Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

lekarze

Lekarz, matury, Ania i determinacja.

Powinnam kilka dni temu zrobić dzisiejszy wpis, ale nie miałam siły ani ochoty. W zasadzie dalej jestem w „dołku”, ale pomyślałam, że jeśli dziś nic nie napiszę, to w końcu zapomnę, o czym miało być. Byłam jakiś czas temu u swojej lekarki i muszę przyznać, że niemiło mnie zaskoczyła. Powiedziałam jej, że ostatnio niezbyt dobrze się czuję, co wywołało zdziwienie, bo przecież pogoda taka sprzyjająca dobremu samopoczuciu. A co ma tu do gadania pogoda? Zgadza się, że czasem wpływa na nastrój, u mnie szczególnie trudna jest wczesna wiosna i jesień, ale nie można wszystkiego od niej uzależniać. To by było za proste. Istnieją też inne czynniki i do nich też trzeba się odnosić. Co nie zmienia faktu, że jesteśmy częścią natury i ma ona na nas wpływ. Pamiętam, że kiedyś bardzo lubiłam deszcz i pochmurną aurę, słońce mi przeszkadzało. Teraz czasami jestem meteoropatą i zmiany pogody odczuwam bólem głowy. Ale nie zawsze tak jest. Lubię słońce, dużo wtedy spaceruję lub po prostu wygrzewam się w nim, ale nieraz mnie ono denerwuje, szczególnie gdy nastrój nieciekawy, i wolę wtedy siedzieć po ciemku. Albo spoglądać jak pada, wieje, grzmi i błyska. Tak więc nieraz pogoda dopasowuje się do mojego nastroju, a nie odwrotnie. Ale się rozpisałam o pogodzie, a przecież nie o tym miało być. Powiedziałam pani doktor, że chodzę teraz do psychopedagoga i tu kolejne jej zdziwienie. Popatrzyła się na mnie nieufnie, jakby chciała zapytać: „Psychoco?”.  Nie bardzo wiedziała, kto to jest i czym to się je, czy to jakaś nowość. A ja nie zamierzałam wyjaśniać, bo nie jestem specjalistą w tym temacie. Nie była też pewna, czy taka terapia mi nie zaszkodzi, no bo skąd miałaby to wiedzieć, skoro nie orientuje się, na czym ona polega. Pomyślałam sobie, że jednak dobrze byłoby, gdyby lekarze tej specjalności znali nowe metody, a nie wyłącznie trzymali się starych i sprawdzonych. W końcu dobrze być otwartym i mieć szeroką wiedzę oraz świeże spojrzenie. Ale przecież ja nie będę uczyć mądrzejszych od siebie. Może oni lepiej wiedzą, a to ja nie mam racji? W każdym razie zostawiłam moją lekarkę w błogim przeświadczeniu, że raczej terapia mi nie zaszkodzi, bo ma raczej charakter relaksacyjny. Tak przynajmniej sobie wytłumaczyła. Niech sobie myśli, co chce, ale ja tam chodzę dalej na sesje i nikt mnie od tego nie odwiedzie. W końcu to ja płacę, więc mogę się leczyć czy terapeutyzować u kogo chcę. Nie zmieniałyśmy teraz leków i raczej ja nie chcę ich zmieniać, bo domyślam się, z czego wynika mój zły nastrój. Matury, co by innego. Nie mogę sobie darować, że znów mnie na nich nie ma. Co prawda wiedziałam już od co najmniej 2 miesięcy, że nie dam rady w