Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

leki

Nowy lek.

Już jakiś czas minął od momentu, kiedy byłam u mojego lekarza psychiatry. Chciałam powrócić do poprzedniego leku antydepresyjnego, bo ten obecny nie działa już raczej tak skutecznie jak jeszcze dwa lata temu. No i ma niezbyt miły skutek uboczny. Byłam szczera z moją panią doktor i powiedziałam jej bez ogródek, o co chodzi z tym obecnym antydepresantem. W sumie wypracowałyśmy pewną równowagę w moim leczeniu. Polega ona na tym, że mam obecnie na wieczór nie neuroleptyk, tylko antydepresant o łagodnym działaniu, na w dzień biorę rano neuroleptyk, którego odstawienia sobie nie wyobrażam i ten sam antydepresant, który brałam dotychczas. Prawdę powiedziawszy bałam się dość mocno tej zmiany, ale postanowiłam spróbować. Dlaczego się bałam? Bo jestem, że tak powiem, fanką leków antydepresyjnych, które się bierze na dzień, najlepiej rano, czyli tych z grupy SSRI. Kiedyś pewien psychiatra powiedział mi, że on praktycznie tylko takie leki przepisuje na depresje i stany depresyjne. W sumie się z nim zgadzam i popieram go. Teraz na noc mam lek antydepresyjny z grupy tych trójpierścieniowych, których się raczej boję. Lekarka mnie zapewniała, że to bardzo delikatny medykament, który mogą brać nawet osoby starsze, ale ja jej nie bardzo dowierzałam. Miałam już do czynienia z lekami z tej grupy i przeważnie źle się po nich czułam. Zasypiałam szybko, ale rano nie mogłam się dobudzić i prawie cały dzień byłam jakaś taka do niczego, zmęczona i senna. Jeszcze gorzej bywało, gdy lek z takiej grupy musiałam brać rano lub popołudniu, wtedy nie dawałam rady funkcjonować. Myślałam, że teraz może być podobnie i chyba już wolałam brać mój nocny neuroleptyk. Bo, niestety, muszę mieć coś na sen. Nie wiem dlaczego zmiany na lepsze w moim samopoczuciu po terapii, w ogóle nie wpływają na mój sen. Jak nie mogłam spać bez leków, tak dalej nie mogę. Przykre to jest dla mnie i nie wiem, co z tym robić. Dobrze chociaż, że nie jestem zmuszona do brania typowych leków nasennych, np. benzodiazepin czy barbituranów, bo swego czasu aż do tego doszło. Na szczęście był to krótki epizod w moim życiu i pewnie zrobię na jego temat osobny wpis. Pani doktor zapewniła mnie też, że ten lek trójpierścieniowy eliminuje skutki uboczne innych leków, więc powinien podziałać też na przykre następstwa mojego antydepresantu dziennego. A jak ma się sytuacja po kilkunastu dniach. Tak sobie. Na samym początku byłam raczej przerażona tym, jak nowy lek na mnie podziała. Miałam brać malutką dawkę, bo zaledwie 1\3 tabletki, która jednak ma przedłużone działanie. No więc odstawiłam wieczorny neuroleptyk zgodnie z planem i wzięłam cząstkę nowego leku. I co? I nic. W ogóle mnie nie znużyło i nie chciało mi się spać. Spróbowałam więc następnego wieczora połączyć ten nowy z poprzednim lekiem, ale w malutkiej dawce. No i zwaliło mnie z nóg na calutką noc, ale rano miałam ogromny problem z wstaniem. Stwierdziłam, że to nie dla mnie i męczyłam się kilka nocy biorąc tylko tą 1\3 tabletki. Ale nie dawałam sobie rady. Nie mogłam spać, w dzień miałam nasilone lęki i stan depresyjny. Już myślałam, że rzucę ten lek , ale moja Ania napisała mi smsa, żebym poczekała na efekty ze trzy tygodnie. Tylko jakie efekty? Ja mam taką wrażliwość na leki, że od razu wiem, czy dany lek działa na mnie dobrze czy nie. Pomyślałam chwilę i podwoiłam sobie