Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

oddział dzienny

Remanenty oddziałowe.

Mam taką cichą nadzieję, że uda mi się w tym wpisie zawrzeć już całą resztę spraw związanych z moim pobytem na oddziale dziennym. Jeśli się trochę streszczę, to powinno się udać. Tylko właśnie z tym streszczaniem mam problem, bo wszystko wydaje mi się ważne. I oczywiście jest ważne. Ale dość tego wstępu, zaczynam. Przyszła mi na myśl właśnie jedna kwestia, którą koniecznie muszę zawrzeć w dzisiejszym wpisie. Pamiętam, że podczas pierwszego pobytu na dziennym byłam na początku bardzo spięta i zalękniona, nie wiedziałam, jak mam się zachowywać. Już dawno nie przebywałam w tak dużej grupie obcych mi ludzi, nie licząc oczywiście mojej Ani. Ale okazało się, że szybko nawiązałam kontakt z innymi pacjentami i świetnie się z nimi rozumiałam. Pamiętam pewną zabawę, którą zorganizowaliśmy na oddziale. Byłam pewna, że nie odważę się zatańczyć, a tymczasem cudownie się bawiłam przez kilka godzin, a po tej rozrywce, gdy wspólnie z kilkoma osobami siedzieliśmy na świetlicy i rozmawialiśmy, czułam się genialnie, taka swobodna i wyluzowana, jak chyba rzadko kiedy. Praktycznie zapomniałam wtedy o chorobie i swoich problemach. Równie świetnie bawiłam się podczas karaoke, nie wstydziłam się śpiewać, a nawet trochę potańczyłam z jedną z pań. Tak się otworzyłam podczas tego pobytu, że aż mnie to zdziwiło. W pewnym momencie jednak zdałam sobie sprawę, że trochę przedobrzyłam i to poniekąd zemściło się na mnie( opisałam w jaki sposób we wpisie „Bezmyślność”). W końcu miałam do czynienia z obcymi mi ludźmi, a nie grupą przyjaciół i powinnam zachować pewien dystans, nie na wszystko mogłam sobie pozwolić. Dlatego podczas drugiego pobytu przyniosłam ze sobą na oddział swój domek, jak to określiła moja terapeutka. Jakbym była żółwiem albo ślimakiem. Już się tak nie otwierałam, a gdy trzeba było, po prostu chowałam się do mojego domku i zamykałam drzwi na klucz. Myślę, że to nie była zła strategia, przynajmniej nie cierpiałam po jakiejś nieprzemyślanej sytuacji czy wypowiedzi. Ale z drugiej strony żadnej euforii też nie przeżyłam. Szkoda. Myślę jednak, że na tamten moment nie było to możliwe ze względu na negatywne skutki terapii, jakie wtedy odczuwałam. Nawet nie chciało mi się wówczas uczestniczyć w kolejnej zabawie i karaoke. Ten drugi pobyt był trudny, ale miałam na oddziale osobę, która pomagała mi go przetrwać. Nie pamiętam, czy Ania jeszcze wtedy przebywała na oddziale, jeśli tak, to oczywiście była dla mnie wsparciem. Ale tu akurat chodzi mi o jedną z pacjentek, dziewczynę trochę młodszą ode mnie, która zawsze była chętna do rozmowy ze mną. Także ciężko przechodziła terapię, nawet zmieniała terapeutę, ale może właśnie dlatego rozumiała, jak ja się czuję. Pocieszała mnie w konstruktywny sposób i zachęcała do szczerości z moją panią psycholog. Ona pierwsza wiedziała prawdopodobnie o moich myślach samobójczych i gdyby nie jej upór, to nie wiem, czy powiedziałabym o nich terapeutce. Jestem jej za to wdzięczna i miałam nadzieję, że utrzymamy kontakt poza szpitalem, ale jakoś na razie nam nie wychodzi, bo jest bardzo zajętą osobą. Może jednak kiedyś znajdzie i