Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

podróże

„Mapa myśli”

Lato w pełni, żar się leje z nieba, więc  nie mam rewelacyjnego samopoczucia. Jestem raczej mało odporna na wysokie temperatury i najlepsza dla mnie wysokość stopni  w skali ciepła to tak maksymalnie 25. Powyżej już mam problem, a jak już 35 na termometrze, to najchętniej weszłabym pod zimny, no może chłodny, prysznic i nie wychodziłabym przez cały dzień. Dlatego też postanowiłam, że ten wpis będzie prawdopodobnie robiony na raty, bo i przy komputerze ciężko mi wytrzymać. Zresztą, gdzie ja się mam spieszyć, czy ktoś mnie pogania albo zmusza do czegoś? Czasem postanawiam napisać dość długie przemyślenia, a że robię to za jednym razem, to i męczę się nieraz z końcówką, bo już nie mam siły pisać. Przesadnie ambitna po prostu jestem i nie wychodzi mi to na dobre, bo nieraz tracę przez to ochotę na pisanie tego bloga. A przecież wystarczy podzielić sobie pracę nad nim na etapy. Takie to proste, a jednocześnie takie trudne do zrozumienia dla mnie. Ale pewne sprawy zrozumieć trzeba i już, nie ma bata. Właśnie ostatnio tego doświadczyłam, gdy dopadł mnie, po raz kolejny, lęk przed podróżowaniem. Pisałam o tym w poprzedniej notce, ale dziś koniecznie muszę do tego wrócić, ponieważ dokonałam wiekopomnego odkrycia, niesamowicie ważnego dla mnie. Po nieudanej próbie wyjazdu z moim chłopakiem podczas jego urlopu, postanowiłam coś z tym zrobić. Nie mogę bowiem wyobrazić sobie, że miałabym nie zrealizować w moim życiu chociażby jednego z moich marzeń, a podróże są właśnie takim skrytym pragnieniem. Właściwie już nie takim skrytym, bo głośno o tym mówię i nieraz również piszę. Odważyłam się więc i napisałam dość przygnębiającego smsa do mojego, byłego już wprawdzie, terapeuty, ale z którym pozostaję od czasu do czasu w kontakcie. Zdziwiłam się, gdy do mnie zadzwonił, ale jednocześnie bardzo mnie to ucieszyło. Zaproponował mi spotkanie w swoim gabinecie, ale w obecności  dodatkowej osoby, bo być może taka osoba miałaby inne spojrzenie na mój problem i prędzej znalazłaby rozwiązanie. Zgodziłam się, bo i tak nie miałam nic do stracenia, a byłam ciekawa, co wyjdzie z takiego spotkania. Na początku spotkania głównie odpowiadałam na pytania tej nowej osoby i z nią rozmawiałam, chociaż muszę przyznać, że troszkę opornie nam to szło, ponieważ ten ktoś prawdopodobnie nieczęsto ma takie spotkania i być może brak mu doświadczenia. Ale nie było źle, zwłaszcza, gdy do rozmowy wtrącał się pan Paweł. Już nie pamiętam dobrze, o czym dyskutowaliśmy, ale to nie jest takie ważne, bo prawdopodobnie opowiadałam o tym, co dotychczas już zostało powiedziane na moich spotkaniach z terapeutą. No, ale nowa osoba musiała się trochę wdrożyć i poznać mnie chociaż trochę. „Trochę” – dobrze powiedziane, bo przecież nie da się prześwietlić człowieka, widząc go pierwszy raz w życie. I być może ostatni. Najważniejszą rzeczą na spotkaniu było tworzenie przez naszą trójkę mapy myśli i to najlepiej zapamiętałam. I nie mam jak zapomnieć, bo tę mapę mam teraz w domu. Powstawała