Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

matura

„Twarde decyzje”, „Miękkie decyzje” i cele.

Ostatnio pisałam o tym, że jeszcze nie doszłam do siebie po całym stresie związanym z maturą, potem z oczekiwaniem na wyniki egzaminu, a ostatecznie to już nawet nie wiem, dlaczego dalej się stresuję, a moje samopoczucie nie chce wrócić do jakiejś stabilizacji. Piszę, że nie wiem, ale to nie jest do końca prawda, bo właściwie na przedostatniej wizycie u mojego terapeuty dowiedziałam się, w czym tkwi problem. Zrobił on wówczas na tablicy, którą ma w gabinecie, rysunek poglądowy, aby łatwiej było mi zrozumieć problem. I ja to nawet rozumiem, ale nie chcę jakoś przyjąć do wiadomości. Co konkretnie było na tym rysunku, a właściwie schemacie? Spróbuję to przedstawić, ale nie jest to łatwe, ponieważ Paweł pisze, jak dla mnie, trochę nieczytelnie i właśnie męczę się z odszyfrowaniem, co jest przedstawione na zdjęciu tablicy, które dostałam na maila. Wolałam wcześniejszą formę, gdy wszelkie rozwiązania rysował mi na kartce, ale ostatecznie teraz też nie jest źle. Otóż na zdjęciu widzę linię, a na niej zaznaczone 4 elementy. Pierwszym z nich jest „miękka decyzja”(tu mam problem z odczytaniem, ale sens prawdopodobnie zachowam). Decyzja ta miała miejsce dość dawno temu, gdy podjęłam zadanie, polegające na zdaniu matury, a właściwie na podejściu do niej. Można nawet powiedzieć, że decyzja ta pojawiła się w mojej głowie jeszcze, gdy chodziłam do zaocznego liceum, a ostatecznie po zakończeniu nauki. Tylko, że cały czas odkładałam ją, bo po prostu nie czułam się n siłach. Nawet, gdy już podjęłam terapię, to jeszcze dwa razy rezygnowałam. Aż w końcu przyszedł moment, gdy miałam ostatnią szansę na zdawanie starej matury. Do nowej się raczej nie śpieszyłam. I wówczas, a było to mniej więcej w grudniu ubiegłego roku, podjęłam kolejną decyzję. I tym razem była to „twarda decyzja”. Taki też napis widnieje jako drugi na linii, którą umieścił na swoim schemacie mój terapeuta. A ta twarda decyzja to nic innego, jak mocna, ostateczna decyzja, że podchodzę do matury i nie ma od tego odwrotu. I tu od razu pojawia się nie tylko ogromna mobilizacja, ale i ogromny stres, który towarzyszy mi odtąd na każdym kroku. Dalej na linii znajduje się”cel numer 1-podejście do matury”. To był mój podstawowy i jedyny cel, nie myślałam wówczas o niczym innym i praktycznie na nic innego nie byłam przygotowana. Chodziło mi tylko o to, aby w ogóle zjawić się w szkole i nie dostać napadu paniki. Mogłam nawet oddać pustą kartkę. Myślałam nawet przez krótki czas, aby zaliczyć tylko język polski, a do języka niemieckiego i matematyki podchodzić za rok, a tym razem rzeczywiście oddać puste kartki, nawet gdybym posiadała jakąś tam wiedzę. Paweł przekonywał mnie, żeby tego nie robić, a ja oczywiście nie zmierzałam go słuchać, ale w końcu sama zrozumiałam, że jednak to byłoby niepoważne z mojej strony. Tak więc mamy cel numer 1, ale na linii widnieje jeszcze „cel numer 2-zdanie matury”. Wiąże się on nierozerwalnie z „twardą decyzją” i niejako siłą rozpędu, której nabrałam, gdy już decyzja była ostateczna. Ja po prostu tak się rozpędziłam, że samo podejście do egzaminu już mi nie wystarczyło i musiałam zdać tę maturę i to zdać w miarę dobrze. Dochodzi do tego i nagle pojawia się coś nieoczekiwanego. Na rysunku mojego terapeuty jest to przerywana linia i dalej napis „pustka”. Bo faktycznie tak było i jest, zamiast cieszyć się osiągnięciem upragnionego celu i stawiać sobie następny, to u mnie pojawia się złe samopoczucie i właśnie uczucie wszechogarniającej pustki. Paweł stwierdził, że ja ciekawie reaguję na sukcesy, bo załamaniami. Faktycznie dziwne to i nie rozumiem , dlaczego tak jest. Może po prostu tak się spinam, aby osiągnąć mój cel, że potem już nie mam na nic siły i muszę odchorować? Ja to sobie tak tłumaczę. Paweł tłumaczy to nieco inaczej, a mianowicie, w tym konkretnym przypadku, tak mocno stresowałam się, że ten stres dalej we mnie jest. Można powiedzieć, że dalej znajduję się w tym obszarze czasowym, gdy był on największy, czyli między podjęciem „twardej decyzji” a „celem numer 1 czyli samym podejściem do matury”. I co z tym fantem zrobić? Postawić sobie następne cele. Gdzieś tam daleko majaczy mi taki cel czyli podjęcie pracy. To byłby taki główny cel, ale dobrze także, aby pojawiły się inne główne. Jednym z nich może być na przykład ślub. No i nie jest powiedziane, że cele mają być tylko główne, ale wypadałoby także mieć cele poboczne. Czyli jeśli praca to cel numer 1, to czemu mam nie mieć jakiegoś celu numer 1a i 1b i tak dalej? Właśnie tak to miałoby wyglądać.
Muszę powiedzieć, że tamta wizyta u mojego terapeuty dość dużo mi dała, chociaż potem żałowałam, że nie rozmawialiśmy jednak na inny temat, który mnie nurtował. Ale wróciliśmy do niego po miesiącu, co może i było mądrym posunięciem. W każdym razie wiem teraz na czym stoję, choć jak do tej pory odwlekam szukanie moich celów, bo po prostu nie mam na to siły. Myślałam nawet, że może choroba mi się nasiliła (podzieliłam się tą wątpliwością z Pawłem, ale on nie mógł się do tego odnieść, bo po prostu na tego typu chorobach się nie zna) i będę musiała zmienić coś w lekach, ale chyba obejdzie się bez tego. Mam taką nadzieję. Myślę, że jest ostatnio trochę lepiej, ale wolę nie pisać za dużo, bo jeszcze coś się odmieni. W każdym razie dużo mi też dała nie tylko rozmowa o celach, ale i niedawna wizyta, na której dość mocno się otworzyłam. Nie wiem jednak, czy będę o niej pisać, bo była chyba zbyt osobista. Zdecyduję za jakiś czas.

