Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

psychika

Poznawanie psychiatrii.

Już wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak i sama wpadłam na pomysł pójścia do psychiatry. Trochę to pewnie nietypowe, bo na ogół ludzie boją się lekarza tej specjalności, zupełnie zresztą niepotrzebnie. Najpierw jednak miałam konsultację psychologiczną w ośrodku zdrowia w moim rejonie, bo przecież jeszcze wtedy istniała rejonizacja. Pani psycholog niewiele się ode mnie dowiedziała, poza tym, że za żadne skarby nie wrócę do szkoły. Napisała mi więc, że mam fobię szkolną i skierowała do psychiatry. Teraz myślę, że może nie było to aż tak konieczne, może wystarczyłaby terapia u psychoterapeuty, ale raczej śmiem wątpić, czy coś takiego w ogóle wtedy istniało na ubezpieczalnię. Nie orientuję się nawet, czy byłaby możliwa terapia prywatna, nie interesowało mnie to wtedy. Moja pierwsza wizyta lekarska odbyła się niedługo później w tej samej przychodni. Trwała chyba z półtorej godziny i nie wniosła nic ciekawego do mojego życia, poza tym, że stwierdziłam, iż psychiatrzy to jacyś dziwacy. Pani doktor podczas badania, że tak to nazwę chodziła sobie tam i z powrotem, robiła herbatę i ogólnie zajmowała się sobą. Ja jej nie ułatwiałam zadania, ponieważ prawie się nie odzywałam. Z całej wizyty pamiętam tylko, że pytała mnie o ulubione książki. Byłam z mamą, więc z nią też rozmawiała, ale beze mnie, zresztą ja też byłam sam na sam z lekarką. Na koniec wizyty dostałam receptę na jakiś lek, który kosztował jakieś 200 złotych i podobno należał do jakiś nowszych. Nie pamiętam zupełnie jak się na nim czułam, chyba nie bardzo, wiem, że następna wizyta była dość szybko i tym razem należała do tych bardziej owocnych. W końcu trochę się otworzyłam, a i pani doktor coś widać też zauważyła na poprzednim spotkaniu, bo sama mówiła mi, jakie mam objawy, a ja mogłam tylko przytakiwać, gdyż zgadzały się w całości. Dostałam chyba inny lek albo i dwa. Czułam się po nich tak sobie, ale nie było najgorzej. Jednak tak różowo też nie było i gdy psychiatra chciała mi zwiększyć dawkę, zaprotestowałam. Już wystarczająco byłam otumaniona, bo skutki uboczne dały o sobie znać. A takich skutków neuroleptyki mają wyjątkowo dużo. Sądziłam jednak, że tak musi być, taka jest cena zdrowia, nie orientowałam się jeszcze, że można tak dobrać lek, aby pacjent jak najlepiej go tolerował. Moje kolejne spotkania z panią doktor miały już miejsce w Poradni Zdrowia Psychicznego, która mieściła się i nadal istnieje przy szpitalu psychiatrycznym w naszym mieście. Tam dopiero dowiedziałam się, że są jeszcze inni psychiatrzy w mojej miejscowości i że nawet wielu ich przyjmuje w poradni. Ale ja zostałam przy swojej lekarce, przynajmniej póki przyjmowała. Dobrała mi w końcu leki i czułam się po nich naprawdę dobrze. Ale niestety mój neuroleptyk wpłynął na krew i musiałam go odstawić. Miałam tzw. wakacje od neuroleptyków i mogłam brać tylko jedną z benzodiazepin o przedłużonym działaniu, czyli typowy środek przeciw lękowy. Po nim to dopiero miałam dobre samopoczucie, ale niestety takie leki szybko uzależniają i nie można ich za długo przyjmować. Dodatkowo miałam jeszcze wtedy specjalny lek na krew, dość drogi i trudno dostępny, pamiętam, że można go było zamówić tylko w jednej aptece. Wiadomo było, że jak tylko coś tam mi się w układzie krwiotwórczym naprawi, to będę wracała do neuroleptyku. Na razie jednak musiałam zdecydować się na innego lekarza, gdyż moja doktor przestała przyjmować, przynajmniej na ubezpieczalnię. 

