Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

miłość

Załamania przedmaturalne i oświadczyny.

Jak obiecałam, tak i dotrzymuję słowa, a więc dziś parę słów o samej maturze, przygotowaniach do niej i moim samopoczuciu już po egzaminie. Pewnie, jak zwykle, rozpiszę się. Dobrze byłoby, gdyby ktoś mnie nauczył pisać krótko, zwięźle i na temat, ale nie spotkałam jak dotąd takiej osoby. Dobra, już nie przedłużam i zaczynam. Tak naprawdę moje przygotowania, takie prawdziwe i właściwe, rozpoczęły się w styczniu, bo dopiero w grudniu zapisałam się na kurs języka polskiego i matematyki do pewnej szkoły internetowej. Żałowałam, że nie ma ona kursu z niemieckiego, ale nawet gdyby miała, to i tak już nie mogłabym się zapisać, bo za mało czasu było już do maja, a to nie jest raczej taka szkoła, która patrzy tylko na pieniądze, ale zależy im na pożądnym przygotowaniu ucznia do matury.  Niemiecki jednak nie jest mi obcy, bo uczę się go sama, więc właściwie specjalnie się nie przejęłam. W tych kursach ważne było dla mnie to, że już nie byłam zdana tylko na siebie, że miałam pomoc nauczycieli, którzy rewelacyjnie potrafili wszystko wytłumaczyć i dokładnie pokazywali, czego się trzeba nauczyć. To była nieoceniona pomoc, sama pewnie znowu uczyłabym się nie tego co trzeba. Problemem było na pewno to, że musiałam sporo sama nadrabiać, bo dołączyłam późno, ale nie zostałam z tym sama, bo mogłam skorzystać z odpowiednich materiałów, które szkoła mi dostarczyła. Nie mam pojęcia, czy w ogóle podeszłabym do matury, gdyby nie te kursy. I nie chodzi tu tylko o wiedzę, ale raczej opiekę, jaką tegoroczni maturzyści zostali otoczeni. Nie pamiętam, żeby ktoś mnie kiedykolwiek tak do czegoś mobilizował! Aż chciało się uczyć. Dlatego już po części egzaminów musiałam koniecznie zadzwonić do znajomej, która podsunęła mi pomysł na ten sposób nauki, bo dosłownie uratowała po części moją maturę. Właściwie powinnam jej zanieść bukiet kwiatów, ale jakoś nie miałam odwagi.

Oczywiście sprawy nie szły różowo, co może sugerować powyższy tekst. O nie! Przecież moja choroba musiała się odezwać i wbić mnie w ziemię tak, że nie mogłam się ruszyć. Jakiś czas przed egzaminami miałam ogromne trudności z normalnym funkcjonowaniem. Dopadały mnie ataki paniki, lęku, ciągłe wątpliwości, negowanie wszystkiego i wszystkich, ogólny bezsens i degrengolada. Dlatego też skorzystałam, jak już pisałam ostatnio, z pomocy znajomej pani psycholog, choć mam swojego terapeutę. Myślę jednak, że to właśnie pan Paweł bardziej mi pomógł, chociaż na początku nie umiałam tego zobaczyć. Dzień przed wizytą u niego doznałam nagle olśnienia, zrozumiałam, że przecież matura to nie koniec świata, że tak naprawdę najbardziej mi zależy, żeby po prostu do niej podejść, oczywiście do wszystkich egzaminów. Zdam to zdam, a jak nie zdam, to też nic się nie stanie, bo przecież mogę poprawiać. Tylko że dla mnie największym problemem było właśnie samo pójście na maturę, wstanie z łóżka tego dnia, zmuszenie się do wyjścia z domu, wejście na salę egzaminacyjną itp. Dobijało mnie to, że tak proste czynności są dla mnie często nie do przeskoczenia. Na wizycie pan Paweł starał się mi uzmysłowić, że nie taki diabeł straszny, jak go malują i że za bardzo skupiam się na samym egzaminie i całej otoczce. Zgadza się, nie potrafiłam wtedy myśleć o niczym innym, nie miałam żadnych planów, co dalej, po maturze. Była tylko ona i dalej pustka. A przecież życie toczy się dalej, a egzamin to tylko jeden etap. Ja się po prostu za bardzo angażuję, ale próbowałam zmuszać się do myślenia, co będę robiła w czerwcu, planować coś, może jakieś podróże ( obiecałam tacie przejażdżkę Pendolino ), żeby kompletnie nie zwariować. No i trochę mi się udało. Dodatkowo terapeuta narysował mi taki schemat, który położyłam sobie w widocznym miejscu i często na niego spoglądałam, a przedstawiał on strzałki odchodzące od słowa UWAGA, a na końcu każdej takiej strzałki napisane było STRES. Tym sposobem stres dzielił się i był gotowy do oswojenia. Pod spodem było jeszcze napisane ROZŁOŻONY. Chodziło naturalnie o stres. Pamiętam, że tak się głupio czułam po tamej wizycie, bo po raz pierwszy rozpłakałam się przed panem Pawłem. Do tej pory jedynym mężczyzną, przed którym płakałam był mój chłopak. Ale co miałam zrobić – byłam kompletnie załamana, lęk mnie dobijał i właściwie było mi wszystko jedno, co robię. Zresztą mój terapeuta okazał mi wyjątkową delikatność, nie naciskał, chociaż uwielbia gadać i woli rozmowę od milczenia. Nieocenioną pomocą był dla mnie w tamtym czasie mój ukochany, aż wstyd się przyznać, co on musiał znosić podczas moich ataków paniki. Jedynym właściwie jego zadaniem było trwanie przy mnie, trzymanie mnie za rękę i przekonywanie, że zrobię, jak będę uważała, a on i tak będzie mnie kochał. Niby niewiele, ale ja podziwiam go, bo wielu innych nie wytrzymałoby ciągłego napięcia, moich ataków płaczu, totalnej depresji, myśli samobójczych i innych „atrakcji”, które fundowałam prawie każdego dnia. Najgorzej było dwa dni przed maturą, gdy byłam nawet bliska zrezygnowania, ale na szczęście nie poddałam się temu nastrojowi. Aniołek to jedyny mężczyzna, który potrafi znieść wszystko i nie okaże mi ani odrobiny zniecierpliwienia czy gniewu. Ostatnio odstawiłam szopkę przed jego rodziną, a kiedy zapytałam, dlaczego nie jest na mnie zły, odpowiedział, że po prostu mnie kocha. Wie też, na co się decydował i co może go czekać, gdy zaczęliśmy się spotykać. To po prostu niezwykły człowiek, może także dlatego, że i sam choruje. Nie zapomnę na pewno nigdy dnia 7-go stycznia tego roku, gdy pokazał mi, że naprawdę mnie kocha i nie opuści, tego dnia bowiem oświadczył mi się, chociaż dawniej nie deklarował tego typu planów. Nie planujemy teraz ślubu, chcemy nacieszyć się narzeczeństwem, a później się zobaczy. Jednak jeśli miałabym wyjść za kogoś, to tylko za niego.