Czy było warto?

Już po wszystkim, wyniki są, maturalny stres za mną i … Ale może zacznę od początku. Z poniedziałku na wtorek, czyli z 4 lipca na 5 spałam nawet dość dobrze. I właściwie po przebudzeniu nawet nie bardzo myślałam o wynikach maturalnych, a raczej o śniadaniu. I dopiero po posiłku, zastanawiałam się jakby tu się zabrać do sprawdzania. Nie wiem, czy pisałam, ale parę dni przed datą ostateczną dzwoniłam do szkoły, żeby zapytać się, jak to właściwie będzie z tymi wynikami, czy może będzie jakiś apel czy coś. No cóż, już troszkę starsze ze mnie pokolenie, więc i pomysły nie najlepsze, a na pewno nie najnowsze. Miła sekretarka zaprosiła mnie do szkoły po odbiór hasła, dzięki któremu sama miałam dowiedzieć się jak mi poszło, ze strony OKE. To mnie dość mocno zaskoczyło, ale z drugiej strony, także ucieszyło, bo w ten sposób mogłam skrócić czas oczekiwania na wieści do minimum. Nie ma to jak nowe technologie! 5 lipca już jednak nie byłam taka zadowolona, bo nie bardzo wiedziałam, gdzie na stronie komisji mam wpisać swój login i hasło. Zadzwoniłam więc do szkoły. Kiedy się przedstawiłam, sekretarka od razu mi pogratulowała, co znaczyło, że maturę zdałam. Mało nie spadłam z fotela, bo do końca nie wiedziałam jak to będzie. Pozostało jeszcze sprawdzić, ile procent dostałam. Pracownik szkoły przyszedł mi z pomocą i już po chwili zobaczyłam moje procenty. Totalnie mnie one zaskoczyły. Najmniej język niemiecki pisemny, bo liczyłam na jakieś 80%, a otrzymałam 92%. Wybitnym znawcą tego języka nie jestem,  wolę pisać niż mówić i to pisanie wychodzi mi całkiem nieźle. Z rozumieniem ze słuchu też, o dziwo nie miałam dużych problemów, a czytać po niemiecku wręcz uwielbiam. Według mnie tegoroczna matura, oczywiście ta w starej formule, nie była z tego języka za trudna. Pewnie dlatego tak dobrze mi poszło. I pomyśleć, że głównie uczyłam się sama. Najbardziej bałam się matematyki, bo właściwie dopiero od lutego się za nią wzięłam, nie zdążyłam wszystkiego przerobić, a z arkuszy maturalnych z poprzednich lat też niewiele mi wyszło, bo zajrzałam może do dwóch. Jednak coś tam umiałam i trochę rozwiązałam, a to „trochę” wystarczyło na 44%. Nie jest to liczba powalająca, więc za rok chcę ponownie przystąpić do matury z matmy i podwyższyć ocenę, tak prznajmniej na 70%, jeśli się uda. A jestem w stanie tego dokonać, bo jeszcze przez dwa miesiące mam dostęp do kursu z tego przedmiotu w mojej szkole internetowej. Nadrobię więc braki, skupię się na arkuszach i będzie dobrze. Nie wiedziałam, co mam myśleć o języku polskim pisemnym, bo czułam, że więcej w mojej pracy było lania wody niż treści merytorycznej. Wybrałam temat oparty na fragmencie „Granicy”, którą czytałam co prawda 2 razy, ale pierwszy raz dość dawno, jeszcze w liceum stacjonarnym, a drugi raz już w szkole zaocznej, więc też parę lat temu. Posiłkowałam się więc streszczeniem, które przeczytałam niedługo przed maturą. Zresztą sam temat był dość fajny i właściwie niezbyt trudny, więc jeśli ktoś czytał lekturę nawet dawniej, to nie powinien mieć z nim problemu. Bardziej chyba bałam się testu, ale jednak ćwiczyłam tę część matury i nie wiem, czemu się tak jej obawiałam. No i okazało się, że jeśli nawet wydaje mi się, że napiszę źle, to i tak jest dobrze, bo otrzymałam całe 90%, co było dla mnie totalnym zaskoczeniem.