Ciąg dalszy.

Tak więc podczas wakacji czułam się znakomicie, czytałam książki, nic nie robiłam i byłam pewna, że z zapałem i werwą wejdę w nowy rok szkolny. Co prawda miała to być klasa maturalna, a wcale o tym nie myślałam i nawet się nie bałam. Choroba jednak czekała w utajeniu, tak sobie po prostu przycupnęła w kąciku i czekała na odpowiedni moment. No i zaczęło się pierwszego września. Jak na złość jeszcze mam tego dnia urodziny. Pamiętam, że to były najlepsze i najgorsze urodziny w moim życiu, najlepsze, bo nareszcie dostałam tort i piękne prezenty oraz cała rodzina się zebrała, a najgorsze, bo byłam nie do życia. Znowu poczułam niesamowity lęk, paraliżujący strach i popadłam w totalne przygnębienie. Nic mnie nie cieszyło i nic mi się nie chciało. A przecież właśnie weszłam w dorosłość, skończyłam osiemnaście lat. Chyba to najbardziej mnie przerażało, ja po prostu nie chciałam dorosnąć, wziąć  odpowiedzialności za swoje życie. Niby marzyłam o zdanej maturze, studiach, ale tak naprawdę gdzieś głęboko dalej byłam dzieckiem, zagubionym i przestraszonym. Przez kilka dni jakoś dawałam sobie radę, chodziłam do szkoły, ale po pewnym czasie zaczęłam uciekać z lekcji i w końcu przestałam uczęszczać do liceum. Jeszcze gdy chodziłam na lekcje, nauczyciele zauważyli, że coś się ze mną dzieje, ale nie wiedzieli co, bo zamknęłam się w sobie. Tylko pielęgniarce z sąsiedniej szkoły zwierzyłam się, że nie radzę sobie ze szkołą i potrzebuję pomocy. To właśnie ona zaprowadziła mnie do poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie trafiłam na bardzo kompetentną panią psycholog. Jednak nie bardzo mi to pomogło, choć ta pani starała się, zaleciła mi m.in. ćwiczenia relaksacyjne. W tamtym czasie tylko absolutna izolacja wydawała mi się idealnym rozwiązaniem i nie wyobrażałam sobie ,że mogą być inne sposoby. Tak więc zamknęłam się w domu i nie wychodziłam nigdzie. Rodzice prosili, żebym chodziła do szkoły, potem grozili i krzyczeli, ale ja byłam nieugięta i nie trafiały do mnie żadne argumenty. Byłam nawet z mamą w wymienionej wyżej poradni, ale nie odezwałam się przez godzinę i psycholog stwierdziła, że tu potrzeba lekarza specjalisty i ona nic nie może zrobić. Tak więc byłam już o krok od mojego celu, bo w sumie już od jakiegoś czasu sama wiedziałam, że właśnie psychiatra jest mi potrzebny. Dodatkowo wzięłam coś w rodzaju urlopu rocznego w szkole, do której miałam wrócić po tym czasie. Dyrektor nawet nie robił problemów, choć znany był ze swojej surowości. Jednak już nigdy do tej szkoły nie wróciłam mimo leczenia, nie dałam rady, już pierwszego dnia po urlopie uciekłam. To jeszcze było za wcześnie. Tak skończyła się moja przygoda ze szkołą w wieku nastoletnim, a zaczęła podróż przez życie pod rękę z psychiatrią. Ale o początkach leczenia w następnym wpisie.   

Początek czyli kiedy i jak Ją poznałam.