tym roku podejść, może w przyszłym się uda, ale boli mnie to cały czas. Stąd też wynikały moje poszukiwania terapeuty. Chciałam i chcę nadal przełamać w sobie lęki, między innymi ten przed przystąpieniem do egzaminu dojrzałości. Jak jeszcze zobaczyłam, że był mój ukochany Sienkiewicz na pisemnym, to nic, tylko walić głową w ścianę, że jestem takim tchórzem. Ale co by to pomogło? Lęku tym nie zwalczę. Sama wiedza to za mało. Trzeba jeszcze mieć odwagę, a z tym jest właśnie problem. Łatwo powiedzieć: „Idź, przecież mądra jesteś” . I co z tego, skoro dostanę ataku paniki albo lęku i nie wyjdę z domu, albo nie wejdę do szkoły. Można też stwierdzić:” To nie zdawaj, po co ci ta matura?”. A ja wiem, po co? Może kiedyś będę chciała pójść na studia? A może to moja ambicja, żeby jednak mieć pełne średnie? Czasem chorą mam tą ambicję, ale nic na to nie poradzę. Albo poradzę, ale nie sama, tylko z pomocą terapeuty. Ostatnio nawet miałam odwołać wizytę, bo tak fatalnie się czułam. Ale poszłam. Ania mnie do tego namówiła. Ona wierzy we mnie jak nikt inny. Taka dumna jest ze mnie, że w ogóle skończyłam szkołę średnią. Ona ma za sobą ośrodek szkolno-wychowawczy, ale nie dlatego, że sprawiała jakieś kłopoty, tylko po prostu ze względu na jej chorobę nie  chciano jej w innych szkołach albo ją wyrzucano po krótkim pobycie. Nie pasowała do „normalnych” szkól, przecież to uczeń jest dla szkoły, a nie ona dla niego. Nie wiem, jak teraz jest, ale jeszcze kilkanaście lat temu były problemy z nauczaniem tak ciężko chorych osób jak Ania. Chociaż wtedy jej choroba jeszcze nie była tak rozwinięta i spokojnie mogłaby chodzić do zwykłej szkoły przy wsparciu innych. Wystarczyło by trochę dobrej woli. Ostatnio napisałam, jak to pewna pani psycholog powiedziała mi, że przecież bardziej chorzy niż ja uczą się. Ania chciała się uczyć, ale nie miała takiej możliwości. Nie miała wyjścia i zdana była na taką edukację, jaką jej wyznaczono. Dlatego jest dumna ze mnie, że się nie poddaję i mimo długiej przerwy poszłam do szkoły, wytrzymałam tam i nawet ją skończyłam. Myślę, że również dla niej chciałabym zrobić tą maturę. Ale na razie terapia jest na pierwszym miejscu. Ciężko mi teraz, myślę, że może to też jej wpływ. Kiedyś słyszałam, że na początku musi być gorzej, aby potem mogło być lepiej. Chcę w to wierzyć i nie poddaję się. Muszę pokonać lęk, bo nie mam zamiaru męczyć się z nim do śmierci. Tak się nie da żyć. Jestem teraz maksymalnie zmobilizowana, nawet jeśli momentami potrafię tylko siedzieć albo leżeć i płakać, to nie wyobrażam sobie, że miałabym zrezygnować z terapii. Po moim trupie. Albo teraz albo już nigdy. Czuję, że mogę wygrać z chorobą. Tyle lat już walczę i najwyższa pora rozprawić się z nią na dobre. Nieważne, jakim kosztem.