A teraz część najważniejsza mojej dzisiejszej opowieści, czyli próba odpowiedzi na pytanie – Czy ja się cieszę tą zdaną maturą? Jest to trudne pytanie, choć pewnie dla wielu będzie ono nielogiczne, bo jak się w ogóle można nad tym zastanawiać? Gdy odczytałam wyniki, ucieszyłam się. Od razu napisałam do znajomych, do niektórych też zadzwoniłam, aby podzielić się z nimi tą radosną wiadomością. Nie czekałam tym razem, jak pierwszego dnia matur, na reakcje z ich strony, bo obawiałam się, że może wszyscy zapomną. I pewnie by tak było, bo zanim ja zaczęłam pisać moje smsy, dostałam tylko jednego z zapytaniem, jak mi poszło, zresztą od osoby, od której bym się nie spodziewała takiej wiadomości. Tego pierwszego dnia cieszył mnie mój zdany egzamin dojrzałości, nawet drugiego, gdy odebrałam wymarzone świadectwo, nie było tak źle. Ale im dalej w las… Wiem, że powinnam być z siebie dumna, bo osiągnęłam naprawdę dużo, wiem, że spełniłam moje marzenie, wiem, że powinnam się cieszyć, a nawet powinnam być szczęśliwa, ale…nie jestem. W tym problem. Tak dużo straciłam energii na same przygotowania, tak wiele mnie kosztowało, żeby zawalczyć przez te kilka lat od skończenia szkoły o brak lęku, który mnie paraliżował i nie pozwalał ruszyć ani o krok do przodu, że teraz jestem wypompowana. Próbowałam różnych środków, aby do tej matury podejść, bo i przeszłam terapię pedagogiczną (oczywiście nie tylko o maturę tu chodziło, bo przy okazji rozwiązywałam i inne problemy), dodatkowo skorzystała z porady psychologa, zapisałam się na kurs prowadzony przez internetową szkołę, a więc poniosłam też niemałe koszta finansowe. I właściwie co z tego? Podeszłam, dałam radę, zdałam, mam dyplom. Koniec, kropka. Skończyło się coś ważnego dla mnie, na co bardzo ciężko pracowałam. Tak ciężko, że nie chciałam, aby jakiekolwiek inne myśli zaprzątały mi głowę. Tak więc byłam trochę zła, gdy prawie na ostatniej prostej doszło do dwóch niespodziewanych wydarzeń – mój ukochany mi się oświadczył, a mój terapeuta, a właściwie praktycznie już były terapeuta, zaproponował mi przejście na „Ty”. Zdenerwowałam się wówczas na nich obu, bo jak śmieli mi przeszkadzać i burzyć moje przygotowania. Chore to, wiem, bo przecież świat nie kręci się tylko wokół matury. Tylko że mój świat przez ostatni czas właśnie wokół tego jednaego wydarzenia się kręcił. I kiedy już osiągnęłam to, co chciałam, nagle dopadła mnie pustka. Bo co robić dalej, jak teraz żyć? Pan Paweł mówił mi kilka razy, że muszę mieć inne cele, mniejsze lub większe i do nich dążyć, a nie tylko ten jeden, ogromny cel, bo się wypalę. No i tak się stało. Myślę też, że i moja choroba odcisnęła tu swoje piętno, bo przez ogromny stres, właściwie od paru miesięcy nie czuję się dobrze. Niby już powinnam odsapnąć, ale niestety stan mojego zdrowia nie poprawia się, bardzo więc nad tym boleję. Nie bardzo wiem, co teraz robić. Czy to może pora na zmianę leków, czy też spróbować poprzebywać trochę na oddziale dziennym? Myślałam też o autoterapii, bo mam znakomite materiały, ale po prostu nie mam siły usiąść nad nimi. Chyba że wrócę do wizyt u mojego pedagoga, które i tak co jakiś czas się odbywają. Możliwości wiele, ale brak jednaego – chęci i motywacji. Sądzę, że ta matura trochę za wiele mnie kosztowała i gdybym mogła cofnąć czas, nie jestem taka pewna, że bym się jeszcze raz zdecydowała na ten cały maraton. To był niezwykle ciężki sprawdzian dla moich emocji, stanu zdrowia, po prostu dla mnie. I raczej go nie zdałam. Czy ja się jednak w ogóle umiem jeszcze czymś cieszyć, szczególnie moimi sukcesami? Coraz bardziej obojętnieję, już nie pamiętam, kiedy tak naprawdę szczerze się śmiałam, emocjonowałam czymś, nie pamiętam, co mi ostatnio sprawiło autentyczną radość. Zmieniłam się, to pewne, dojrzałam, ale utraciłam gdzieś te momenty dzicięcej beztroski, stałam się jednym, wielkim, chodzącym zmartwieniem. Nawet, gdy nie ma czym, to ja się martwię. Nawet, gdy nie ma powodu, to ja odczuwam niepokój. Choroba mi mocno dokopała przez te kilkanaście lat. Leki też dołożyły swoje, chociaż i tak ratują mi życie, bo bez nich nie funkcjonowałabym. Gdyby tylko nie stępiły moich emocji… Coraz więcej mam w sobie negatywnej energii, której nie umiem wydalić z siebie, co też mnie dobija. Czy ja się więc cieszę ze zdanej matury? Chyba tak, z naciskiem na chyba, ale to trudna radość. Cały czas mam teraz nadzieję, że poczuję się lepiej, stres maturalny po prostu któregoś dnia minie, a ja obudzę się z uśmiechem na twarzy. A jeśli nie? Może za dużo wymagam i teraz już tylko będzie tak, jak jest, czyli nijako, trochę smutno, nerwowo, bezbarwnie? Czuję się tak, jakby coś we mnie umarło, coś nieodwracalnie zniknęło. Bo i tak się stało. Miałam cel, zrealizowałam go w końcu i zapomniałam po drodze o innych celach. Właściwie mam teraz pewien pomysł, ale na razie cicho o tym, żeby nie zapeszyć. Tylko żeby ten ciągły niepokój i stres zniknęły, bo ciężko z nimi żyć.