No i tak tu sobie piszę, rozpisuję się niemiłosiernie, a jeszcze słowem nie wspomniałam, jak przebiegała moja matura. Ale nic straconego, zrobię to następnym razem.

Moja Walentynka.

Dzisiejsze święto zakochanych to dobry moment, żeby napisać o osobie, która zmieniła moje życie. Zmieniła zdecydowanie na lepsze. Oczywiście mowa tu o moim chłopaku. Poznaliśmy się w 2006 roku, w ośrodku wsparcia dla osób z problemami psychicznymi. I w sumie przez prawie trzy lata nic się nie działo, byliśmy raczej dalekimi znajomymi. Nawet nie bardzo rozmawialiśmy ze sobą przez cały ten czas i gdyby nie moja inicjatywa pewnie nic by się nie zmieniło. Pewnego dnia, wracając z terapii, postanowiłam zadzwonić do tego właśnie znajomego, bo jakoś nie bardzo chciało mi się wracać do domu. Nawet nie wiem, kiedy mi dał swój numer telefonu, ale było to pewnie niewiele wcześniej. Kiedyś zapraszał mnie do siebie do domu i teraz postanowiłam skorzystać z zaproszenia. Pojechaliśmy jego samochodem na wieś, na której mieszkał z rodzicami. Wydał mi się strasznie speszony i może nawet trochę mrukliwy, bo raczej niewiele mówił. Pomyślałam jednak, że może jest nieśmiały i nie skreśliłam go na wstępie. I rzeczywiście okazał się raczej zamkniętym w sobie chłopakiem. Ale to mi nie przeszkadzało i miałam nadzieję, że będę miała sympatycznego kolegę. Zaczęliśmy częściej rozmawiać, a właściwie to ja mówiłam, pokazywał mi tajniki komputera i internetu, bo ja raczej nie byłam zbyt nowoczesna i czasem odwoził mnie do domu. Nie wspomniałam, że zanim byłam u niego w odwiedzinach, miałam też od niego zaproszenie do kina, ale nie skorzystałam, bo jakieś takie trochę niezręczne ono było i pewnie mi się nie spodobało. No ale wtedy tak naprawdę wcale mojego obecnego chłopaka nie znałam i nie miałam pojęcia, jaki to wartościowy człowiek. Nawet nie wiem kiedy, ale zakochałam się, chyba po raz pierwszy w życiu taką prawdziwą miłością, z motylami w brzuchu. Bałam się tego uczucia. Nie byłam pewna, czy związek dwóch chorych osób ma jakiś sens. Ale poddałam się miłości i nie żałuję. Okazało się, że podobałam się już wcześniej mojemu partnerowi, ale nie dał nic po sobie poznać. Zaimponowało mu choćby to, że to ja pierwsza do niego podeszłam, gdy był nowy na terapii i podałam mu rękę. Jednak gdyby nie moja inicjatywa, to pewnie nigdy nie bylibyśmy razem. Jak to mówi mój tato, zanim by się na cokolwiek zdecydował, to już oboje chodzilibyśmy o lasce. Czasem więc warto być odważnym, bo od tego może zależeć nasze szczęście. Jesteśmy już ze sobą ponad pięć lat i nic nie wskazuje, aby miało być inaczej. To już także trzecia zima, kiedy mieszkamy  wspólnie w wynajmowanym mieszkaniu w mieście. Było różnie, nie zawsze kolorowo, do czego nasze choroby też się przyczyniły, ale nie poddajemy się i wspólnie walczymy o tę miłość, bo jest tego warta. Nie wyobrażam sobie życia bez niego i raczej wolałabym być sama niż z kimś innym. Mój kochany daje mi wszystko to, czego mogę oczekiwać od mężczyzny. Późno mi się ta miłość przytrafiła, właściwie wcale jej nie oczekiwałam, może nawet nie chciałam, ale jeśli jest, to niech trwa.