dawkę na noc. Jakoś tam spałam, ale raczej byle jak. Więc doszłam w końcu do całej tabletki, bo ten lek rzeczywiście jest wyjątkowo delikatny. Śpię tak sobie, późno zasypiam, więc i później się budzę, nic więc dziwnego że rewelacji nie ma. I raczej nie będzie. Nie wiem nawet, czy on w ogóle na coś działa, bo na sen to raczej nie. Samopoczucia też jakoś nie podnosi, ale to dobrze, bo chyba bym wpadła w jakiś przesadny optymizm. Nie wiem, czy niweluje skutki uboczne innych leków, ale nie wydaje mi się. Zobaczę, pobiorę go do następnej wizyty lekarskiej, a dalej niech mądrzejsi ode mnie decydują. W każdym razie rewelacji nie ma, ale i źle całkiem też nie jest, można wytrzymać. Mam taką cichą nadzieję, że może mój organizm w końcu nauczy się spać bez wspomagaczy, bo ma teraz taką małą terapię szokową. Niby go jakoś wspomagam, ale nie widzę efektów. Na koniec już jeszcze jedno. Dlaczego lekarka nie zamieniła mi po prostu mojego antydepresantu na ten poprzedni, też dzienny. Ano dlatego, że mi nie mijają natręctwa, a on jest na nie najlepszy. Istnieje co prawda jeszcze inny lek na te paskudy, ale miałam wątpliwą przyjemność go brać lata temu i wrogowi nie życzę tego leku. Czułam się po nim jakbym kij połknęła, taka byłam sztywna i do niczego. Więc w sumie, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi to , co można brać. A może jeszcze muszę poczekać na jakieś efekty? Pewnie Ania ma trochę racji. Tylko, że ja to niecerpliwa jestem. Zresztą znam swój organizm jak mało kto, bo obserwuję go pilnie od kilkunastu lat. Wiem, co mi pomaga, co nie, a co szkodzi. Teraz nie jest tak źle. Nastrój w miarę dobry, chyba jesienne załamanie mi przechodzi, więc da się żyć.

Skutki odstawienia leku.

Ten wpis miał być zupełnie o czymś innym, o tym, jak dobrze się czuję dzięki terapii, jakie duże postępy zrobiłam i nareszcie je widzę. Ale życie chciało inaczej. A właściwie ja sama chciałam. W ubiegły poniedziałek podjęłam decyzję, której nie powinnam była podejmować, nie powinna była mi ona przyjść na myśl. Ale przyszła. Zresztą nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Odstawiłam jeden z leków. Pomyślałam sobie: „A co mi tam, dobrze się czuję, spróbuję, może akurat już go nie potrzebuję?” Na początku, przez kilka dni nie odczuwałam żadnej różnicy i bardzo mnie to cieszyło. Tak dla ścisłości lek, który odstawiłam jest z grupy antydepresantów. Ja nie mam klasycznej depresji, trudno powiedzieć, czy w ogóle mam nawet zaburzenia depresyjne, raczej bardziej lękowe. W przeszłości i owszem zdarzały się u mnie epizody depresyjne, kiedy nie miałam na nic siły, wciąż spałam, potrafiłam się nie myć kilka dni. Ale to już daleka przeszłość, obecnie raczej dopada mnie nieraz typowa chandra, może tylko w wyjątkowych sytuacjach lekkie stany depresyjne. A do czego zmierzam? Nie samo dobre samopoczucie było powodem odstawienia leku, bo to u mnie za mało. Pomyślałam, że skoro praktycznie nie mam klasycznej depresji, to po co ja w ogóle faszeruję się tą chemią? Aby nie bać się? Nie sądzę, na lęki dany lek mi wcale nie pomaga, dopiero terapia pomaga mi z nim walczyć i wygrywać. Są jeszcze natręctwa i tu faktycznie jego działanie swego czasu doskonale odczułam, ale te które mi obecnie dokuczają nie są aż tak uciążliwe, a poza tym trudno mi będzie z nimi wygrać, bo akurat dotyczą dat i liczb, a od nich nie można się tak po prostu odciąć, jak odcięłam