Załamania pomaturalne.

Właściwie normalną sprawą jest, że praktycznie od stycznia, gdy na poważnie zaczęłam się przygotowywać do matury, byłam cały czas podminowana. Także niczym niezwykłym nie jest, że przez prawie cały maj nie czułam się dobrze. Stale towarzyszył mi stres i ogromne emocje. Ale miałam nadzieję, że gdy tylko zaliczę ostatni egzamin, odetchnę nareszcie pełną piersią i odprężę się. Na co ja jednak liczyłam! Wiem przecież, że u mnie musi być odwrotnie niż u przeciętnego człowieka. Jeszcze tego samego dnia, gdy zaliczyłam niemiecki ustny, czułam ulgę i umiarkowaną radość. Trochę bezmyślnie pobiegłam do kwiaciarni i od razu kupiłam piękny bukiecik złożony z pięciu cudnej urody róż, co miało symbolizować pięć egzaminów, do jakich podeszłam. Chciałam przesłać kwiaty pocztą kwiatową mojemu terapeucie, ale nie pomyślałam, że nikogo może nie być w domu. No i nie było go. Kwiaty wróciły więc do kwiaciarni, a ja odebrałam je następnego dnia i sama zaniosłam. Miała być niespodzianka, ale nie wyszło, no cóż, zdarza się. Stresowało mnie to nieźle, ale pomyślałam, że od następnego dnia to już na pewno będę spokojniejsza i bezstresowo poczekam sobie na wyniki, które mają być 5 lipca. Poleniuchuję, porobię to co lubię, wyśpię się. Akurat! Świat by się przecież zawalił, gdybym nie odchorowała tej mojej matury. Zawsze po czymś ważnym dla mnie tak mam. A więc zaczęły się lęki, napady paniki, napady agresji i płaczu, niechęć do wszystkiego, depresja, zmiany nastrojów, z przewagą grobowego, a przede wszystkim pojawiały się myśli samobójcze. Czasem mam tak, że takie myśli mnie mobilizują i wyciągają z dołka, ale tym razem pogrążały mnie jeszcze bardziej. Pewnego dnia nastąpiło coś, co było dla mnie nowością i co mnie przeraziło. Pamiętam, że słabo tego dnia spałam i to musiało mieć swoje konsekwencje. Otóż położyłam się, żeby odpocząć i wtedy naszły mnie bardzo silne myśli samobójcze, ale jakby nie moje, jakby obce, z zewnątrz. Po prostu mnie zaatakowały nagle i niespodziewanie. Nie wiedziałam, co robić, więc usiadłam i rozpłakałam się. To mi trochę pomogło. Nie chciałabym więcej doświadczyć czegoś podobnego, bo myślę, że to już podpada pod schizofrenię. Inne dni nie były jakoś szczególnie lepsze. Snułam się z kąta w kąt, wszystko mi zbrzydło, nic mnie nie mogło zająć, jak nic doświadczałam depresji i to tej, której nie cierpię. Któregoś dnia nawet zrobiłam głupstwo, ponieważ bardzo chciałam się uspokoić i zapomnieć choć na chwilę o wszystkim. Wzięłam więc tabletkę uspokajającą, ale nie tą co zwykle, tylko znalazłam gdzieś stare pudełko z kilkoma pastylkami już dawno przeterminowanego uspokajacza. No i uspokoiło mnie na dobre, bo spałam chyba ze cztery godziny, a gdy już wstałam, to byłam raczej średnio przytomna. Trzymało mnie zresztą do wieczora. Dobrze, że Aniołek był wtedy w pracy, bo chyba by pogotowie wezwał, gdyby mnie zastał śpiącą bez ruchu. No cóż, za głupotę się płaci. Resztę tych tabletek wywaliłam, ale potem trochę żałowałam, bo jednak, co by o tym nie sądzić, uspokoiły mnie. Jednak było, minęło. Tak się męczyłam po tej maturze, aż w końcu poszłam na wizytę do pana Pawła, bo nie widziałam innego wyjścia. Nawet go trochę chyba nastraszyłam moim smsem, ale wówczas miałam to gdzieś. Opowiedziałam mu trochę o egzaminach, bo wcześniej nie dawałam mu znać, jak mi poszło i czy w ogóle podeszłam do nich. A wszystko dlatego, że byłam bardzo rozżalona, ponieważ ani on ani normalnie nikt z moich znajomych nie napisał do mnie ani nie zadzwonił po maturze z polskiego. Jedynie mój narzeczony był tego dnia ze mną, reszta miała w nosie, czy ja chociaż poszłam na ten egzamin. Tak mnie to wkurzyło, że długo nie odpowiadałam na pytania, co tam z maturą, a niektórym do dnia dzisiejszegonie odpowiedziałam. Jednak podczas spotkania z panem Pawłem trochę się otworzyłam. Już nawet za bardzo nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy i co mi sugerował, ale pewnie  i to, żebym poszukała jakiegoś zajęcia, które da mi satysfakcję, oczywiście gdy lepiej się poczuję, bo ja zawsze swoje muszę odchorować.  