Kalendarz

Październik 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

odrzucenie

Mały dodatek do poprzedniego wpisu.

Ostatnio strasznie pesymistycznie pisałam, ale przypomniało mi się też pewne dość zabawne wydarzenie, które miało miejsce dobre parę lat temu w ośrodku wsparcia dla osób z problemami psychicznymi. Miałam tam pewną znajomą, która szczególnie uwielbiała opowiadać mi o swoich problemach, czasem też urojonych, ale nie przeszkadzało mi to, bo raczej jestem dobrym słuchaczem. Czułam się też dowartościowana, że jestem komuś potrzebna. Pewnego dnia umówiłam się z ową znajomą na spacer po mieście po zajęciach na terapii. Jakież było moje zdziwienie, gdy koleżanka nagle wyszła z inną dziewczyną, nie wyjaśniając mi nic, tym bardziej, że do ośrodka już nie wróciła. Zapytałam ją następnego dnia, czy coś się może stało, a ona najzwyczajniej w świecie odparła, że zapomniała o naszych planach, ponieważ nasza wspólna znajoma zaproponowała jej…lody. Osłupiałam, nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Dziś mnie to śmieszy, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Moje cierpliwe wysłuchiwanie problemów przegrało z lodami, a to dobre. Że też ja nie pomyślałam o jakimś słodkim deserze dla koleżanki, skoro tylko tyle jej wystarczyło do szczęścia. I na koniec taka mała dygresja – po co niektórzy tak chętnie dzielą się swoimi numerami telefonów, skoro potem nie chce im się nawet odpisać na smsa otrzymanego raz na pół roku, choćby z okazji świąt? Albo zapewniają, że oczywiście jak najbardziej chcą kontynuować znajomość, po czym słuch o nich zanika? Zawsze mnie to zadziwia, wciąż od nowa.

Nie mam szczęścia do znajomych.

Miałam pisać o czymś innym, ale wczorajsza sytuacja sprowokowała mnie do pewnych przemyśleń i postanowiłam podzielić się nimi na gorąco. A mianowicie w piątek koleżanka zapytała mnie, czy ja i mój chłopak wybieramy się gdzieś w sobotę, czyli wczoraj. Odparłam, że dam jej znać telefonicznie, jeśli będziemy w domu i zaprosimy ją bardzo chętnie do siebie. Nie oczekiwałam oczywiście, że znajoma będzie czekać w napięciu na mój telefon, rzuci wszystko i przyjdzie natychmiast po moim sygnale, ale jednak nie spodziewałam się reakcji, która nastąpiła. Dzwoniłam kilka razy, wysłałam smsa z zaproszeniem, a tu zero odzewu. Dopiero grubo po godzinie 22 dostałam wiadomość, że jej się telefon rozładował. A przecież to jej zależało na wizycie, sama się dopytywała, czy będziemy w domu. Czy to w takim razie tak ogromny problem naładować telefon? Ponieważ koleżanka też choruje, więc zrozumiałabym, gdyby źle się czuła i nie była w stanie przyjść, a nawet zadzwonić, ale jednak po czasie przydałoby się jakieś krótkie, rzeczowe wyjaśnienie, może słowo „przepraszam”. Jak dla mnie to nieco dziecinne jest tłumaczenie się rozładowanym telefonem, w końcu miała całą dobę na jego naładowanie. Oczywiście można nie mieć siły nawet na naładowanie komórki, ale jednak nie zrobić tego przez cały dzień?  Zresztą to nie pierwsze takie zachowanie znajomej, już wcześniej zdarzało jej się po prostu nie przyjść na spotkanie i to bez słowa wyjaśnienia. Na dodatek już po wszystkim zdarzało się, że nawet nie próbowała się tłumaczyć, tak jakbym była powietrzem.  Niestety nie pierwsza to osoba, która mnie tak traktuje i zapewne nie ostatnia. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa pewną koleżankę, może nawet jakby przyjaciółkę, z którą dobrze się rozumiałam. Byłyśmy najbliższymi sąsiadkami i połączyła nas mocna więź. Ale niestety wszystko skończyło się w 2 klasie szkoły podstawowej, kiedy to do mojej wsi sprowadziła się nowa dziewczyna. Co prawda chodziła do mojej klasy, ale zaprzyjaźniła się z moją koleżanką. Nie miałabym nic przeciwko temu, abyśmy tworzyły trio, jednak dziewczyny wolały tylko swoje towarzystwo. Wyznaczyły mi miejsce trochę na uboczu, co bardzo mnie zraniło i zabolało. Podobna sytuacja miała miejsce w szkole średniej, choć jednak trochę się różniła. Poznałam wtedy pewną dziewczynę, z którą tworzyłam zgrany duet. Może nie była to przyjaźń, ale na pewno dobre koleżeństwo. Gdy zachorowałam, nic się na początku nie zmieniło, wręcz słyszałam zapewnienia, jak to po szkole będziemy dalej się kumplować.  Niestety zrezygnowałam ze szkoły, sądziłam jednak, że to nie zmienia naszej sytuacji. Myliłam się. Najwidoczniej koleżanka dowiedziała się, jaka to choroba, wcześniej nie miała tej wiedzy, i zerwała ze mną kontakt. Dzwoniłam do niej, pisałam, ale bez skutku. Nawet nie to było najgorsze, że nie chciała tego kontaktu, ale brak jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia, prostego „Nie chcę już się z Tobą kolegować”.  Były jeszcze takie sytuacje, podobne i nieco inne, ale wszystkie one dały mi do myślenia. Zrozumiałam jak łatwo można zostać porzuconym, czasem nawet bez powodu. Doszłam do wniosku, że coś jest takiego we mnie, że to moja wina, iż ludzie po pewnym czasie już nie chcą utrzymywać ze mną żadnych stosunków. Ale po okresie obwiniania trochę zmieniłam zdanie. Zawsze dużo dawałam z siebie w koleżeństwie, byłam doskonałym słuchaczem, taką poduszką, w którą każdy mógł się wypłakać. Byłam na każde zawołanie, ale kiedy ja czegoś potrzebowałam, nagle robiła się pustka. Dawałam, a nie umiałam brać, może nie chciałam, a może to inni nie chcieli lub nie umieli dawać z siebie. Niestety tak się dzieje nadal, choć staram się to zmieniać. Nie bardzo jednak potrafię. Wygląda na to, że jestem takim wieszakiem, rzepem dla innych, dla ich problemów, a gdy już nie mają potrzeby uwieszania się na mnie albo przypinania do mnie, po prostu staję się zbędna. A co się robi z niepotrzebnym zużytym wieszakiem? Wyrzuca na śmietnik.  Nawet się już do tego przyzwyczaiłam, ale jednego nie mogę zrozumieć. Dlaczego inni nie potrafią zerwać znajomości w sposób kulturalny albo nawet i nie? Wystarczyłoby mi nawet jakieś” Miło było, ale żegnaj”, jakiś jeden telefon, sms, list. A może ja za dużo oczekuję, za bardzo przywiązuję się do innych i dlatego tak potem cierpię? W takim razie to ja mam problem. Zastanawiam się co zrobię teraz jeśli chodzi o stosunki z moją koleżanką. Może w końcu to ja zerwę znajomość, albo powiem, co mi się nie podoba w jej zachowaniu. Nie wiem tylko, czy się odważę, trochę na to za lękliwa jestem, zawsze składam uszy po sobie i udaję, że nic się nie stało. Potem płaczę w poduszkę albo wściekam się na siebie za swoją nieporadność. Czas chyba z tym skończyć.