dla mnie trochę czasu. W każdym razie takie osoby jak ona potrafią zdopingować do leczenia i pewnych ważnych zachowań lepiej niż niejeden lekarz. Tyle o mojej znajomej. Nie mogę pominąć jeszcze jednej ważnej kwestii, a właściwie dwóch. Chodzi mi o kontakt z inną terapeutką i panią psycholog, która chyba nie miała tej specjalizacji( nie jestem tego na 100% pewna). Z panią terapeutką numer 2, że tak pozwolę sobie ją określić, miałam dość sporadyczne relacje. Na pewno uczestniczyła w terapii grupowej jako dodatkowy terapeuta, zdarzyło się, że ją prowadziła( w takiej sytuacji na koniec mojego ostatniego jak dotąd pobytu dowiedziałam się, że ma inną metodę pracy niż moja terapeutka, a mianowicie skupia się na czasie obecnym, a nie przeszłym). Pisałam już o moich dwóch kontaktach z tą panią, ale chciałabym wspomnieć i o trzecim, który mnie w sumie oburzył, choć daleka jestem od tego, aby podważać jej umiejętności czy zarzucić brak profesjonalizmu. Pamiętam dobrze, że było mi bardzo przykro, gdy pani psycholog stwierdziła na pewnym spotkaniu, że ja z jednej strony staram się przyciągać do siebie ludzi, a z drugiej mówię im:” Spierdalaj”(przepraszam za ten wulgaryzm, ale tak to właśnie ujęła). No cóż, może i coś w tym jest, ale wydaje mi się, że można to powiedzieć delikatniej. Zawsze gdy teraz widzę tą terapeutkę, przypominają mi się te słowa i robi mi się nieprzyjemnie. A może jestem przewrażliwiona? Podczas obecnej terapii wspomniałam o tym mojemu psychopedagogowi i on stwierdził, że nie pozwoliłby sobie na takie słowo wobec mnie, bo jednak jako kobieta jestem delikatniejsza i wrażliwsza. Raczej się z nim zgadzam. Nie mówię, że nigdy nie przeklinam, ale wiem, kiedy mogę sobie na to pozwolić i w czyim towarzystwie. Lepsze wspomnienia mam związane z panią nie-terapeutką(chyba). Wspomniałam już dawniej, że miałam z nią do czynienia na początku pierwszego pobytu, ale najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja z końcówki drugiego. Mojej terapeutki wtedy nie było, wybrałam się więc do tej pani na rozmowę. Źle się wtedy czułam po terapii, bolało mnie to, że nie potrafię i nie mam siły realizować mojego planu terapeutycznego, który sobie założyłam( zrobiłam listę problemów, które chcę poruszyć i które muszę rozwiązać). Psycholożka zasugerowała, abym po prostu zniszczyła ten plan i nie przejmowała się nim. Mam też od niej taką karteczkę, która świetnie obrazuje, dlaczego źle się czułam podczas terapii i jak ona działa. Zachowałam ją sobie i często na nią spoglądam. A przedstawia ona pewne zależności i konsekwencje pewnych zachowań: Gdy mówię o przeszłości, powoduje to złe samopoczucie, z kolei ono generuje lęk, a ten kieruje moje myśli ku przeszłości. I koło się zamyka. Proste i genialne zarazem. Ja to też tak rozumiem, że jeśli uporam się z przeszłością dzięki terapii, będę się lepiej czuła a lęk zaniknie. I nie będę już myślała, pełna niepokoju, o przeszłości. A jeśli będę myśleć o niej to już bez lęku. Jestem tej pani wdzięczna za tę wskazówkę i ciepło o nie myślę. Uff, udało mi się skończyć remanenty oddziałowe. Nie jest powiedziane, że jeszcze czegoś sobie nie przypomnę, ale na dziś to tyle.

Oddział dzienny po raz drugi.