się od poprzedniego źródła moich zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. Tak więc myślałam nad wszystkimi za i przeciw i postanowiłam spróbować, oczywiście z zastrzeżeniem, że jeśli coś się będzie złego dział, zawsze mogę wrócić do leku. Jak już napisałam, przez parę dni było wszystko w jak najlepszym porządku i nie odczuwałam żadnej różnicy w moim zachowaniu i myśleniu. Nawet miałam takie wrażenie, że jest troszkę lepiej, teraz wiem, że to było złudne wrażenie. W czwartek byłam na wizycie u mojego terapeuty i już wtedy powinnam zauważyć, że coś jest nie tak. Zachowywałam się zbyt bezpośrednio i energicznie, co jest u mnie raczej rzadkie. Po powrocie też nic mi nie mówiło, że dzieje się coś niedobrego, chociaż nie jest normalnym u mnie zachowaniem płakać z radości w środku nocy, a następnego dnia wylewać łzy ze smutku. W końcu zauważyłam u siebie pewien natłok myśli, ale nie wiązałam tego z lekiem, no bo co to ma niby wspólnego? Nie popadłam w depresję, nie bałam się bardziej niż zwykle, więc sądziłam, że nareszcie nie potrzebuję leku na nastrój. Ale myśli zaczęły mnie atakować ze zdwojoną siłą, mnóstwo ich przebiegało mi przez głowę, nie dawały mi spać. Nie mogłam być sama, bo wtedy jeszcze bardziej atakowały. Wciąż szukałam towarzystwa mojego chłopaka, albo jakiejkolwiek innej osoby, żeby zagłuszyć myśli i dodatkowo mówić, a praktycznie nadawać o tym, jak to ja dobrze się czuję. Gdy natrafiałam na obojętność, denerwowałam się, no bo jak, ja chcę się tak bardzo pochwalić swoim samopoczuciem, a inna osoba mnie nie słucha? Nie miałam klasycznego słowotoku(wiem, jak on wygląda, bo mam kolegę z takim zaburzeniem), ale coś w rodzaju przesadnej i przemożnej chęci dzielenia się moimi myślami, szczególnie tymi o stanie mojego zdrowia. Ale to mi nie przeszkadzało, bardziej niepokoiłam się natłokiem przemyśleń, nazwałam to „słowotok myśli”. Myśli wciąż nie dawały mi spokoju, goniły jedna po drugiej. Kiedy wczoraj mówiłam o tym mojemu partnerowi, nie bardzo rozumiał, o co mi chodzi, myślał, że mam chore myśli. A w sumie one wcale nie były inne, odbiegające od normy, dziwne. Były bardzo logiczne i na konkretny temat, gdybym je spisała, nikt nie zauważyłby w nich czegoś chorobowego. Czułam się tak, jakbym w głowie prawie pisała książkę albo artykuły na dany temat i nie mogłam przestać. Albo jakbym z kimś dyskutowała, ale nie z osobą wymyśloną, nie istniejącą, tylko jak najbardziej znaną mi( miałam już taki etap w życiu, gdy mówiłam sama do siebie, albo do kogoś, kogo znałam, tylko że tej osoby nie było przy mnie. Działało to na zasadzie, co bym jej powiedziała, gdyby tu była.). Pamiętam, jak w sobotę kąpałam się i praktycznie robiłam to mechanicznie, ni myśląc o tym co robię, bo moja głowa była zajęta rozmyślaniami. Dziwię się, jakim cudem nie wyszłam jeszcze bardziej brudna z tej kąpieli. Praktycznie przełom nastąpił właśnie w weekend. Popłakałam się wtedy serdecznie, nie wiem nawet dlaczego, a potem zadzwoniłam do koleżanki, z którą rozmawiałam ze 2 godziny o terapii i moim odstawieniu leku. W pewnym momencie poczułam silny lęk, graniczący z atakiem paniki, ale niezbyt silnym. Nie wiedziałam, co się dzieje, dlaczego tak jest. Lęk utrzymywał się cały czas, a ja zwalałam winę na brak dostatecznej ilości snu i pogodę. Tej nocy nie mogłam długo spać, wspomagałam się kombinacją leków nasennych, a następnego dnia obudziłam się