Poruszyliśmy temat moich negatywnych myśli i stwierdził, że muszę przede wszystkim żyć dla siebie, a nie tylko dla kogoś, a w tamtym czasie tak właśnie było. Czułam, że egzystuję jedynie dla mojego ukochanego i życie bez niego nie miałoby sensu. To nie jest dobre, ale myślę, że lepsze niż gdybym w ogóle nie widziała sensu życia. No i taka postawa pomaga mi w najcięższych chwilach, bo mam wtedy osobę, do której kieruję moje wszystkie myśli i uczucia. Myślę, że jeśli ktokolwiek ma taką, chociaż jedną, osobę, dla której chce żyć, to już jest dobrze. Bo nie zawsze czujemy się na siłach, aby trwać dla siebie. Co jednak będzie, gdy zabraknie mojej opoki? Teraz o tym nie myślę, kiedyś w przyszłości będę się tym martwić. Mój terapeuta powiedział mi też coś, w co niespecjalnie chcę wierzyć, a mianowicie, że każdy na pewnym etapie swojego życia ma myśli samobójcze, nawet on je miał. Czy to możliwe? Być może, chociaż od myśli do planów i ich realizacji długa droga. I dobrze, bo inaczej ludzkość by wyginęła. Obecnie jestem na etapie ciągłego zamartwiania się o wyniki matury i nie bardzo mi wychodzi jakikolwiek relaks. Ostatnio nawet pisałam do mojego terapeuty, że gdyby nie mecze na Euro, to nie miałabym po co wstawać z łóżka. Właściwie to tylko sport, którego jestem zapaloną fanką, mnie ratuje, chociaż nieraz oglądam, bo oglądam, bez specjalnego entuzjazmu. Ale próbuję mieć choć odrobinę normalności w tym dole, w którym jestem.  Starłam się ostatnio z moim terapeutą, bo zarzucił mi, że nie robię dla siebie nic konstruktywnego, czegoś, co da mi radość. A było na początku tak pięknie, bo wspierał mnie i zachęcał do zajęcia myśli czym innym niż wyniki. Jednak, gdy dowiedział się, że ja właściwie zajmuję się pierdołami, nie spodobało mu się to. Tyle, że ja nie mam siły i ochoty na nic innego i dobrze, gdy w ogóle coś robię. W końcu, w odpowiedzi na smsa, że czasem trzeba się zmusić, żeby się chciało chcieć, napisałam, ze złością, że przy depresji endogennej się nie da zmusić, bo i tak to jest. A ja właśnie miewam napady takiej depresji, a nie tej na tle emocjonalnym. No i ucichło. Ale ja już byłam wkurzona, a to już jest nieźle, potem się popłakałam, więc to też było na plus, a w końcu myślenie i nastrój mi się rozjaśniły i poczułam się lepiej. Byłam potem z ukochanym na długim spacerze, w końcu poszłam do lekarza, dostałam doraźnie uspokajacz, ale okresowo mogę go brać codziennie, jeśli nie będę sobie radziła i nie zapomniałam na wieczór podziękować jednak panu Pawłowi. Czasem nawet jak mi dowali, to wyprowadza mnie na prostą. Cudów oczywiście nie ma, bo i nie spodziewam się ich, ale mam już małe, takie całkiem malusieńkie plany na ten tydzień, które może mają jakieś szanse powodzenia. A jeśli ja już coś planuję, to jest dobrze.  Dalej zapewne będę przeżywać tę moją maturę, dopóki nie odbiorę wyników, a może i potem, ale mam nadzieję, że już będzie spokojniej. Oby tak było, bo inaczej zwariuję do reszty. Dopiero po 5 lipca tak naprawdę się okaże, czy mój obecny nastrój wynika tylko z egzaminów, czy też to coś poważniejszego, bo może i tak być. Czy było warto podchodzić do matury, skoro już drugi miesiąc tak się męczę? Na razie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno przeszłam małe załamanie nerwowe, ale powoli dochodzę do siebie. Pan Paweł uważa, że nie będę żałować swojej decyzji, ale jeszcze nie bardzo potrafię mu wierzyć. Może wkrótce przekonam się o tym sama.