Wiele osób powraca na psychiatryczny oddział dzienny. Jest to tzw. oddział terapeutyczny, a terapia musi potrwać. Czasem są to 2 pobyty, czasem 3 lub więcej, dla niektórych osób staje się on prawie domem. Po moim pierwszym spotkaniu z oddziałem, trwającym trzy miesiące, po krótkiej, ale koniecznej przerwie, i ja postanowiłam tam wrócić. Znowu na trzy miesiące. Chciałam przede wszystkim kontynuować rozpoczętą terapię psychologiczną, ale też zależało mi na kontakcie z innymi ludźmi. Udało mi się wyprosić pobyt trzy razy na tydzień, bo czułam, że codzienny, tzn. od poniedziałku do piątku, byłby dla mnie zbyt dużym wysiłkiem. Nie różnił się ten pobyt za wiele od poprzedniego, jeśli chodzi o zakres zajęć, które mnie obowiązywały. Nie były one specjalnie uciążliwe, ale dla mnie i tak stanowiły nieraz trudność. Poprzednim razem praktycznie cały czas brałam udział w terapii zajęciowej, nawet podobała mi się ona. Nauczyłam się podczas niej choćby haftu matematycznego. Po za tym sporo osób brało w tej terapii udział i sympatycznie nam się rozmawiało i przebywało razem, wykonując proste prace rękodzielnicze i popijając kawę albo herbatę. Jednak pod koniec pierwszego pobytu i prawie cały drugi, nie miałam już ochoty na te zajęcia. Kiepskie samopoczucie wykluczało mnie z aktywności. Właściwie jedyne zajęcia w jakich jeszcze chętnie brałam udział, to zajęcia relaksacyjne, chociaż nie mogłam pochwalić się tu sukcesami, bo ani razu nie udało mi się zrelaksować. Jednak było coś przyjemnego w słuchaniu ciekawej , delikatnej muzyki i pięknych tekstów czytanych przez terapeutkę. Nigdy nie było na tych zajęciach zbyt wiele osób, co też uważam za atut. Dzięki temu można było poczuć taką rodzinną, domową atmosferę. Nie zdarzyło mi się brać udziału w zajęciach sportowych na świeżym powietrzu, jeśli nie liczyć kilku spacerów z kijkami po pobliskim lesie. Mam duże opory, aby przełamać się i rywalizować z innymi w sporcie, nawet tylko zabawowo. Ten uraz pochodzi jeszcze ze szkoły, gdzie byłam słaba z lekcji w-f i zdarzyło się, że ktoś mnie wyśmiał z tego powodu. Chętnie za to uczęszczałam na gimnastykę na salkę gimnastyczną, gdyż tam czułam się pewniej. Nie znosiłam zebrań piątkowych całej społeczności oddziału, były one dla mnie krępujące i takie jakieś sztywne, czasem miałam wrażenie, że za bardzo je przeżywam. Ale musiałam na nich być, tak samo jak na sesjach terapeutycznych grupowych i indywidualnych, z tym, że po to właśnie zgłosiłam się do szpitala, aby mieć możliwość odbycia takich sesji. Żałowałam, że nie ma na oddziale takiego miejsca, gdzie można się ukryć podczas gorszego dnia. Na terapii było sporo osób i grało radio, na świetlicy też ludzie i włączony telewizor, zostawał ewentualnie korytarz, ale i tu sporo osób się kręciło. Jednak często tu siadywałam, żeby trochę się odseparować, czasem popłakać. Czasem na tyle nie radziłam sobie z sobą, że spędzałam dzień albo kilka dni w domu, a w między czasie dzwoniłam na oddział, że jestem przeziębiona albo wymyślałam inne kłamstwo. Pewnie nie brzmi to za ciekawie, bo przecież z własnej woli poszłam na leczenie, ale myślę, że sporo się wyjaśni już niedługo, gdy zrobię wpis o mojej terapii na dziennym. Za drugim razem nie miałam zmienianych leków, bo raczej mało możliwe, aby te, które brałam przestały nagle działać po pierwszym pobycie( wtedy dostałam inny antydepresant ). Trochę zwiększono mi dawkę jednego medykamentu, ale potem wróciłam do poprzedniej, bo okazała się za wysoka. Co do lekarzy, nie miałam uwag. To dobrzy fachowcy. Czasem tylko męczyły mnie cotygodniowe wizyty u nich, bo nie bardzo wiedziałam, co mam mówić, gdy nic się w moim stanie zdrowia nie zmieniało. Chciałam jeszcze wspomnieć o czymś z pierwszego pobytu, a mianowicie nie miałam wtedy terapii od początku i w sumie zwątpiłam w pewnym momencie, czy będę ją mieć. Mieliśmy wtedy na oddziale 2 panie, chyba na stażu i to z nimi pacjenci się spotykali, raz w tygodniu wszyscy razem w świetlicy, a dodatkowo też indywidualnie z jedną z pań. Moja psycholożka tak sobie mi się podobała. Miałam z nią kilka spotkań. Nie podobało mi się to, co powiedziała o moim partnerze, tz, że jest on jakoby dla mnie tylko figurantem i właściwi mój związek z nim jest dobrym wstępem do innych związków. Sęk w tym, że nie zamierzam oglądać się za innymi facetami, bo jestem wybitnie monogamiczna i wierna jak pies. Na to samo mogę liczyć z jego strony. Czy to takie dziwne? Pani psycholog uznała też, że owszem potrzebuję terapii i nawet tak trochę po cichu zasugerowała swój gabinet, tak mi się przynajmniej wydawało. Następnego dnia rozpłakałam się na zajęciach i zaprowadzono mnie do jednej z naszych oddziałowych pań, która stwierdziła, że nie muszę nigdzie szukać, bo tu będę mieć terapię, na miejscu i za darmo. To mnie uspokoiło, bo w sumie to już chciałam rezygnować z oddziału. Przecież nie po nowe leki przyszłam, które zawsze mogła mi wypisać moja lekarka, ale chciałam coś na stałe zmienić w moim myśleniu i zachowaniu. Czy mi się to udało? To już temat na zupełnie inny wpis.

Bezmyślność.

Podczas mojego pierwszego pobytu na oddziale dziennym zaszła pewna sytuacja, która mocno mną wstrząsnęła. Praktycznie zawsze miałam problem z nawiązywaniem kontaktów z innymi ludźmi, szczególnie z rówieśnikami. Wynika to z pewnych traumatycznych wydarzeń z przeszłości, o których może kiedyś odważę się napisać. Może traumatycznych to za duże słowo, ale ja tak je wtedy postrzegałam. Wracając do dziennego, jak już pisałam poprzednio, odbywała się tam przede wszystkim terapia grupowa. Raz w tygodniu. Część pacjentów była w grupie terapeutycznej, a część we wspierającej. Nie umiem powiedzieć czym te grupy się różniły, ale ja byłam w tej pierwszej, troszkę mniejszej objętościowo. Już pisałam, że nie wiem, czy ja się do takiej terapii nadaję, bo opowiadać innym o swoich problemach nie jest łatwo. Niby można też nic nie mówić, ale to też nie jest proste, czasem samo słuchanie bywa bardzo obciążające. Oczywiście obowiązują pewne zasady na takiej grupie, które są spisane i wiszą w widocznym miejscu. Każdy musi się z nimi zapoznać i starać się je respektować. No i niestety zdarzyło mi się złamać jedną z tych zasad, a mianowicie wspomniałam o czymś, co było poruszane na terapii. Gdy sesja się skończyła, zagadnęłam jedną z osób na temat, który poruszyła. Ale zamiast zrobić to dyskretnie, ja zrobiłam to przy postronnych osobach. Nie wiem, dlaczego tak się stało, zgłupiałam po prostu, za pewnie poczułam się na oddziale i stało się. Zagadnięta osoba przypomniała mi o zasadach z ogromną złością i zrozumiałam swój błąd. Poczułam się strasznie, miałam potworne poczucie winy. Natychmiast zaczęłam przepraszać, ale spotkałam się z wrogim nastawieniem. Nie wiedziałam, co mam robić, zaszyłam się w innym pomieszczeniu, gdzie mogłam być sama i rozpłakałam się. Nie pamiętam już, kiedy tak okropnie płakałam, prawie wyłam. Nad swoją głupotą, nad tym, że naruszyłam czyjeś terytorium, że nie przyjęto moich przeprosin. Żałowałam, że tak bardzo otworzyłam się na ludzi, co spowodowało u mnie jakiś dziwny zanik zahamowań, a przecież trzeba się kontrolować, bo można kogoś zranić.  