terapii, o której parę wpisów temu zamieściłam notkę, nie czułam się dobrze. Ale , gdy o tym wspomniałam mojemu terapeucie, okazało się, że tak miało być. Czasem muszę się poczuć gorzej, aby potem mogło być lepiej. I ja się na to zgadzam, bo nie wyobrażam sobie nawet terapii, po której miałabym za każdym razem chodzić w skowronkach. Co by mi to dało? Dobre samopoczucie na parę tygodni albo miesięcy, a potem powrót do stanu sprzed terapii? Nie, dziękuję, to ja już wolę te moje naprzemienne góry i doliny, ale wnoszące coś konstruktywnego do mojego myślenia i zachowania. Pewnie że taki taniec na linie też nie jest idealną sytuacją, ale efekty są, więc nie mam co narzekać.

Na spotkaniu, o którym piszę, bardzo dużo czasu poświęciliśmy lękowi, czyli mojemu największemu wrogowi. Wspominałam już wcześniej, że dostałam pewne wytyczne go dotyczące, a mianowicie – jeśli chciałam coś zrobić, a łapał mnie mój wróg, miałam traktować go jako jeden, mały element, wcale nie najważniejszy, dotyczący mojego zadania. Czyli stawał się on minusem, który uniemożliwiał mi zrobienie czegoś, ale jednym minusem, nawet minusikiem, a nie wielkim minusiskiem, jak go wcześniej traktowałam. Oczywiście mogły pojawić się też inne minusy, ale również i plusy tego, na czym mi zależy. Każdy taki minusik i plusik miał być tak samo ważny. Potem wystarczyło je tylko zsumować i wychodził mi bilans, który pokazywał, czy jestem w stanie i dam radę coś zrobić. Ale łatwo to powiedzieć, a wykonanie jest już trudne. Gdy opowiedziałam o tej metodzie koleżance, zapytała mnie ona po prostu:” A co zrobię, jeśli ten jeden, czasem jedyny minus, którym jest lęk, znosi wszystkie plusy?” No właśnie, dobre pytanie. Co z tego, że napiszę sobie całe mnóstwo plusów, jeśli i tak nie jestem w stanie pokonać lęku i paraliżuje mnie on do tego stopnia, że wszystko inne się nie liczy. Zastanawiałam się nad tym i nie doszłam do konstruktywnych wniosków, więc przyniosłam to pytanie ze sobą na terapię. I usłyszałam, że po prostu należałoby potraktować lęk jako nie coś nadzwyczajnego, ale właśnie taki mały minusik, który równoważy się z plusem. Wtedy każdy kolejny plus motywuje mnie do zrobienia tego, co sobie zaplanowałam. A jeśli nie motywuje? Jeśli lęk dalej mnie przeraża i nic nie mogę z tym zrobić? To już jest praca terapeuty i moja, ciężka i wyczerpująca, ale konieczna. Swoją drogą nie stosuję tej metody plusowo – minusowej, bo wcześniej nie wierzyłam w nią, a teraz często nie jest mi już ona potrzebna. Jeśli chcę coś zrobić, gdzieś pójść, to po prostu robię lub idę, nie zastanawiając się nawet specjalnie, czy się boję czy nie. Długo trwało, zanim doszłam do takiego etapu. Co nie znaczy, że jest tak rewelacyjnie cały czas – mam też gorsze momenty, gdy lęk jest zbyt silny i nie radzę sobie z nim. Wtedy nawet wołami nikt by mnie nie wyciągnął z domu. Czyli jeszcze dużo pracy przede mną. Może więc powinnam jednak wypisywać sobie te plusiki i minusiki, gdy nie radzę sobie z moim wrogiem? Chyba spróbuję, przecież to nic nie kosztuje.