Moja wymarzona i znienawidzona matura.

Dzisiaj o jednym z największych koszmarów moich ostatnich lat, czyli o mojej maturze. Ten maj miał być dla mnie przełomowy – albo podchodzę do egzaminu dojrzałości albo nie i koniec, kropka. Nie chciałam za nic zdawać „nowej” matury, więc właściwie nie miałam wyjścia, bo ten rok był dla mnie ostatnim ze „starą” wersją. Może to poniekąd mi pomogło, bo zostałam tak jakby postawiona pod ścianą. W dodatku pan Paweł mnie motywował,  ukochany wspierał, tylko to nieszczęsne choróbsko broniło się rękami i nogami i kierowało mną za często. Jak wspomniałam największy kryzys miałam dwa dni przed maturą, to był totalny atak paniki i ogromna chęć ucieczki na koniec świata. Ale wytrzymałam, bo i nie miałam innego wyjścia. Mogłam mieć tylko nadzieję, że skoro panika już wystąpiła, to zapomni o mnie przed i w trakcie egzaminów. Wolałam się jednak jej spodziewać, bo miałam prawie pewność, że wtedy da mi spokój. To trochę dziwna sytuacja, ale gdy o niej nie myślę, to często pojawia się w stresujących sytuacjach, a gdy dopuszczam możliwość, że lęk mnie pokona, to prawie nigdy go nie ma. Zupełnie tak, jakbym go w jakiś sposób obłaskawiała. Pan Paweł też był tym trochę zdziwiony, ale stwierdził, że bardzo dobrze siebie znam i wiem, co mi pomaga. No, w końcu 17 lat doświadczenia robi swoje.

