Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

PMS

Czy musiało się do mnie przyczepić PMS?

Powinnam już dawno zrobić wpis o PMS, ale jakoś tak odkładałam ten temat, bo może nie wypada, bo po co pisać o tak intymnych sprawach itp. Ale dziś tak sobie pomyślałam, że to jednak ważny problem, co prawda dotyczący bezpośrednio tylko pań, ale panów poniekąd również, bo raczej nie ma takiego, który nie znałby jakiejś kobiety z tą dolegliwością. Tak na wszelki wypadek, jeśli znajdzie się pan, który tu zajrzy, to służę wyjaśnieniem, że owo PMS to nic innego jak Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego. Pewnie nikogo nie obchodzi moje PMS, poza moim facetem oczywiście, ale gdyby tak jednak ktoś był zainteresowany co piszę na ten temat, to zapraszam do lektury. Dlaczego zdecydowałam się poruszyć ten wątek? Myślę, że jest ważny dla wielu kobiet, które tak jak ja, zmagają się z tym problemem. Łączę też wystąpienie u mnie dolegliwości z chorobą podstawową czyli zaburzeniami psychicznymi jak i terapiami. Odkąd pamiętam, nie miałam jakiś większych problemów z ”trudnymi dniami” czy raczej z czasem przed ich wystąpieniem. Ot, towarzyszyły mi podobne dolegliwości, jakie ma wiele kobiet. Nawet choroba nie spowodowała większych zmian. Ale do czasu. Pierwsze problemy nie wiązały się raczej z PMS, a z zanikiem miesiączkowania lub większymi przerwami spowodowanymi przez jeden z neuroleptyków. Najgorsze było to, że początkowo lekarz nie łączył mojego problemu z lekiem i odsyłał mnie do ginekologa, który oczywiście nic nie stwierdzał. A ja się męczyłam, czułam się cały czas jakbym była w stanie przed miesiączką, nie mogłam się uspokoić, wciąż chodziłam rozdrażniona i zła. Rzuciło mi się wtedy strasznie na psychikę. Nie znam się na lekach jak specjalista, więc sądziłam, że może zwariowałam do reszty. Ale te problemy z regularnością cyklu mówiły mi, że jednak chyba nie do końca tak jest. W końcu jeden z lekarzy w poradni zlecił mi badanie na prolaktynę. I to był strzał w dziesiątkę. Miałam jakiś kosmiczny wynik, ileś razy przekraczający normę. Okazało się, że mój lek jak najbardziej może wywoływać hiperprolaktynemię. Może, ale nie musi. Niestety, u mnie wywołał. Zmniejszono mi dawkę do najmniejszej możliwej, ale to nic nie pomogło. Moja ówczesna lekarka była wielce zdziwiona i stwierdziła, że ja się po prostu nie mieszczę w normie, skoro taka podprogowa dawka tak na mnie działa. Jeszcze jakiś czas nie odstawiała mi leku, tylko przepisywała inny preparat obniżający prolaktynę, ale samo w sobie nie miało to większego sensu. Zaaplikowała mi taki koktajl podnosząco-obniżający hormon, co nic nie dało i męczyłam się dalej. W końcu odstawiła mi lek. Nareszcie poczułam ulgę, co prawda względną, ale jednak. Moja gospodarka hormonalna wróciła do normy. Nie można powiedzieć, żebym ja do niej wróciła. Fatalnie się czułam nie mając  miesiączki, a z nią nie było lepiej. Wiadomo, nie miałam żadnego neuroleptyku i objawy chorobowe powracały jak bumerang. To jednak temat na inny czas, tu tylko chciała zauważyć, jak ważne dla kobiety jest w miarę regularne miesiączkowanie. Szczególnie, gdy psychika niestabilna. Właściwie poczułam chyba wtedy, gdy tak się męczyłam, co może mnie czekać, gdy dojdę już do wieku, kiedy zapuka do moich drzwi menopauza. Jak ja to przeżyję – nie wiem. Pewnie wyląduję na oddziale zamkniętym i tam spędzę resztę mojego życia. Oczywiście jeśli nie stanie się tak wcześniej, a może się stać. Właśnie przez to nieszczęsne PMS. Pojawiło się tak na dobre jakieś, średnio licząc, dwa lata temu. Nie wiadomo dlaczego i po co. Miałam wtedy pewne problemy natury intymnej, potem trafiłam na oddział dzienny dzięki pewnemu wspaniałemu specjaliście z innego miasta. A PMS trafiło tam ze mną. Rozpoczęłam terapię i w jej trakcie tak się rozbestwiło, że nie dawało mi żyć. Już nie wiedziałam do kogo mam się zwrócić po pomoc(wcześniej mówiłam o moim problemie i lekarzowi psychiatrze