Chciałam poruszyć jeszcze dwie kwestie związane z lękiem. Może zacznę od tego, że ciężko z nim walczyć i nikt mnie nie przekona, że to nieprawda. Oczywiście mała dawka lęku jest potrzebna i co do tego też nie ma wątpliwości. Trudno byłoby znaleźć człowieka, który się niczego i nigdy nie boi, a jeśli są takie osoby, to też jest to pewne zaburzenie, bo gubią gdzieś swój instynkt samozachowawczy, co może skończyć się tym, że któregoś dnia taki osobnik będzie chciał sprawdzić, czy jest mocniejszy od tira. Skoro więc walka z lękiem jest trudna i długotrwała, to czy warto ją podejmować? Z jednej strony – tak, bo leki czy terapia to też przecież walka, a z drugiej – nie. Nie warto atakowoać lęku, pokonywać go, mierzyć się z nim, bo on i tak wygra. To zbyt silny przeciwnik. Przykładowo, jeśli boję się coś zrobić, lęk mnie całkowicie opanował, a jednak przemogę się i zrobię to, co mi to da? Nic. Nie poczuję żadnej satysfakcji, nie będę się z tego cieszyć, a następnym razem lęk będzie jeszcze większy i spowoduje, że nie będę potrafiła się przemóc.  Mówię oczywiście na moim własnym przykładzie, ale nie tylko. Moja koleżanka, Kasia, wciąż usiłuje walczyć z lękiem, ale także cały czas przegrywa. Nie cieszy ją, że coś zrobiła czegoś dokonała, bo lęk za każdym razem jest tak samo olbrzymi. Nie ma poczucia, że jeśli przełamie się po raz któryś z kolei, to jej wróg zmaleje lub zniknie na zawsze, więc też cały czas tkwi w błędnym kole. I jak tu wtedy cieszyć się życiem, jeśli to lęk nim rządzi? Nie da się. To tak jakby bić głową w mur – wiadomo, że go nie przebijemy, a tylko rozbijemy sobie głowę. To skojarzenie z murem jest całkiem niezłe, więc może jeszcze je wykorzystam. Mur to jakby taka bariera, która mnie oddziela od lęku – po jednej stronie jestem ja, a po drugiej on. Jeśli będę odpowiednio długo walić w mur np. jakimś narzędziem, to w końcu może pęknąć i wtedy wpadam w sam środek lęku. Niewiele mi to daje. Jeśli obejdę mur, to także nagle zderzam się z lękiem. Co prawda mur może być odpowiednio długi i zanim go obejdę, minie trochę czasu, może więc będę miała czas na oswojenie się z tym, co mnie czeka. Może tak, może nie. Nie wiadomo. W każdym razie takie omijanie lęku może skutkować atakiem paniki, a tego chcę uniknąć. Ewentualnie istnieje też i taka opcja, że w moim murze są dziury, przez które przesącza się lęk, w takim wypadku cały czas mi on towarzyszy i nie mogę przed nim uciec, dopóki nie uszczelnię muru. Mogą do tego służyć leki jak i terapia, chyba że ktoś zna inne sposoby. Jeśli są skuteczne to jak najbardziej warto je stosować, oby tylko nie szkodzić swojemu ciału ani psychice. Czyli co w końcu mogę zrobić, jak poradzić sobie z lękiem? Istnieje pewien sposób, który wydaje mi się dość skuteczny, bo sama go stosuję. Polega on na tym, iż nie pokonuję lęku, nie omijam go, tylko go przesuwam. Co jakiś czas oddalam go od siebie. Zupełnie tak, jakbym rozbierała mur i budowała go coraz dalej, kamień po kamieniu, cegła po cegle. To ciężka, mozolna praca i na dodatek codzienna, ale opłaca się. Niestety, nie potrafię jednoznacznie wyjaśnić, w jaki sposób ja mojego wroga odsuwam, nie wiem czy kiedykolwiek będę to potrafiła. Myślę, że to skutek terapii i lat doświadczeń w „walce” z nim. Jest zupełnie tak, jakbym ja stała przed moim murem w tym samym miejscu, nie ruszała się, a mur wciąż się oddalał, momentami majacząc gdzieś w tle albo prawie znikając we mgle. Jednak cały czas jakoś tam go widzę, bo przecież muszę w sobie mieć ten dobry lęk, który mnie chroni. A to że on się oddala, ewentualnie ja go buduję daleko od siebie, to tylko efekt mojej pracy. A jak taka praca wygląda? Nie mam pojęcia, chociaż codziennie ją wykonuję. Ona jest jakby poza mną, gdzieś obok, a jednocześnie we mnie. Ciężko to zrozumieć, więc nawet nie staram się. Działam, robię coś, są tego efekty, więc nie głowię się specjalnie nad tym, w jaki sposób to działa.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o asertywności i lęku. Mogę też posłużyć się znanym mi już murem albo jakąkolwiek barierą pomiędzy mną, a właściwie moim spokojem, a lękiem czyli moim niepokojem. Asertywność jest mi bardzo potrzebna, abym mogła wybrać pomiędzy informacją lękową, która do mnie dociera, a informacją kontrującą, która jak najbardziej jest moim uspokajaczem. Ode mnie zależy, jaką informację wybiorę, czy pozostanę na moim miejscu, po mojej stronie muru, czy przejdę na stronę lęku. Tylko jest małe „ale” – muszę być odpowiednio asertywną i pewną siebie osobą, do której strach nie będzie miał przystępu i nie da rady mnie kontrolować. Czyli nauka asertywności zawsze w cenie.