Przecież ja się tak nie zachowuję na co dzień. Jedyną moją myślą było jak najszybsze wypisanie się z oddziału, bo jak tak podła osoba może nadal tam przebywać. Czułam się, jakbym kogoś zabiła albo okradła, przecież nieprzemyślane słowa też ogromnie ranią. Tak sobie siedziałam zapłakana, aż osoba, którą skrzywdziłam, znalazła mnie. Wyjaśniłyśmy sobie wszystko i przyjęła moje przeprosiny, nawet stwierdziła, że może za bardzo wybuchła, że to wszystko nie było warte takiej reakcji. Ale ja dalej czułam się fatalnie i unikałam tej osoby od tamtej pory, żeby przypadkiem jakimś nieostrożnym słowem czy gestem znów jej nie zranić. Na szczęście niedługo później wychodziłam z oddziału i raczej było prawdopodobne, że już się nie spotkamy. Ale ja dalej mam poczucie winy i czasem jeszcze przeżywam tamtą sytuację. A przecież jestem tylko człowiekiem i mam prawo popełnić błąd, zrobić coś nie tak, nie mogę być doskonała. Tylko, że ja chcę być chyba doskonała, lubiana, akceptowana przez wszystkich i na tym polega mój problem. Gdy kogoś zranię, nieraz przeżywam może to bardziej niż moja „ofiara”. Ale czy można cały czas się kontrolować, czy można panować nad każdym słowem, gestem? Nieraz zdarzy się zrobić komuś przykrość nieświadomie, bez złych intencji. W tym konkretnym przypadku też nie planowałam nic złego, poniosła mnie bezmyślność, ale czy to mnie usprawiedliwia? Ja nie potrafię siebie usprawiedliwić.

Oddział dzienny.

Ostatnio myślałam, żeby wybrać się na oddział dzienny psychiatryczny, ale teraz już nie jestem co do tego pomysłu przekonana. Postanowiłam jednak napisać dziś o moim wcześniejszym pobycie na takim właśnie oddziale. Dowiedziałam się, że taki oddział powstał już chyba kilka lat temu. Oczywiście mieści się on i przynależy do całego szpitala psychiatrycznego w moim mieście. To bardzo dobra alternatywa dla pacjentów, którzy nie muszą przebywać na zamkniętej psychiatrii lub boją się i nie są w stanie wytrzymać w zamknięciu. Czyli to coś dla mnie. Kiedy jeszcze byłam na oddziale zamkniętym, ale jako dochodząca pacjentka, nie sądziłam, że w ogóle istnieją takie dzienne oddziały. Wiem, że gdy gorzej się czułam i pytałam moją lekarkę kilka lat temu, gdy nie było jeszcze otwartego oddziału, czy mogłabym dojeżdżać na zamknięty i przebywać tam tylko w dzień, nie było już takiej możliwości. Dlatego tak ucieszył mnie nowy projekt szpitala. Najpierw była tam moja Ania i raz ją wtedy odwiedziłam. Bardzo mi się spodobało. Sam budynek i pomieszczenia były sympatyczne i przytulne, choć może troszkę za małe. Ale za to kolorowe, przystrojone i zachęcające. Pomieszczenie do terapii i świetlica z kilkoma kanapami, fotelami i telewizorem, salka gimnastyczna i do relaksacji oraz oddzielne gabinety dla lekarzy i psychologów też robiły przyjemne wrażenie. Zdecydowałam się więc na pobyt na tym oddziale, bo właśnie miałam dość spory kryzys. Poniekąd też namówił mnie do tego też pewien specjalista z innego