Muszę porządnie pogrzebać w przeszłości, żeby w miarę dokładnie przypomnieć sobie tamte wydarzenia. Wszystko zaczęło się tak na dobre od pewnej wycieczki szkolnej na zakończenie trzeciej klasy liceum ogólnokształcącego, do którego chodziłam. Wyjazd zapowiadał się fantastycznie, tym bardziej, że po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć morze. No i miał trwać aż pięć dni. Niby wszystko super, ale już na miejscu coś się zaczęło ze mną dziać. Przede wszystkim nic mnie nie cieszyło i nie sprawiało przyjemności, chociaż atrakcji było co nie miara. Nie mogłam też spać ani jeść, w każdym razie spałam i jadłam tyle co nic. Normalnie mój żołądek nie chciał pokarmów, zmuszałam się do przegryzienia czegokolwiek. Dostałam strasznych lęków i jakiejś dziwnej depresji, byłam cały czas osowiała i prawie wcale się nie odzywałam. Nie mogłam dać sobie rady ze sobą, tym bardziej, że starałam się ukrywać mój stan. I nawet mi się nieźle udało. Niestety po powrocie do domu, rozsypałam się całkowicie, najpierw tydzień nie chodziłam do szkoły i odsypiałam, potem wymyśliłam bajeczkę o silnych bólach brzucha i radzie pielęgniarki szkolnej, że powinnam siedzieć do wakacji w domu i brać krople żołądkowe, jeśli nie chcę mieć wrzodów ze stresu. Rodzice uwierzyli i pozwolili mi zostać w domu, a był już tylko miesiąc do wakacji. Nie przyszło im do głowy, że ja po prostu kłamię, a robiłam to, bo bałam się iść do szkoły i w ogóle wychodzić z domu. Teraz myślę, że tam na tej wycieczce przeszłam regularne załamanie nerwowe, tyle że nie miałam pojęcia, że coś takiego może mnie spotkać i nie wiedziałam, jak to się objawia. Już wtedy więc miałam początki choroby, jeśli nie ją samą, ale nie wiedziałam o tym, nie wiedziałam też, gdzie szukać pomocy i umiałam jedynie brnąć w kłamstwa. Nikomu się nie zwierzyłam, nawet mamie, do której miałam największe zaufanie. Czułam się bezbronna, samotna i wyobcowana, myślałam, że nikt nie przeżywa czegoś takiego. W końcu jednak nadeszły upragnione wakacje i upragniony spokój, bo mogłam już legalnie być w domu. Myślałam, że po wolnym wszystko wróci do normy i ja wrócę do szkoły, tym bardziej, że to już była klasa maturalna. Ale przeliczyłam się…

I kto tu jest normalny albo i nie?

No właśnie, często słyszę słowa, takie jak wariat, czubek, psychol, którymi są określane osoby chore psychicznie albo z zaburzeniami psychicznymi. Dlaczego tak się dzieje, nie bardzo rozumiem, bo przecież to choroby jak każde inne, podlegające leczeniu i/lub psychoterapii. Czy ja jestem nienormalna, bo jestem chora? Jeśli tak, to czy wszyscy chorzy, nawet na zwykłą grypę, są nienormalni? No raczej nikt by tak nie powiedział. Czy w takim razie np. żona rzucająca talerzami podczas kłótni z mężem jest normalna? Bo jeśli chory-zdiagnozowany rzuci talerzem, to wiadomo, przecież to wariat. Często osoba chora może zachowywać się, że tak powiem, dziwnie, ale czy niby zdrowi ludzie nie mają nigdy dziwnych zachowań? Mają jednak to szczęście, że nie posiadają, jak to się kiedyś mówiło „żółtych papierów”. Bo przecież leczyć się to wstyd i to jeszcze jaki, a nuż ktoś z rodziny lub znajomych zobaczy pod gabinetem psychiatry i pójdzie informacja w świat. A właśnie powinno być odwrotnie- leczę się czyli dbam o siebie, troszczę się też o innych, moich bliskich, którym, co by nie mówić, ciężko żyć z osobą chorą. A już szczególnie, gdy ta nie chce dobrowolnie podjąć leczenia czy terapii. To strasznie krzywdzące nazywać chorego wariatem tylko dlatego, że nie ma tyle szczęścia i nie jest zdrowy. Zauważyłam jeszcze coś w mediach, co mnie osobiście oburza i czego nie mogę pojąć. Czasem zdarzy się, że chory popełni przestępstwo i słyszę wtedy, np. że leczył się on psychiatrycznie. No dobrze, ale dlaczego nie podaje się każdej choroby przestępcy? Dlaczego nie słyszę, że ktoś chory na cukrzycę kogoś zabił, a ktoś chory onkologicznie kogoś okradł? Czy tylko psychiatryczni popełniają przestępstwa? I jeśli tak, to dlaczego więzienia są pełne teoretycznie zdrowych skazanych, a winni nie siedzą tylko i wyłącznie w zamkniętych szpitalach psychiatrycznych? To mi daje dużo do myślenia i zastanawia mnie. Jakoś moi znajomi nie są mordercami, złodziejami czy gwałcicielami, a przecież obracam się w towarzystwie prawie wyłącznie składającym się z osób leczących się. Jest większe prawdopodobieństwo, że ten kto choruje, ale nie leczy się, może popełnić przestępstwo, ale nie ma takiej pewności. Nie można zakładać, przynajmniej ja tak myślę, że potencjalni przestępcy to chorzy psychicznie, czy to leczący się czy też nie. Wracając do meritum, to co to właściwie znaczy być normalnym? Może są jakieś badania naukowe na ten temat? Bo dla mnie nie ma czegoś takiego, jak norma, normalność, nienormalność. Każdy jest, jaki jest, jeśli nie krzywdzi innych ani w jakimś sensie siebie, to co mi do niego? Mogę go nie lubić, ale nie mam prawa go szykanować. Kiedyś nad bramą wjazdową do szpitala psychiatrycznego w moim mieście wisiał transparent, który mówił, że miarą społeczeństwa jest jego stosunek do osób chorych psychicznie. Zapamiętałam sobie dobrze te słowa i zawsze je wspominam, gdy widzę pewne zachowania wobec mnie i moich znajomych.