ona na zwykłej kartce A4. Na początek pan Paweł napisał na dwóch przeciwstawnych końcach kartki po jednym słowie – po jednej stronie było słowo START, a po drugiej META, która była celem. W moim przypadku celem stała się „podróż”. Ale stwierdziliśmy również że istnieją pomniejsze cele, wynikające z głównego czyli podróży. Te mniejsze to : „satysfakcja”, „ brak paniki”, „ brak lęku” i „ zdjęcia” z wyprawy. Być może można byłoby doszukać się również innych, mniejszych celów, ale na początek te mi wystarczyły. W ten sposób opisaliśmy METĘ, wokół której powstały bańki z celem głównym i pomniejszymi celami. Potem zajęliśmy się STARTEM, ale podczas tej czynności doszłam do pewnych wniosków, które teraz opiszę, aby nie robić zamętu. Wnioski te dotyczyły METY . Wcześniej już zaznaczyłam niebieskimi liniami, że pomniejsze cele wynikają z głównego czyli podróży. Ale przecież jak najbardziej może być i odwrotnie, tzn. przede wszystkim z „ braku lęku”i „ braku paniki” będzie wynikała  „podróż”. Oczywiście nie zawsze, ale jeśli nie zostanie spełniony ten warunek, to żadna wyprawa nie będzie mogła dojść do skutku. No i oczywiście mniejsze cele łączą się też ze sobą, więc połączyłam je zielonymi kreskami. Jeśli zrobię  „zdjęcia”, będę czuła „satysfakcję” z podróży, tak samo będzie, gdy nie odczuję „ paniki” ani „lęku”. Dodatkowo, gdy nie będę odczuwała „paniki” i „lęku”, to zrobię „zdjęcia” i tak to się plecie i zaplątuje coraz bardziej, tworząc taką swoistą sieć. Teraz mogę już przejść do STARTU.  Przy nim nie umieściliśmy jednego,  najważniejszego elementu, ale kilka elementów mniejszych, tak samo ważnych. Okazały się nimi: „ chęć”, „dobre samopoczucie”, „ planowanie”, „ osoba towarzysząca”, „finanse”, „podróże bliższe „i „dalsze”. Co prawda sama podróż jest celem, ale i w STARCIE można ją umieścić, dzieląc właśnie na dwie podgrupy. Wszystkie te elementy układanki połączone zostały niebieskimi liniami ze STARTEM, ponieważ jak najbardziej z niego wynikają. Teraz tak sobie myślę, że pod słowem START można by umieścić słowo „myśl”, jako taki podstawowy  i nawet główny jego fragment, ponieważ, aby w ogóle mogło dojść do podróży, najpierw konieczna jest myśl o jakiejś wyprawie. Ale zawsze mogę to słowo dopisać, a tymczasem idę dalej. Jak napisałam wcześniej, połączyłam na niebiesko bańki z konkretnymi słowami ze STARTEM, ale nie wszystkie miały pełną linię. „Osoba towarzysząca” jest dołączona jedynie przerywaną linią, ponieważ nie jest to element konieczny podróży. Właściwie na chwilę obecną jeszcze nie do końca zebrałabym się na odwagę, aby jechać sama, ale już podjęłam taką próbę i była ona udana, więc może za jakiś czas ją powtórzę. Teraz jednak wolę mieć kogoś, najchętniej mojego ukochanego, przy sobie. O jejku, wkradł mi się jeden błąd – „podróże bliższe” i „dalsze” wynikają z „finansów”, a nie ze STARTU, bo w sumie od funduszy zależy na jaką wyprawę mogę się zdecydować. Jeśli chodzi o dalsze łączenia, tym razem zielonym kolorem i pomiędzy poszczególnymi elementami wynikającymi ze STARTU to też się