Miałam nadzieję, że chociaż pierwszego dnia matury ukochany będzie mógł mnie na nią zaprowadzić, żebym przypadkiem nie zwiała sprzed drzwi. Niestety, wypadła mu pierwsza zmiana w pracy. Ale jeszcze przed moim wyjściem z domu, rozmawialiśmy telefonicznie, więc wiedziałam, że mogę na niego liczyć. Zebrałam się za wcześnie, byłam w szkole też za wcześnie, ale nie mogłam wytrzymać w domu. Najgorsze chyba było czekanie pod zamkniętymi drzwiami sali, chociaż i potem różowo nie było. Jednak napisałam, nie spanikowałam, nie dostałam żadnego ataku, więc mogłam zaliczyć pierwszy egzamin za udany. Polski to zawsze był mój ulubiony przedmiot, starałam się do niego dobrze przygotować, ale myślę, że jednak trema i stres trochę mnie zżarły i za dużo było w mojej pracy „lania wody”, a za mało treści. Test też mi poszedł tak sobie. Ale co tam, może nie będzie tak źle. Przecież zawsze za rok mogę poprawiać, a najistotniejsze było to, że nie poddałam się, wytrwałam i jestem z tego powodu dumna z siebie. No i teraz już wiedziałam, z czym i jak tę maturę się je, więc na matematykę poszłam już może odrobinę mniej zestresowana. Tutaj nie liczyłam na dużo, bo po prostu nie zdążyłam wszystkiego przerobić i poćwiczyć, więc jeśli dostanę 30% to będę skakać pod sufit. A jak nie, to poprawię w sierpniu albo za rok. Zaskoczyło mnie, że ten przedmiot zdawało dużo osób ze „starej” formuły, niektóre po raz trzeci, bo polski po staremu pisałam tylko ja. Jednak ta matma to łatwa nie jest. Przed tymi egzaminami wolałam wspomóc się połową mojego pomarańczowego uspokajacza, chociaż podejrzewam, że i tak mi nic nie pomógł, bo to nie jest środek na codzienny, czy nawet nadzwyczajny stres, tylko na inne problemy. Ale chwytałam się każdej pomocy, jaka wpadła mi w ręce. Po kilku dniach miałam ustny polski i z tym egzaminem wiąże się dla mnie największe zaskoczenie. Otóż pod koniec kwietnia dostałam telefon ze szkoły, że egzamin jest przeniesiony na wcześniejszy termin. No i lekko spanikowałam, bo chciałam pisać pracę dopiero w maju, a nie już w kwietniu. Wprawdzie była to tylko formalność, bo miałam całe mnóstwo notatek, ale jednak trzeba było tę prezentację przemyśleć, poskładać w całość i nauczyć się. Tak więc zamiast ćwiczyć matematykę, wzięłam się za polski. Zrobiłam sobie bardziej pracę w punktach i opowiadałam, bo nie umiem uczyć się na pamięć. Wciąż musiałam ją skracać, ale i tak wyszła mi na ponad 15 minut. Na ostatnią chwilę wyszukiwałam jeszcze cytaty, bo to była moja jedyna pomoc. Nie bawiłam się w multimedia, bo nie znam się za dobrze. Najgorsze było oczywiście czekanie przed salą,  a mi przyszło na myśl, że ja tak do końca nie jestem przekonana, czy moja prezentacja jest na temat! Dobrze, że ja i jeszcze jednak dziewczyna zdawałyśmy na początku, jako „starszaki”. Z końcówką trochę poległam , musiałam szybko podsumowaywać, więc jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mam 100%!. Nie uważałam tej pracy za coś wybitnego, ale panie z komisji były zachwycone, stwierdziły, że dawno nie słyszały tak dobrego wystąpienia, powiedzianego z taką pasją. Nie byłam pewna, czy przewodnicząca nie jest przypadkiem polonistką z mojego starego ogólniaka, do którego chodziłam trzy lata. Ten fakt dodatkowo mnie usatysfakcjonował, ale i tak nie mogłam za szybko uwierzyć, że tak dobrze mi poszło. Następnego dnia miałam pisemny niemiecki, który pisałam sama. Powiedzmy, że sama, bo komisja musiała być. Głupio trochę, ale co zrobić? Prze prawie pół roku nie zajrzałam do notatek z języka, więc nie wiedziałam jak będzie, ale liczyłam, że nieźle. I faktycznie, tylko z pierwszym zadaniem miałam problem, tym ze słuchu, a reszta poszła dobrze. I potem cały tydzień czekania na niemiecki ustny. Moje nerwy już dawały mi do wiwatu i marzyłam tylko, aby nareszcie nadszedł dzień egzaminu. Tym razem, a także na ustny polski, odprowadził mnie narzeczony. Znowu czekanie i tym razem już „ starszaków” nie puszczono przodem. Jednak wolę pisać niż mówić po niemiecku, a i tak zdałam na prawie 77%, chociaż gdybym pouczyła się więcej mogło być i maksymalnie. Przecież te tematy miałam dość dobrze opanowane, ale coś tam pozapominałam, niestety. No i stres, jak zwykle. I tym, jakże miłym akcentem zakończył się mój maraton maturalny, który był niezwykle trudnym przeżyciem. Nie tylko dla mnie, bo i dla mojego Aniołka też. Czy było warto? Może to dziwne pytanie, bo właściwie powinnam wariować ze szczęścia. Przecież udało mi się spełnić jedno z moich marzeń. Czy to końca, to okaże się dopiero piątego lipca. Jestem dumna z tego co osiągnęłam, ale w kontekście tego, co wydarzyło się później, nie potrafię się jeszcze cieszyć. O tym jednak następnym razem.

Załamania przedmaturalne i oświadczyny.

Jak obiecałam, tak i dotrzymuję słowa, a więc dziś parę słów o samej maturze, przygotowaniach do niej i moim samopoczuciu już po egzaminie. Pewnie, jak zwykle, rozpiszę się. Dobrze byłoby, gdyby ktoś mnie nauczył pisać krótko, zwięźle i na temat, ale nie spotkałam jak dotąd takiej osoby. Dobra, już nie przedłużam i zaczynam. Tak naprawdę moje przygotowania, takie prawdziwe i właściwe, rozpoczęły się w styczniu, bo dopiero w grudniu zapisałam się na kurs języka polskiego i matematyki do pewnej szkoły internetowej. Żałowałam, że nie ma ona kursu z niemieckiego, ale nawet gdyby miała, to i tak już nie mogłabym się zapisać, bo za mało czasu było już do maja, a to nie jest raczej taka szkoła, która patrzy tylko na pieniądze, ale zależy im na pożądnym przygotowaniu ucznia do matury.  Niemiecki jednak nie jest mi obcy, bo uczę się go sama, więc właściwie specjalnie się nie przejęłam. W tych kursach ważne było dla mnie to, że już nie byłam zdana tylko na siebie, że miałam pomoc nauczycieli, którzy rewelacyjnie potrafili wszystko wytłumaczyć i dokładnie pokazywali, czego się trzeba nauczyć. To była nieoceniona pomoc, sama pewnie znowu uczyłabym się nie tego co trzeba. Problemem było na pewno to, że musiałam sporo sama nadrabiać, bo dołączyłam późno, ale nie zostałam z tym sama, bo mogłam skorzystać z odpowiednich materiałów, które szkoła mi dostarczyła. Nie mam pojęcia, czy w ogóle podeszłabym do matury, gdyby nie te kursy. I nie chodzi tu tylko o wiedzę, ale raczej opiekę, jaką tegoroczni maturzyści zostali otoczeni. Nie pamiętam, żeby ktoś mnie kiedykolwiek tak do czegoś mobilizował! Aż chciało się uczyć. Dlatego już po części egzaminów musiałam koniecznie zadzwonić do znajomej, która podsunęła mi pomysł na ten sposób nauki, bo dosłownie uratowała po części moją maturę. Właściwie powinnam jej zanieść bukiet kwiatów, ale jakoś nie miałam odwagi.