Lekarz nie jest Bogiem.

Złapała mnie teraz grypa i jestem unieruchomiona w domu. Tato mojego chłopaka wysyła mnie do lekarza, ale ja nie widzę sensu takiej wizyty, bo przecież na grypę czy przeziębienie nie ma tak naprawdę lekarstwa, można zwalczać tylko objawy. I ja właśnie zwalczam te objawy jak tylko się da, najlepiej domowymi sposobami. Przy moich lekach psychotropowych, szczególnie tych antydepresyjnych niewskazane są raczej nowoczesne medykamenty. Kiedyś, gdy jeszcze o tym nie wiedziałam, łyknęłam sobie taki jeden, podobno skuteczny, lek na noc. Rano miałam problem ze wstaniem, a cały dzień ledwo pamiętam, taka byłam nieprzytomna. Farmaceutka uświadomiła mi, że muszę przy moich lekach dokładnie czytać ulotki, a nie brać co popadnie. Tamten lek zużył brat, gdy miał grypę, a ja się teraz bardzo pilnuję. Akurat teraz, gdy męczy mnie ta grypa, a może to już przeziębienie, przypomniała mi się pewna historia dotycząca choroby i lekarza. Niedawno pisałam o moim drugim pobycie na oddziale psychiatrycznym, ale nie wspomniałam wtedy o najważniejszym. Miałam wówczas zatarg z pewną lekarką, nie jestem pewna, czy nie była ona ordynatorem na moim oddziale. Po jakimś czasie od zapisania się na oddział i zmianie leków, zauważyłam coś niepokojącego. Zawsze rano miałam ogromne problemy ze wstaniem i przyspieszone tętno. Na początku nie zdziwiło mnie to, bo już miewałam gorsze skutki uboczne leków. Ale któregoś razu poczułam, jakbym umierała, serce waliło mi jak szalone, praktycznie w ogóle go nie czułam, robiło mi się słabo, brakowało mi tchu, nie wiedziałam co się dzieje. Trwało to pewną chwilę. Nie jestem pewna, czy to nie zdarzyło się w nocy, co dodatkowo potęgowało mój strach. Nabrałam podejrzeń, że takie objawy może wywoływać lek, który biorę na wieczór. Nie pamiętam już, czy brałam go też w dzień, ale na pewno zrobiłam taką jednorazową próbę i zażyłam go przed południe lub po. Usiadłam potem i czekałam, co się będzie działo. Gdy lek zaczął działać, poczułam to samo, co w nocy. I wiedziałam już, że to po prostu taki wyjątkowo nieprzyjemny skutek uboczny. Zgłosiłam to lekarce, która nie prowadziła mnie bezpośrednio, ale też pracowała a tym oddziale. Od razu mi odstawiła ten neuroleptyk. I tu właśnie pojawił się problem, gdyż miała przez to kłopoty i ja właściwie też. Usłyszałam od lekarza prowadzącego, że lek jest niezwykle skuteczny, notabene chyba większość chorych go wtedy dostawała, bardzo drogi i nie ma takich skutków ubocznych, tylko tak mi się wydaje, bo to reakcja nerwicowa. Mało mnie tam coś nie trafiło. Ale co miałam robić? Kłócić się z lekarzem? Na szczęście miałam pobyt dzienny i nie byłam zdana tylko na łaskę i niełaskę personelu medycznego. Brałam więc ten lek do końca pobytu, a do niego po cichu, tak żeby nikt nie wiedział, dodawałam bardzo prosty i tani lek, który brał mój tato. Normalizował on pracę serca i jakoś mogłam po nim funkcjonować. A po odebraniu wypisu, na pierwszej wizycie w poradni, moja lekarka od razu dała mi inny neuroleptyk, gdy tylko dowiedziała się o moich objawach. Bo przecież chory ma się dobrze czuć po lekach, mieć jak najmniejsze skutki uboczne, a nie przypominać warzywo. Zresztą tamten rzekomo cudowny specyfik działał na mnie fatalnie, chodziłam po nim jak we śnie, jakbym się naćpała. Każdy lek trzeba dobierać indywidualnie, bo na każdego może inaczej działać. Niestety nie jeden lekarz to bagatelizuje i kieruje się modą na konkretny lek, a nie dobrem pacjenta. To przykre, przecież jak nie ma dwóch jednakowych osób, tak i nie ma takich samych pacjentów. Tamto doświadczenie nauczyło mnie, że nie można ślepo ufać lekarzom, bo ja sama chyba najlepiej znam swój organizm i wiem, co mi pomaga, a co szkodzi. Mam dużą samoświadomość i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Oczywiście, nie twierdzę, że nie ma innych pacjentów, np. lekoopornych, których sytuacja jest bardzo trudna, albo takich, którzy muszą brać silne leki o dużych skutkach ubocznych, bo tylko wtedy nie mają urojeń. Mogę być rzeczniczką jedynie samej siebie i walczyć o swoje zdrowie i dobre samopoczucie, a takie jest możliwe tylko przy odpowiednio dobranych lekach przez odpowiedniego lekarza, który nie uważa, że wie wszystko najlepiej.