oczywiście znajdą. Jako samotny elektron pozostawiłam „podróże dalsze”, ponieważ na razie takich nie zamierzam odbywać, natomiast połączyłam ze sobą „chęć” i „podróże bliższe”, a także do tychże podróży dołączyłam „dobre samopoczucie”, „finanse”, „planowanie” i , przerywaną linią, „osobę towarzyszącą”. Bez tych 4 – 5 elementów „podróże bliższe” nie zaistnieją. I na tym zakończyło się opisywanie STARTU. Na koniec mapy myśli najważniejsze – połączenie czerwonym kolorem START i METĘ. Uznaliśmy, że na przeszkodzie tego połączenia stoi mój „perfekcjonizm”. Byłam raczej przekonana, że owszem mam i z nim problem, ale większym kłopotem jest lęk, a tymczasem tak nie jest. Nawet pan Paweł uznał na początku, że cała nasza kartka, jej cała przestrzeń nie zamalowana, to mój lęk, ale ostatecznie wnioski nasunęły się inne. Od „perfekcjonizmu” narysowałam więc niebieską linię i połączyłam ją z „lękiem” i „paniką”, jako tymi elementami, które jak najbardziej wynikają z „perfekcjonizmu”, a nie odwrotnie. „ Lęk” okazał się tylko małym fragmentem układanki, jedną bańką. Dodatkowo z „perfekcjonizmu” wynikają moje „natręctwa”, które przeszkadzają mi w podróżowaniu, takie jak przymus robienia zdjęć. Z kolei „natręctwa” można też połączyć jednym kolorem z „lękiem”, który z nich wynika. Te ostatnie połączenia są dla mnie niezwykle ważne, bo pokazały mi jasno, jak perfekcja, a nie lęk, niszczy moje zamiary. Aby nie kończyć jednak pesymistycznie, na sam już koniec połączyliśmy START i METĘ żółtą linią, a na niej umieściliśmy bańkę z napisem „ brak ideału”. To jest moja droga i nią powinnam podążać. Tylko jak to zrobić? Muszę nad tym pomyśleć, a znalezienie rozwiązania nie będzie łatwe. Ale przynajmniej mam już pewne wytyczne, bo wiem, co naprawdę mi przeszkadza. Mapkę ma w domu, jak najbardziej można ją modyfikować, a każda osoba, która doda do niej jakiś element, może się pod nią podpisać – dosłownie i w przenośni. Nasza trójka obecna na spotkaniu złożyła swoje autografy, mam nadzieję, że mój chłopak też mi coś podpowie i będzie współautorem. A może i mi coś jeszcze przyjdzie do głowy? Gdy mapka była gotowa, dowiedziałam się, że oto tym sposobem odbyłam nie sesję terapeutyczną, ale spotkanie coachingowe. Podobno takie sesje bardzo uzależniają. Cóż, po jednej takiej wizycie raczej wątpię, abym się miała uzależnić, ale raczej nie zamierzam z coachingu korzystać w przyszłości, właśnie dmuchając na zimne. Chyba, że pojawi się bardzo istotny problem, z którym za nic nie będę umiała sobie poradzić. Bardzo dużo jednak mi dała ta sesja, ponieważ obecnie mam narzędzie, którym mogę się posługiwać w przypadku innych, ważnych dla mnie spraw. Do tego właśnie ma służyć mapa myśli. Ciekawa rzecz i bardzo praktyczna.

Jak zwykle rozpisałam się, a miałam jeszcze dodać, jak to jest z tym moim perfekcjonizmem. Jednak już nie tym razem. W kolejnym wpisie mam nadzieję popisać trochę na ten temat, jak też zamieścić parę zdań dotyczących działania opisanego spotkania coachingowego. Pomogło mi ono czy nie? Pomału się to okazuje.

Udało się!