miasta, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Było to jakieś ponad rok temu, gdy trafiłam na oddział. Bałam się najbardziej zmiany leków, ale roszada nie była zbyt duża, zastąpiono mi tylko jeden lek antydapresyjny drugim. Wprawdzie lekarz chciał mi wycofać neuroleptyk, ale gdy usłyszał, że bez niego jestem agresywna i nieobliczalna, zmienił zdanie. Miała kontakt tam z dwoma lekarzami i bardziej przypadła mi do gustu pani doktor, ale na doktora też nie mogę narzekać. Ogólnie cały personel był bardzo w porządku, szczególnie siostra oddziałowa i dwie przemiłe młode terapeutki zajęciowe, które pracowały z ogromną pasją i zaangażowaniem. Po raz pierwszy spotkałam osoby tak otwarte na problemy nas, chorych, nie wywyższające się i tolerancyjne. Potrafiły ze mną rozmawiać, pocieszać, przytulić. Aż było dla mnie dziwne, że osoby zdrowe mają tak wspaniałe podejście. Jeśli chodzi o zajęcia, to miałam spotkania z lekarzami, terapię zajęciową, rysunek terapeutyczny, psychoedukację, co tydzień spotkania społeczności oddziału, zajęcia sportowe czyli gimnastykę, zajęcia z gliną ( rzeźbienie, formowanie ) ale one były poza oddziałem więc raczej w nich nie brałam udziału, terapię tańcem czyli taniec w kręgu, relaksację ( notabene coś mi te zajęcia nie wychodziły, za dużo napięcia w sobie miałam ), spacery, chodzenie z kijkami i przede wszystkim psychoterapię grupową i indywidualną, bo to głównie oddział psychoterapeutyczny. Oczywiście zapewniony był obiad, można było nawet wziąć prysznic, czasem zdarzały się miłe akcenty w postaci zabawy, karaoke. Była możliwość zrobienia też sobie kawy czy herbaty, ale produkty już we własnym zakresie. No i wspólne świętowanie urodzin, jeśli ktoś miał ochotę oraz celebrowanie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Przez pierwsze tygodnie miałam właściwie tylko terapię grupową, gdyż mieliśmy na oddziale stażystki i zamiast psychoterapii indywidualnej odbywały się spotkania z nimi. Część pacjentów miała spotkania z jedną z nich, część z drugą. Dopiero po ich odjeździe weszły do pracy psychoterapeuci. Ja od dawna wiem, że potrzebuję takiej formy wsparcia, ale do tej pory nie miałam takiej możliwości. Czy mi coś dały te sesje? Trudno powiedzieć. Miałam je raz w tygodniu i poza tym terapię grupową. Na tej drugiej długo nie mogłam się otworzyć i w sumie nie wiem, czy to jest forma terapii dla mnie. Kiedyś czytałam, że nie każdy się do niej nadaje, ale jak ze mną jest to naprawdę trudno powiedzieć. Wolałam posiedzenia sam na sam z terapeutką, choć i z tych chyba nie za dużo wyniosłam. Bardzo źle się czułam po tych spotkaniach, ale podobno to znak, że terapia działa. Najpierw musi być źle, żeby później mogło być lepiej. Jeśli chodzi o kontakty z innymi pacjentami, to początkowo sprawiały mi trudności, ale po pewnym czasie nawiązałam bliższe relacje i w miarę dobrze czułam się w ich gronie. Może nawet w pewnym momencie za bardzo się otworzyłam i poniekąd dostałam za swoje, chciałam nawet zrezygnować z oddziału. Ale wytrzymałam cały turnus czyli 3 miesiące. Nie wspomniałam, że pobyt był od poniedziałku do piątku, od mniej więcej godziny 9-tej do 14-tej. Leki częściowo dostawałam na oddziale, a po części otrzymywałam je do domu. 3 miesiące to jednak zbyt krótki okres, by mówić o widocznych efektach w terapii, przynajmniej tej mojej, więc zdecydowałam się na drugi pobyt.