Oczywiście sprawy nie szły różowo, co może sugerować powyższy tekst. O nie! Przecież moja choroba musiała się odezwać i wbić mnie w ziemię tak, że nie mogłam się ruszyć. Jakiś czas przed egzaminami miałam ogromne trudności z normalnym funkcjonowaniem. Dopadały mnie ataki paniki, lęku, ciągłe wątpliwości, negowanie wszystkiego i wszystkich, ogólny bezsens i degrengolada. Dlatego też skorzystałam, jak już pisałam ostatnio, z pomocy znajomej pani psycholog, choć mam swojego terapeutę. Myślę jednak, że to właśnie pan Paweł bardziej mi pomógł, chociaż na początku nie umiałam tego zobaczyć. Dzień przed wizytą u niego doznałam nagle olśnienia, zrozumiałam, że przecież matura to nie koniec świata, że tak naprawdę najbardziej mi zależy, żeby po prostu do niej podejść, oczywiście do wszystkich egzaminów. Zdam to zdam, a jak nie zdam, to też nic się nie stanie, bo przecież mogę poprawiać. Tylko że dla mnie największym problemem było właśnie samo pójście na maturę, wstanie z łóżka tego dnia, zmuszenie się do wyjścia z domu, wejście na salę egzaminacyjną itp. Dobijało mnie to, że tak proste czynności są dla mnie często nie do przeskoczenia. Na wizycie pan Paweł starał się mi uzmysłowić, że nie taki diabeł straszny, jak go malują i że za bardzo skupiam się na samym egzaminie i całej otoczce. Zgadza się, nie potrafiłam wtedy myśleć o niczym innym, nie miałam żadnych planów, co dalej, po maturze. Była tylko ona i dalej pustka. A przecież życie toczy się dalej, a egzamin to tylko jeden etap. Ja się po prostu za bardzo angażuję, ale próbowałam zmuszać się do myślenia, co będę robiła w czerwcu, planować coś, może jakieś podróże ( obiecałam tacie przejażdżkę Pendolino ), żeby kompletnie nie zwariować. No i trochę mi się udało. Dodatkowo terapeuta narysował mi taki schemat, który położyłam sobie w widocznym miejscu i często na niego spoglądałam, a przedstawiał on strzałki odchodzące od słowa UWAGA, a na końcu każdej takiej strzałki napisane było STRES. Tym sposobem stres dzielił się i był gotowy do oswojenia. Pod spodem było jeszcze napisane ROZŁOŻONY. Chodziło naturalnie o stres. Pamiętam, że tak się głupio czułam po tamej wizycie, bo po raz pierwszy rozpłakałam się przed panem Pawłem. Do tej pory jedynym mężczyzną, przed którym płakałam był mój chłopak. Ale co miałam zrobić – byłam kompletnie załamana, lęk mnie dobijał i właściwie było mi wszystko jedno, co robię. Zresztą mój terapeuta okazał mi wyjątkową delikatność, nie naciskał, chociaż uwielbia gadać i woli rozmowę od milczenia. Nieocenioną pomocą był dla mnie w tamtym czasie mój ukochany, aż wstyd się przyznać, co on musiał znosić podczas moich ataków paniki. Jedynym właściwie jego zadaniem było trwanie przy mnie, trzymanie mnie za rękę i przekonywanie, że zrobię, jak będę uważała, a on i tak będzie mnie kochał. Niby niewiele, ale ja podziwiam go, bo wielu innych nie wytrzymałoby ciągłego napięcia, moich ataków płaczu, totalnej depresji, myśli samobójczych i innych „atrakcji”, które fundowałam prawie każdego dnia. Najgorzej było dwa dni przed maturą, gdy byłam nawet bliska zrezygnowania, ale na szczęście nie poddałam się temu nastrojowi. Aniołek to jedyny mężczyzna, który potrafi znieść wszystko i nie okaże mi ani odrobiny zniecierpliwienia czy gniewu. Ostatnio odstawiłam szopkę przed jego rodziną, a kiedy zapytałam, dlaczego nie jest na mnie zły, odpowiedział, że po prostu mnie kocha. Wie też, na co się decydował i co może go czekać, gdy zaczęliśmy się spotykać. To po prostu niezwykły człowiek, może także dlatego, że i sam choruje. Nie zapomnę na pewno nigdy dnia 7-go stycznia tego roku, gdy pokazał mi, że naprawdę mnie kocha i nie opuści, tego dnia bowiem oświadczył mi się, chociaż dawniej nie deklarował tego typu planów. Nie planujemy teraz ślubu, chcemy nacieszyć się narzeczeństwem, a później się zobaczy. Jednak jeśli miałabym wyjść za kogoś, to tylko za niego.

No i tak tu sobie piszę, rozpisuję się niemiłosiernie, a jeszcze słowem nie wspomniałam, jak przebiegała moja matura. Ale nic straconego, zrobię to następnym razem.