Tyle „mądrości” na dzisiaj. Wiem już, jak postępować z moim wrogiem, chociaż zdarzają się momenty, że zapominam o tym. Ale przecież cały czas się uczę, a chęci mi nie brak. Nie mam więc innego wyjścia jak sprawić, by nieprzyjaciel o mnie jak najczęściej zapominał. Albo abym to ja zapominała o nim. A do tego terapia mi niezbędna.

 

Takie tam wypiski z terapii.

Wracam dziś do przerwanego wątku pod tytułem: „Ja i moja terapia”.  Ostatnim razem wspomniałam tylko o moim zadaniu domowym opartym na dwóch karteczkach papieru z tajemniczą treścią. Oczywiście do tej pory nie zobaczyłam, co na nich jest i jakoś mnie to nie ciekawi. Ale dość już o tym, co pisałam wcześniej, pora przejść do konkretów. Bardzo dużo na tamtej wizycie rozmawialiśmy z panem Pawłem o moim lęku i nie tylko zresztą o moim, ale ogólnie o tej przypadłości, która niejedną osobę męczy. Analizowaliśmy go z każdej możliwej strony i trochę udało mi się poznać mojego wroga. Nie zapamiętałam za wiele z tych mądrych słów mojego terapeuty, ale wydawało mi się do niedawna, że najważniejszą kwestią, która mi zapadła w pamięć, była ta o pokontwaniu lęku, a nie omijaniu go. Na następnej wizycie okazało się jednak, że nie miałam racji, ale to już temat na kolejny wpis. A dlaczego nie warto omijać lęku? Ponieważ to nic nie daje, on nadal we mnie będzie tkwił i może nawet nasili się. Tego się właśnie nauczyłam – nie ma sensu udawać, że wroga nie ma, skoro on i tak gdzieś wciąż czyha. Po trosze więc muszę go zaakceptować i nauczyć się, jak z nim postępować, aby nie utrudniał mi, a często wręcz uniemożliwiał, normalego życia. Przecież każdy z nas nosi w sobie lęk, mniejszy czy większy, problem pojawia się wtedy, tak jak u mnie, gdy on zaczyna dominować i determinować moje poczynania.

Oprócz analizowania lęku i jego mechanizmów, rozmawialiśmy też o innych kwestiach, m.in. trochę o moich natręctwach, które wtedy nasiliły się. Wiadomo, że pan Paweł nie jest osobą, która mogła mi w tej sprawie pomóc, w końcu nie jest psychiatrą. Chociaż podobno można leczyć takie przypadłości metodami terapeutycznymi, skoro leków na nie jest znikoma ilość. Ale może nie mam racji i za dużo naoglądałam się zagranicznych programów. Kolejną kwestią podczas tamtej sesji było pojęcie stabilizacji. Ja bardzo potrzebuję pewnych stałych, jest mi to niezbędne do komfortu psychicznego, nie lubię gdy dzieją się jakieś nieprzewidziane wydarzenia, nawet gdy są dobre dla mnie. Lubię mieć swoje rytuały, wszystko, przede wszystkim plan dnia, wolę mnieć przemyślane i zaplanowane oraz uporządkowane. Nie cierpię niespodzianek, boję się ich. Moja koleżanka Kasia też ma podobnie. Obie wolimy wcześniej o czymś wiedzieć, nawet jeśli ma to dotyczyć choćby tylko jaiegoś wernisażu. Jeśli dowiadujemy się o nim w ten sam dzień, to zazwyczaj nie jesteśmy w stanie pójść, bo stanowi to dla nas za duże zaskoczenie. Nie umiemy iść po prostu na żywioł. Taki nasz urok i albo ktoś postronny to zrozumie, albo nie. Wydaje mi się, że odkąd chodzę na terapię, uczę się powoli spontaniczności, ale jeszcze wiele wody musi upłynąć, abym się przemogła. A dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że mój terapeuta uważa, że nie ma czegoś jak stabilizacja, bowiem nawet to, co nazwiemy stabilizacją i tak będzie ciągłą zmianą. Zmiany są wliczone w nasze życie. Niech i tak będzie, ale ja tam wolę zmiany mało gwałtowne, takie powolne i bardziej…stabilniejsze.