i ginekologowi, a oni odsyłali mnie wzajemnie do siebie), więc skierowałam się do mojej terapeutki. Tylko jak ona mogła mi pomóc, skoro to właśnie terapia nasilała moje dolegliwości? Wreszcie znalazłam jakiegoś porządnego ginekologa, który mnie nie odsyłał, tylko naprawdę zainteresował się moją sprawą. Jednak niewiele mógł zrobić poza zaordynowaniem mi leku ziołowego, który wcześniej i tak trochę brałam. Ale zwrócił mi uwagę, żeby brać ten specyfik kilka miesięcy bez przerwy i wtedy zobaczymy. I rzeczywiście, pomogło. Tylko, że tak za bardzo to nie wiem, czy pomógł ten lek czy PMS cofnęło się na skutek wcześniejszej terapii. Ale nic nie trwa wiecznie. Niedawno rozpoczęłam nową terapię i koszmar powrócił. Na problemy fizyczne się aż tak nie uskarżam, są do zniesienia, chociaż głowa tak mnie nieraz boli, że najchętniej bym ją sobie odcięła. Dobrze, że ten ból to najczęściej kwestia jednego dnia. Problemy z cerą i włosami też można przeboleć. I objadanie się oraz uderzenia zimna i gorąca i bóle brzucha. Ale psychika… Po prostu szaleje. Żeby to było tylko rozdrażnienie, takie chwilowe i znośne. A gdzie tam, nieraz wpadam prawie w amok i jakbym mogła to rozszarpałabym wszystko na kawałki. Czepiam się o wszystko, ironiczna, cyniczna i wredna jestem jak nie wiem co. Tysiące myśli gnają przez moją głowę, prawie ją rozsadzają. Płaczę z byle powodu albo bez powodu, a ból psychiczny jest nieraz nie do zniesienia. Staram się wtedy nie brać uspokajaczy, bo w ogóle rzadko ich używam, ale nieraz są mi potrzebne jak tlen. Naprawdę nie wiem jak mój chłopak ze mną wytrzymuje, ale chwała mu za to. Tłumaczę mu oczywiście, że to nie jestem ta prawdziwa ja, proszę o cierpliwość i jeszcze się nie zawiodłam. On po prostu nie wdaje się ze mną w dyskusje, nie kłóci się, choć ja właśnie do tego dążę, taka jestem podła. Sądzę, że teraz to właśnie terapia ma na mnie również i taki, negatywny wpływ. Tak jakby mój organizm się bronił przed zmianami rękami i nogami. Nie wiem, czemu tak jest. Czasem też już wątpię w skuteczność leków, bo w tym czasie okołomiesiączkowym nie czuję absolutnie ich działania. Mogłabym się nimi zatruć, a objawy i tak będą. Ale wiem, że leki działają, jestem tego świadoma w inne dni, tylko w te „trudne” ciężko mi w to wierzyć. Zupełnie jakby ktoś mi wtedy dawał placebo. Dziwne i zastanawiające. Ostatni nawet uknułam sobie taką teorię, że PMS plus terapia to tak zabójcza mieszanka, że albo mnie w końcu wykończy albo wyzdrowieję. Na razie bardziej wierzę w to pierwsze i jak nic czekam tylko na myśli samobójcze. Właśnie, te myśli już pojawiały się u mnie w tych ciężkich dniach i czasem jakieś ich cienie gdzieś są obecne w mojej głowie, ale jeszcze się bronię przed nimi. Jak długo? Kiedyś byłam praktycznie pewna, że mój koniec nastąpi właśnie podczas PMS, tak silne i budzące grozę bywały myśli samobójcze. Czasem się dziwię, że ja jeszcze żyję. Ostatnio mówiłam mojemu terapeucie o moim problemie, a właściwie tylko wspomniałam. Zrozumiał o co chodzi, chociaż to mężczyzna. Stwierdził nawet, że każdy mężczyzna zna to z autopsji o co miesiąc przeżywa ze swoją kobietą. Muszę chyba poważnie z nim pogadać na ten temat, w końcu czego się tu wstydzić? Szczerze powiem, że nie wiem czy moje chorujące znajome też mają takie problemy, bo nigdy nie rozmawiałyśmy na takie tematy. Moja Ania ma akurat w tym zakresie inne problemy, inna bliższa koleżanka swego czasu, i może dalej tak jest, miała całkowicie rozregulowany system i nie miesiączkowała w ogóle ze względu na anoreksję(jak ona to potrafiła znieść, a może znosi nadal?). Zresztą wiadomo, że i zdrowe panie mają dolegliwości. Ja te moje łączę jednak pośrednio z chorobą, a bardziej bezpośrednio z niechęcią mojego organizmu do zmian, które chcę mu zafundować poprzez terapię. Ale to mnie nie zniechęci do terapii. Przynajmniej teraz tak mogę napisać, bo PMS na ten miesiąc już za mną. Co jednak będzie za 4 tygodnie? Już się boję.