Dzisiaj zacznę wpis od innych słów niż ostatnio, a mianowicie nie jestem na siebie wkurzona, wręcz przeciwnie – jestem zadowolona z siebie i bardzo dumna. Co się takiego stało, że tak pozytywnie o sobie się wyrażam? Niby nic specjalnego, zwyczajna rzecz dla milionów ludzi, ale dla dzisiejszy dzień był wydarzeniem na ogromną, wręcz przełomową skalę. Najlepiej zacznę od początku. Ostatnio pisałam, że podróżowanie to dla mnie problem. Problem, ponieważ chcę, ale nie mogę. A właściwie mogę, ale się boję. A że lęk to mój największy kłopot, z którym się zmagam od kilkunastu lat, to i podróży on dotyczy. Przynajmnie tak to widziałam. Obiecałam sobie jednak, że spróbuję jakoś go podejść, aby nie przeszkadzał mi w spełnianiu marzeń. W tym tygodniu zapowiadała się piękna pogoda i postanowiłam ją wykorzystać. Zaplanowałam sobie wyprawę do pobliskiego miasteczka, które trochę znam, na zwiedzanie. Poczytałam o nim w internecie, odwiedziłam oficjalną stronę internetową, sprawdziłam połączenia autobusowe, przygotowałam aparat, coś do jedzenia i picia i w czwartek postanowiłam, że jadę w piątek. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale byłam uparta. Dodatkowo skontaktowałam się z osobami, które mogą mnie jeszcze zmotywować, chociaż i tak motywację miałam ogromną. W nocy słabo spałam, jakieś głupie sny miałam i jakby kołatanie serca, ale rano wstałam i czułam, że nie ma już odwrotu. Lekki strach obleciał mnie na dworcu autobusowym, ale nie dałam się i wpadłam jak burza do autobusu. Dotarłam na miejsce, pokręciłam się po mieście, szukając rynku, bo nie pamiętałam za bardzo drogi, a że miasto nie za duże, to i nie zabłądziłam. Za dużo nie zwiedziłam, bo tylko ratusz, ale miałam szczęście, bo akurat w piątek była ostatnia okazja przed miesięczną przerwą inwentaryzacyjną. Obejrzałam wszystko dokładnie, nawet miałam osobistego przewodnika, nabrałam sobie broszur do poczytania, porobiłam trochę zdjęć i postanowiłam wrócić, bo szybko się męczę, może nie fizycznie, ale jeszcze psychicznie. Trochę zgubiłam drogę na dworzec, ale odnalazłam się, myślałam, że przegapiłam autobus, ale nic z tego, posiliłam się swoim jedzonkiem i bezpiecznie wróciłam do domu. Wycieczka nie trwała może długo, ale na pierwszy raz – wystarczy. W każdym razie, jestem z siebie bardzo dumna. Nie dostałam ataku paniki, lęk mnie nie sparaliżował, nie było zaćmienia słońca, a ziemia się nie rozpadła, czyli – żadnych katastrof. I czego ja się tak bałam tyle lat? Nie mam pojęcia, ale ten lęk był tak silny, że nie udawało mi się go odsunąć ani na metr. W końcu jednak wygrałam z nim. Oczywiście nie rzucę się teraz w wir podróży samopas jak opętana, bo to byłaby przesada, ale powoli i spokojnie będę próbować wybywać czasem z domu. Tym bardziej, że ja wolę jeździć sama, chociaż mój tato czy chłopak są zawsze mile widziani przy mnie. Ale podróżownie z nimi ma też i wady, bo tato szybko się denerwuje i przeważnie nie może się doczekać, kiedy wrócimy, a ukochany nie lubi zwiedzania i tego całego włóczenia się. A ja jestem człowiekiem ciekawym wszystkiego i wszędzie chcę zajrzeć. Z tymi moimi towarzyszami jednak jeszcze chętnie się gdzieś wybiorę, ale z dużą grupą ludzi – już nie. Mam za sobą parę takich wycieczek i nie wspominam ich dobrze, kojarzą mi się z ciągłym jedzeniem i narzekaniem i to nie z mojej strony. Może kiedyś z Kasią się gdzieś wybiorę, bo chciałaby też coś zobaczyć, ale poza tym – raczej wolę być samotnym wojażerem, który chodzi, gdzie chce i nikt mu nad uchem nie jęczy i stęka.  Dlatego tak przełomowy jest dla mnie ten piątek. Pokazałam, że chcę i mogę być panią siebie. Oby tak dalej! A może przyjdzie czas również na wyprawy z noclegiem? Raczej nie odważyłabym się sama, ale jak Aniołek będzie miał urlop…Kto wie? Tylko wolałabym jednak mieć przy sobie jakiś środek nasenny, tak na wszelki wypadek, żeby nie chodzić jak zombie po nieprzespanej nocy. Wtedy to już nic by nie wyszło ze zwiedzania, a to jest dla mnie na takim wyjeździe najważniejsze.

