Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

napady paniki

Taki dziwny powód do paniki.

Ostatnio mój mężczyzna stwierdził, że przydałaby się nam pralka. Pomysł bardzo dobry, bo do tej pory on prawie wszystkie swoje ubrania, poza skarpetkami, zawoził do domu rodzinnego, gdzie jego mama zajmowała się ich praniem w, notabene, jego pralce. Kupił ją paręnaście lat temu, gdy jeszcze sam mieszkał w mieście. Podobno sprzęt jest nie do zniszczenia, taki porządny. Ja swoje rzeczy prałam ręcznie, ewentualnie jakieś jaśniejsze czasem zawoziłam do swojego z kolei domku, gdzie korzystałam z pralki taty. Ale za to jakiej pralki, wirnikowej! Pewnie komuś wyda się to dziwne, jak można w 21 wieku mieć taki sprzęt do prania, ale tak po prawdzie, to zawsze moja rodzina taki miała. Jakoś tak ani nie było nas stać na automat, ani nie było gdzie i jak go podłączyć, bo dom poniemiecki, bardzo starego typu. Ale co ja się tu będę tłumaczyć, może to i wstyd mieć takiego ramola, ale mój staruszek tak po prawdzie innego nie potrzebuje, bo i do tego to nie za bardzo nie ma co wsadzić. Tak więc miała być u nas pralka automatyczna, ja chciałam jakąś tanią, otwieraną u góry, a mój chłopak wymarzył sobie konkretny model, z wyższej półki, otwieraną z boku. Tak trochę przymierzaliśmy się do jej zakupu jak do jeża, a właściwie to ja się nie mogłam zdecydować. W końcu to miało być coś nowego i innego, a ja ciężko reaguję na nowości. Wreszcie obejrzeliśmy jedną, potem innego dnia drugą, tę wybraną przez mojego faceta i wybór padł właśnie na nią. Jak dla mnie to ona coś za droga, ale jak nie płacę, to się nie będę wtrącać. Postanowiłam, że za to ja będę prać i kupować wszelkie środki piorące. Nawet do końca naszego wspólnego życia, a co. We wtorek przywieźli nam nasz elegancki sprzęt piorący, zainstalowali, włączyli i poszli. Coś tam trzeba było dokupić, więc wysłałam ukochanego do najbliższego sklepu z wszelkimi rzeczami przydatnymi dla majsterkowiczów. Ja natomiast podziwiałam pracę naszego nowego „domownika”. Tak sobie obserwowałam to pierwsze pranie rozruchowe bez wsadu i nagle pralka zaczęła wirować. Jak ja się przestraszyłam! Normalnie wpadłam w panikę, myślałam, że zaraz mi sprzęt rozsadzi od środka i pół mieszkania. To wirowanie skojarzyło mi się z pracą jakiegoś odrzutowca. Przyszło mi też na myśl pewne zdarzenie z dzieciństwa. Otóż pewnego dnia, gdy ja i brat byliśmy mali, mama poszła na chwilę do sąsiadki, a my zostaliśmy sami w domu. Mieliśmy kuchnię węglową, a na niej stały na ogniu 2 duże garnki z wodą, w których grzaliśmy wodę na mycie. W pewnej chwili woda zaczęła wrzeć i bulgotać, wydostając się na blat kuchenny. Bardzo się wtedy przestraszyłam i nie wiedziałam, co robić. Na szczęście zaraz przyszła moja mama i było po strachu. Ale mam to wspomnienie w głowie. I teraz wróciło ono do mnie. Nie namyślałam się więc długo i wcisnęłam pauzę na pralce. Po chwili zwolniłam nacisk, ale znowu zaczęła wirować jak szalona, więc kolejna pauza. Wrócił mój chłopak, a ja już wychodziłam z siebie i zaraz go zaatakowałam, że coś się zaraz stanie, że mógł jakąś tanią pralkę kupić, że będzie sobie sam prał itp. Agresywna byłam, ale nie krzyczałam, tylko podniosłam trochę głos. On jednak jest strasznie na takie zachowanie wyczulony i zaraz mnie sprowadził na ziemię słowami: ” Czego się drzesz?”. Oprócz tego, że już bałam się tej cholernej pralki, to jeszcze zaczęłam się jego bać. Absolutnie nie miałam do tego podstaw, bo wiem, że nie ma takiej możliwości, aby on był wobec mnie wrogi, rzadko się unosi. Nawet te słowa wypowiedział spokojnym tonem. Ale już miałam solidny atak paniki, więc siadłam na fotelu i płakałam jak bóbr, jednak tak jakoś z cicha, jakbym była nawet tym moim płaczem przerażona. Potem nie mogłam już wysiedzieć, to zawlekłam się do kuchni, gdzie dopadła mnie hiperwentylacja. Tak głęboko oddychałam, aż zakręciło mi się w głowie, do tego dalej szlochałam, co wyglądało jakbym za chwilę miała paść, albo jeszcze coś gorszego. Poszłam po jakimś czasie, gdy mój oddech się nieco uspokoił, znów do pokoju i już tylko czekałam, kiedy wreszcie mój chłopak pójdzie do pracy, bo jak do tej pory to stał i patrzył na mnie, nie wiedząc, co robić. W końcu wyszedł( jeszcze się mnie pytał o zgodę, może myślał, że się tabletek najem czy co), a ja od razu popędziłam do łazienki wyłączyć pralkę, bo wciąż była na pauzie, a potem dosłownie wyłam na fotelu, wydając  z siebie dość dziwne dźwięki. Gdzieś tam w międzyczasie łyknęłam środek na uspokojenie, więc po jakimś czasie atak minął. Zadzwoniłam wtedy do ukochanego, wytłumaczyłam co się ze mną działo i uspokoiłam go. Nawet po naszej rozmowie odważyłam się coś tam wyprać. Co prawda nie bardzo mi to wyszło, ale początki bywają trudne( dacie wiarę, że ja nigdy nie robiłam prania w automacie?). Teraz już poznałam tajniki sprzętu, ale trochę dalej się obawiam tego wirowania, jednak już nie reaguję paniką. Mam nadzieję, że przyzwyczaję się na dobre. Ale to wtorkowe doświadczenie było dla mnie okropne, nie chciałabym czegoś takiego więcej przeżyć, tym bardziej że wcześnie nie zdarzała mi się hiperwentylacja. Dziwne to też dla mnie, no bo jak można się tak przestraszyć zwykłego wirowania? Czy ja już całkiem nienormalna jestem czy co, czy z kosmosu się wzięłam? Widać, wszystkiego można się bać. Oj, te moje lęki, jak ja ich nie lubię, a już panika jest najgorsza. Ciężko z nią żyć. Ale jakoś żyję, czasem się męcząc i wciąż walcząc. Właśnie dziś byłam na kolejnej wizycie u psychopedagoga. Nawet nie wiem za bardzo o czym rozmawialiśmy, bo jeszcze przeżywam to wirowanie, ale nie czuję się źle, więc można wytrzymać. Teraz zrobię sobie dłuższą przerwę w wizytach, żeby za nimi zatęsknić i przyłożyć się bardziej do zadań domowych. I zobaczyć jak sobie radzę bez sesji. A radzić sobie muszę, nie ma bata.