Następna kwestia to asertywność. Czy ja jestem asertywna? Powoli uczę się tej trudnej sztuki, ale myślę, że coraz lepiej mi idzie. Na pewno jestem bardziej asertywna niż parę lat temu. Jak już kiedyś wspominałam, miałam mieć z zaprzyjaźnioną z moim terapeutą panią psycholog pewne scenki z asertywności do odegrania, ale akurat zdarzył mi się wtedy kryzys. A potem już nie dopytywałam o to. Może szkoda, bo w końcu pewnie mogłabym się przekonać, jak to jest z tym moim własnym zdaniem i odpowiednim zachowaniem. Albo nie przekonałabym się, bo ja mam tak, że wiem, co należy mówić i jak się zachować, ale nie potrafię  tego zrealizować w otoczeniu. I tu znowu dochodzi do głosu mój lęk. A wracając jeszcze do niego, muszę wspomnieć o moim zadaniu domowym(chyba było to właśnie zadanie?), które polegało na tym, że miałam każdej sytuacji stresowej, która mnie czekała, dawać plusy i minusy. Na przykład: chcę iść na wernisaż. Chcę, a więc plus. Boję się, a więc minus. Chcę się dowartościować, przeżyć coś nowego , doświadczyć czegoś, a więc plus. I w takim wypadku dwa plusy i jeden minus dają jak nic plus. Niby proste, ale nie wydaje mi się. Czy udało mi się jakoś wybrnąć z tego zadania i w ogóle je wykonać – w następnym wpisie o terapii.

Na koniec wspomnę jeszcze, że podjęliśmy też temat zdziwienia, które występuje, gdy to co mówimy lub robimy, nie jest normą w społeczeństwie. Ja też tego doświadczam, bo nie zależy mi na ślubie i dziecku, a więc nie mieszczę się w normie. Ale dobrze mi z tym i to jest najważniejsze. A że sporo osób się temu dziwi? Trudno, ich sprawa. Tajemniczą kwestią był temat kręgów, chyba społecznych i naprawdę żałuję, że niewiele z tego pamiętam. Mam nawet przed sobą obrazek, ale zupełnie nie wiem, o co w nim chodzi. No i mój blog. Tak, pan Paweł trafił na niego. Myślałam, że będzie miał pretensje, że o nim piszę, a właściwie o tym, co robimy na terapii, ale pomyliłam się. Zdziwił się tylko, że jak na osobę z moimi problemami, mam bardzo klarowne i jasne myślenie i dobrze ubieram myśli w słowa, nie ma u mnie chaosu. Może jest tak, bo za nigdy nie miałam chaosu w głowie, nie licząc ataków paniki, a podczas nich nie byłabym w stanie pisać. Zresztą raczej wylewam moje słowa na klawiaturę praktycznie zawsze, gdy dobrze się czuję, albo znośnie, bo jakiś mały smutek mi nie przeszkadza. Najwyżej piszę wtedy bardziej depresyjnie i trochę ponarzekam. Ale myślę, że nie jest ze mną, przynajmniej na razie, tak źle, abym nie była w stanie w ogóle pisać. A nawet idzie ku lepszemu.

Nienawidzę Cię, lęku!

Nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić. W sobotę zadzwonił kolega i zaprosił mnie i mojego chłopaka na grilla. Zgodziłam się chętnie, bo sama mu powiedziałam, że gdyby takowego organizował, to ja się wpraszam. I naprawdę byłam gotowa iść, ale w niedzielę, tak z 2 godziny przed planowaną imprezą, poczułam, że coś się ze mną dzieje niedobrego( Może zbyt późno dowiedziałam się o tym grillu i nie zdążyłam się psychicznie przygotować. Nieraz potrzebuję nastawić się, że gdzieś idę albo coś zrobię).  Zaczęłam się zastanawiać, po co ja tam pójdę, że będzie za dużo osób, choć niby łącznie z nami tylko sześć, że spotkam tam znajomego, który nieraz pozwalał sobie wobec mnie na niezbyt miłe żarty( ale przecież miałam iść z chłopakiem, więc wątpię, czy ta osoba odważyła by się niestosownie zachowywać ), że przecież jest dość zimno , że będę jedyną kobietą itd. Skoro już pojawiały się takie myśli i wątpliwości, to wiedziałam, co się święci – atak lęku napadowego, jak ja to nazywam. I to nie negatywne myśli go u mnie wywołują, ale on powoduje te myśli. Pojawia się niespodziewanie, czasem przed jakimiś ważnymi wydarzeniami, na których mi zależy, czasem bez powodu. Kiedyś bardziej dopadały mnie ataki paniki, mające więcej objawów somatycznych takich jak: płytki, przyspieszony oddech, szybkie bicie serca, bóle głowy, brzucha, nudności, pocenie się, poczucie „zapadania się w siebie”, odrętwienie, oszołomienie, niemożność poruszania się. I oczywiście paraliżujący wszystko lęk, niesamowite przerażenie, nie dające się z niczym porównać, czasem dające wrażenie umierania, przynajmniej takiego psychicznego( pewnie nikt nie zrozumie, o co mi chodzi, ale ja sama nie do końca to rozumiem ). Pamiętam, że często kładłam się wtedy na podłodze w kuchni, w moim ulubionym pomieszczeniu, i potrafiłam tak leżeć długi czas, nieruchomo, z kotłującymi się myślami w głowie. Zimno podłogi dawało mi jakąś ulgę i po pewnym czasie dochodziłam do siebie. Zdarzyło mi się w takich sytuacjach zarówno modlić, choć nie uważam się za specjalnie wierzącą, jak i przeklinać Boga, buzowały we mnie skrajne emocje. Gorzej, gdy napad paniki miał miejsce w miejscu publicznym. Wtedy jedyne, co przychodziło mi na myśl, to ucieczka i zazwyczaj uciekałam, nieważne, co akurat robiłam i kto był obok. Często miało to miejsce podczas jakiś większych uroczystości w mieście, gdy koniecznie chciałam w nich uczestniczyć, choć wiedziałam, że lęk przed ludźmi może mnie dopaść( miałam kiedyś stwierdzoną fobię społeczną ). Któregoś razu uciekłam z koncertu, na którym mi zależało, a innym razem po prostu stanęłam jak słup soli i nie byłam w stanie nic powiedzieć ani się ruszyć. Na szczęście był za mną mój chłopak i przytulił mnie , dodając mi sił. Na szczęście atak dość szybko minął i mogliśmy wrócić do domu. Nigdy nie zapomnę, gdy atak paniki zjawił się niespodziewanie w sytuacji intymnej. To był koszmar, nie życzę tego nikomu. Dziwię się sobie, że dość szybko pozbierałam się  po nim i nie rzutuje on na moje dalsze relacje intymne z ukochanym, ale w tamtym momencie i jeszcze jakiś czas po, myślałam, że w gorszym momencie panika nie mogła mnie dopaść. Zresztą pewnie gdzieś tam podświadomie jest we mnie lęk, aby taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Teraz ataki paniki raczej się uspokoiły i jeśli już się zdarzają, to dominuje w nich lęk, dlatego nazywam je napadami lęku, czasem uogólnionego. Staram się unikać sytuacji, gdy to cholerstwo może mnie dopaść, np. na jakieś wydarzenia w mieście chodzę w towarzystwie( czasem próbuję sama i jakoś udaje mi się przezwyciężyć lęk ), ale to nie jest takie proste.  Widzę dużą poprawę u siebie, ale nieraz jeszcze lęk niespodziewanie się pojawia. Tak jak właśnie teraz przed tym grillem. Musiałam prosić chłopaka, żeby przeprosił za mnie, bo nie byłam w stanie zatelefonować do kolegi. Jedyne co mogłam, to siedzieć na fotelu i czekać, aż przestanę się bać, albo leżeć i wyrzucać sobie, że jestem tchórzem. Może i jestem, ale w momencie lęku nic i nikt nie jest w stanie mi pomóc, dopóki on sam nie minie. I taki przykry to był dzień, przesiedziałam go i przeleżałam, dopiero po południu lepiej się poczułam, ale mimo to nie czułam się na siłach wyjść z domu. Już dawno taki lęk mnie nie dopadł, praktycznie wyłącznie działający na moją psychikę( przerażenie, niemoc, negatywne myśli galopujące przez głowę albo nie myślenie o niczym, depresja, czasem myśli rezygnacyjne albo samobójcze ) , może odrobinę na ciało( płytki, przyspieszony oddech , lekkie drżenie, ból głowy). Pocieszające jest to, że występuje on teraz bardzo rzadko, ale nie mogę się pogodzić, że w ogóle dalej jest i nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Tyle lat leczenia i dalej jestem bezbronna wobec tego wroga. Pojawi się niespodziewanie i burzy mój spokój. Pamiętam, jak jeszcze niedawno siadywałam podczas takich napadów na podłodze i zalewałam się łzami. Mój dialog z chłopakiem wyglądał wtedy następująco:” Czemu płaczesz?”, ” Boję się”, ” Czego lub kogo?”, ” Nie wiem”. Paranoja kompletna. Urok życia z lękiem. Żałuję tego grilla, bo mogło być sympatycznie, normalnie, czy po prostu inaczej, ale najbardziej żałuję tego, że lęk znowu wygrał ze mną. Lęku, odejdź, daj mi żyć!