Jeszcze na koniec muszę dodać, że pisząc te słowa o mojej wycieczce, boję się bardziej niż w jej trakcie. Tak, jakbym dopiero teraz ją przeżywała i zdawała sobie sprawę, czego ja tak naprawdę dokonałam. Bo przecież pojechać gdzieś samej po kilkunastu latach przerwy ( w sumie to nie wiem, czy ja kiedykolwiek gdzieś sama jeździłam? Może zawsze był ktoś ze mną?), to dla mnie ogromny wyczyn. I to tyle w temacie mojego chwalenia się piątkiem.

Podróżowanie to nie taka prosta sprawa.

Wkurzona jestem na siebie, jak nie wiem co. Ale może zacznę od początku. Otóż jednym z moich marzeń jest podróżowanie i zwiedzanie wszystkiego, co się da. Mam coś takiego we krwi. Może to taka tęsknota za światem innym niż moja rodzinna miejscowość? Jako dziecko prawie nigdzie nie wyjeżdżałam, nie licząc wycieczek szkolnych. W sumie to pamiętam tylko jakiś kilkudniowy wyjazd do Karpacza, zorganizowany chyba tylko dlatego, że moja mama miała tam rodzinę. Czasem były jakieś plany, ale wtedy pojawiały się dwa argumenty na nie – brak funduszy(choć tak do końca nie był to powód, bo w skrajnej nędzy nie żyliśmy i zamiast na lepsze jedzenie można było przeznaczyć część oszczędności na podróże) i argument pod wiele mówiącym tytułem „Po co?”. Moja babcia, która z nami mieszkała uważała, że skoro mieszkamy na wsi, mamy rzekę blisko i las, to powinno nam wystarczyć i nie ma po co się pchać gdzieś dalej. Takie zaściankowe myślenie. Nie byłam ani razu na koloniach, nie podróżowałam ze znajomymi, właściwie nie miałam żadnego, własnego, wyjazdowego życia. Nawet nie mogę sobie przypomnieć, czy już wówczas ciągnęło mnie w świat, bo przecież nie miałam żadnych doświadczeń, a jak wiadomo „Czego oczy nie widzą…”Ale dorosłam i coś zaczęło mnie pchać w szeroki świat. Tyle, że wtedy właśnie wydarzyła się ta nieszczęsna wycieczka szkolna, o której pisałam dawno temu, gdzie dopadło mnie załamanie nerwowe, a po powrocie już na dobre się rozchorowałam. Od tamtej pory myśl o jakimkolwiek podróżowaniu na dobrze wywietrzała mi z głowy, bo właśnie ową wycieczkę winiłam za wszystkie moje problemy. Ale minęły lata, zaburzenia powoli zaczęły się uspokajać(oczywiście o tyle, o ileto możliwe) i zamarzyłam na powrót o wyprawach. Oczywiście nie wyobrażałam sobie, że miałabym jechać gdziekolwiek sama, więc namawiałam tatę, aby mi towarzyszył. I dzięki temu udało nam się coś zobaczyć, głównie bywały to wyjazdy na ważne wystawy do stolicy regionu. W ten sposób spełniałam też marzenia taty, bo nie miał on okazji bywać za młodu. Muszę też koniecznie dodać, że bardzo wiele zyskałam dzięki uczęszczaniu na zajęcia do ośrodka wsparcia dla osób z moimi problemami, bo również były tam organizowane wycieczki. Początkowo nie jeździłam z wszystkimi, ale przełamałam się i nie żałowałam. W grupie nie czułam się źle, dawałam sobie radę. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie wyjazd za granicę. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat, a pierwszy raz dane mi było zobaczyć obcy kraj.