potwornie zmęczona i przerażona. I nareszcie poszłam po rozum do głowy. Te myśli, męczące mnie i galopujące, dające tylko trochę mi odetchnąć, gdy się uczę(akurat nauka szła mi wtedy też z trudem), panika, ogromny lęk i niepokój, który był szczególnie umiejscowiony w brzuchu, przesadna radość(tak przesadna, nie masująca do mnie. Umiem się cieszyć, ale teraz potrafiłam wpadać w jakąś dziwną euforię, jakbym miała objawy choroby afektywnej dwubiegunowej), zmiany nastrojów, niezbyt częste, ale jednak i tłumaczenie sobie, że jest fantastycznie, nieważne, czy jest ku temu jakaś przyczyna – to wszystko były po prostu objawy chorobowe spowodowane brakiem substancji chemicznej stabilizującej mój mózg. Nie sądziłam, że mogę mieć takie objawy, raczej spodziewałam się obniżenia nastroju i braku zainteresowań, chociaż coś z tego też się pojawiło, bo przestałam chodzić na moje ulubione spacery, ale to tylko tyle. Wczoraj, po krótkim namyśle i wybuchu płaczu wróciłam do leku. Byłam i jestem wściekła na siebie, że mogłam być tak głupia i go odstawić. Sądziłam i miałam ogromną nadzieję, że już go może nie potrzebuję. Siedziałam z moim chłopakiem, tłumaczyłam mu, co się ze mną działo i dzieje i obrzucałam się inwektywami, a kretynka i idiotka były najłagodniejszymi z nich. Nie wiem, gdzie ja miałam rozum? Wymyśliłam sobie wczoraj, że głupota to moja siostra rodzona i nie cofnę tego jeszcze długo, bo nie mogę pojąć, co mi do głowy strzeliło. Czułam się wyjątkowo dobrze, także dzięki lekom, one wprowadzają ład i porządek w mojej głowie, a zachciało mi się eksperymentować. Jakim prawem? Moja lekarka powiedziała mi kiedyś, że będę brać leki do końca życia, a ja tego nie mogę przyjąć do wiadomości. To znaczy przyjmuję, ale czasem nachodzą mnie takie głupie pomysły, że może jednak ona nie ma racji. Sama dziwię się osobom, które odstawiają leki, gdy dobrze się poczują i nawet mówiłam o tym mojej doktor, gdy zauważyła, że często ma do czynienia z takimi osobami. A co ja robię? To samo i jeszcze mam nadzieję, że będę miała dobre samopoczucie. Kompletna idiotka. Ale podobno nadzieja umiera ostatnia, a ja wciąż mam taką durną nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas, gdy będę mogła skończyć z chemią w moim organizmie. Tylko, czy to jakiś grzech chorować i brać leki, aby się dobrze czuć? Przecież jest wiele chorób, w których chorzy muszą przyjmować substancje do końca życia. Kiedy ja to wreszcie zrozumiem? Leki mi pomagają, często ratują przed popełnieniem głupot( teraz o mało co nie wysłałam obcemu mężczyźnie smsa z tekstem: „Kocham Cię”, bo mnie zafascynował, takie targały mną emocje. Zresztą czułam, jakbym cała była jedną, wielką, chodzącą emocją). Nie wiem, czy zmądrzeję choć trochę i nigdy już nie odstawię żadnego z moich leków, ale na pewno kilka razy się nad tym dobrze zastanowię, zanim popełnię ten błąd. Przede wszystkim skonsultuję to z moją lekarką, a nie będę sama się mądrzyć. Kończę, bo już czuję, że mogę zacząć pisać jakieś głupoty. Jeszcze mój antydepresant nie działa na tyle, abym czuła się pewnie. Muszę odczekać kilka dni. Jedynym minus brania go to niemiły skutek uboczny, który odczuwam, ale da się z nim żyć, a poza tym porozmawiam z moją panią doktor i spróbujemy może ten lek zamienić na inny albo wrócić do poprzedniego antydepresantu. Jakoś sobie poradzimy. Obym tylko zmądrzała, to nie będzie tak źle.

Leki, Ania i Iza.

O czym by tu napisać? Wypadałoby zrobić kolejny wpis o mojej terapii, bo mam trochę zaległości. Ale jednak postanowiłam skrobnąć dziś co nie co o innych sprawach. Czuję się już nieco lepiej( no ,powiedzmy), chociaż jak na razie natręctwa nie bardzo się wyciszają i nie chcą dać mi spokoju. Może to jeszcze za krótki czas przyjmowania nowego- starego leku, więc i efektu nie ma. Niestety, pojawił się nieprzyjemny skutek uboczny. Teraz już jestem prawie pewna, że gdy przed pobytem na oddziale dziennym miałam te same objawy, mogły one jak najbardziej wynikać właśnie ze stosowania tego konkretnego medykamentu. Wtedy nie pomyślałam o tym antydepresancie, bo brałam go już dobre parę lat i nie miałam żadnych skutków ubocznych. Ale jak teraz przeanalizuję spokojnie, że dany skutek uboczny minął po zmianie leku , a pojawił się teraz, gdy znów do tego leku wróciłam, to wszystko układa mi się w jedną, logiczną całość. No i jestem w kropce. Jeśli zmienię lek, natręctwa będą mnie dalej męczyć (sądzę, że przy obecnym specyfiku niedługo się wyciszą, bo substancja w nim zawarta doskonale działa na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne), ale nie będę już musiała znosić tego nieprzyjemnego dla mnie skutku ubocznego. Czy jednak ten skutek jest aż tak męczący, aby rezygnować z terapii, która jednak mi pomaga, przynajmniej w jednym aspekcie? Pomyślałam, że mogę przyjąć dwa rozwiązania: albo poszukać z psychiatrą jakiegoś innego całkiem antydepresantu działającego na moje obsesje, albo brać ten, który zażywam, i gdy pozbędę się natręctw, zmienić go na poprzedni, który biorę od czasu pobytu na dziennym. I mieć nadzieję, że te moje obsesje nie wrócą, ani nie pojawią się nowe. Coś muszę wybrać i nie będzie to wybór łatwy. Muszę napisać teraz coś o mojej kochanej Ani. Oj, nie jest dobrze. Była ostatnio w , podobno, bardzo dobrej klinice, która leczy właśnie osoby dotknięte tą chorobą co Ania (mowa tu o głównej chorobie Ani, która zagraża nawet jej życiu, bo przecież innych schorzeń też ma jeszcze sporo). Niewiele jednak jej ta klinika dała i niewiele nowego się dowiedziała, chyba jedynie tyle, że ma najcięższą postać choroby, lekooporną i nieoperowalną, ale tego można się było domyślać już wcześniej, bo coś tam lekarze mówili na ten temat. I jak tu dalej żyć? Aneczka nie załamała się i dalej się nie poddaje. Próbuje być na tyle samodzielna, na ile może, chociaż staje się to powoli coraz trudniejsze. Zwykłe wyjście z domu jest dla niej coraz bardziej niebezpieczne, a i w domu nie jest dużo lepiej. Gdyby chociaż miała większe wsparcie wokół siebie, może byłoby jej łatwiej, a tak…ech, samo życie. I na koniec chciałam wspomnieć o Izie. Niedawno znów się spotkałyśmy i miło nam się rozmawiało. Niepokoi mnie trochę to, że ona nie do końca sobie radzi ze sobą(i kto to mówi!) i nie tylko ze sobą. Jak mi powiedziała, nie ogarnia już tego wszystkiego. Zawsze była nieźle roztrzepana i zakręcona, ale teraz jednak sporo wydoroślała i pewne sprawy widzi już inaczej. Może uda mi się jej trochę pomóc w tym „ogarnięciu się”, bo to sympatyczna i wartościowa dziewczyna. Fachowcem nie jestem i wtrącać za bardzo też się nie chcę, ale troszkę doświadczenia w chorobie mam (ona ma podobne problemy chorobowe do moich), więc coś pewnie mogę zrobić. Wysłuchać, ewentualnie nawet i doradzić. Pewnie niedługo się spotkamy, to zobaczę, co tam u niej. Najważniejsze, żeby radziła sobie z finansami i uwierzyła w siebie (żeby to było takie łatwe!). Tyle, że i jej przydałoby się większe wsparcia najbliższym. Myślę, że wtedy sprawy przybrałyby lepszy obrót. Ale taka mała dygresja mi się tu nawinęła. Otóż, jak tak sobie popatrzę na małżeństwo Izy, to mam wrażenie, że mój związek już nie może być lepszy, a mój Aniołek to po prostu ideał. No cóż, różnie to się ludziom wiedzie i parom też. I to by było na tyle. w kolejnym wpisie trzeba się znów skupić na terapii, tym bardziej, że kolejna wizyta przede mną. Chyba, że w międzyczasie wydarzy się coś bardzo ważnego i nie będę mogła zwlekać z opisaniem tego.