Teraz jeżdżę czasem gdzieś z ojcem, czasem bierzemy mojego chłopaka, chociaż on się za bardzo do zwiedzania nie garnie. Dzięki tacie przestałam bać się pociągów i uwielbiam nimi podróżować. Kiedyś, na początku choroby, bałam się, że rzucę się pod pociąg i zawsze stałam daleko od peronu. Na szczęście, ten lęk minął. Obecnie obojętny mi jest środek transportu, może obawiam się samolotu, ale właściwie to nigdy nie leciałam, więc nie wiem, jak to by było. Jak się to wszystko ma do dzisiejszego stwierdzenia, że jestem na siebie zła? No właśnie ma się i to bardzo, bo ostatnio, po ukończeniu terapii, postanowiłam rzucić się, jak dla mnie, na głębszą wodę. Czyli wyjechać gdzieś sama. Ale jako przetarcie chciałam wybrać się gdzieś z chłopakiem, gdyby miał urlop. I właśnie dostał niedawno 3 dni wolnego, a z naszej wycieczki nic nie wyszło. Dlaczego? Bo nie miałam planu, a żeby wyruszyć na zwiedzanie potrzebuję absolutnie koniecznie posiadać plan, poprzeglądać mapy, poczytać o miejscu, do którego jedziemy itp. I najważniejsze – przygotować się psychicznie, a to zajmuje mi parę dni. Urlop chłopaka był niespodziewany, więc nic nie przygotowałam i zostaliśmy w domu. To moje planowanie doprowadza mnie czasem do szału, bo dużo przez to tracę, ale ja po prostu nie umiem inaczej i już. Możliwe, że wiąże się to jakoś z moimi zaburzeniami obsesyjno – kompulsyjnymi, które dopadają mnie od czasu do czasu i potrafią trwać długo (mój pierwszy epizod trwał rok). Nie jestem spontaniczna, jeśli chodzi o podróże, nawet jeśli ma to być tylko parogodzinny wyjazd. Dodatkowo jakieś lęki mnie dopadły i od razu dołek i to też powodowało, że nici z wycieczki. Ale ja uparta jestem i nie poddam się bez walki. Postanowiłam, że robię sobie pomalutku plany na wypadek kolejnego urlopu, nawet gdyby miał być niespodziewany. Nawet myślę o jakmś dłuższym wyjeździe, na początku mogą być 2 lub 3 dni (wiem wiem, szału nie ma), gdzie w grę wchodziłby oczywiście nocleg. Czyli jak dla mnie totalny odlot, bo nie umiem spać poza własnymi czterema ścianami. Czasem w domu posiłkuję się tabletką nasenną albo środkiem na uspokojenie, a co dopiero byłoby w obcym miejscu. Już widzę, jak dostaję ataku paniki, zrywam o 3 nad ranem chłopaka i zmuszam go do powrotu. Nie mam pojęcia też, jak zniosłabym oddalenie, nawet nieduże od miejsca zamieszkania. Co prawda jechałabym z najbliższą mi osobą, ale jestem trochę jak kot, co do miejsca się przywiązuje. Głupio by było jechać na zwiedzanie, a zamiast tego przesiedzieć 2 dni w jakimś obcym pokoju, płacząc i jęcząc, z depresją i lękiem w głowie. Ale, prawdę powiedziawszy, mam to gdzieś, co będzie. Po prostu chcę zorganizować taki wyjazd i go zorganizuję, choćbym miała potem paść. I jeszcze jedno – po świętach postaram się wybrać sama do pobliskiego miasteczka. Nie będę ciągnąć nikogo ze sobą, bo to ma być taki test dla mnie. W razie czego, gdybym się gorzej poczuła, to ja będę miała problem ze sobą, a nie inna osoba ze mną. Chcę spełniać swoje marzenia, myślę, że powoli przychodzi na to czas. Nie mogę się już cofnąć, mogę tylko iść naprzód. Zacznę od takiego małego kroku, może przyjdzie i pora na większe, np. wyjazd na 2 tygodnie lub pobyt w ośrodku rehabilitacyjnym poza domem? Chociaż dla mnie nawet nieduże  kroki są jak te milowe. Milowymi krokami zmierzam więc ku nieznanemu.