Powitanie czyli o mnie i o Niej.

Hej, to ja czyli słoneczko. Postanowiłam podzielić się z innymi, czyli z wami moimi przemyśleniami i paranojami. Kto to będzie chciał czytać? Może ktoś się skusi. Co mogę napisać o sobie, żeby nie było banalnie? Nie lubię uprawiać autoprezentacji, ale jak mus to mus. Mam 32 lata i cudownego partnera.. Celowo piszę partnera, a nie chłopaka, bo jakoś tak mi głupio w moim wieku mieć chłopaka jak nastolatka. Mieszkamy razem od jakiegoś czasu w wynajętym mieszkaniu w moim ukochanym mieście czyli Bolesławcu. Tym Bolesławcu na Dolnym Śląsku, nie mylić z tym drugim. Wcześniej mieszkałam na wsi niedaleko miasta i mam nadzieję, że nie będę już musiała tam wracać. Nadal niestety jestem tam zameldowana, no ale jeszcze meldunek obowiązuje. Na razie tyle o mnie. Teraz o Niej. Celowo przez duże N, bo to Ona nieraz ma nade mną władzę i robi ze mną co chce. Ona to pewna choroba o wdzięcznej nazwie: Zaburzenia schizoafektywne, typ depresyjny. Nie jest to schizofrenia, nie jest depresja, choć jak najbardziej o afekt również tu chodzi. Nie jest to też nerwica. Czym więc właściwie to coś jest? Ano wszystkim po trochu powyżej wymienionym. W każdym razie należy do zaburzeń psychicznych i bez odpowiednich leków ani rusz. Żyjemy sobie tak razem, ona ze mną, a ja niestety z nią od wielu już lat. Tak mniej więcej od prawie piętnastu. Przynajmniej od wtedy mam diagnozę postawioną . To znaczy diagnozę psychiatryczną, oficjalną i formalną, bo czy to choróbsko wcześniej we mnie nie siedziało, to nie jestem pewna. W sumie to ta diagnoza na samym początku była inna, bo brzmiała: schizofrenia paranoidalna, a potem zaburzenia schizotypowe , ale szybko ją zmieniono na moją obecną. No i tak muszę z Nią żyć, chcę czy nie chcę, już się nawet przyzwyczaiłam i nie mam pojęcia, jakby to było bez Niej. Może już Jej potrzebuję, żeby w miarę normalnie funkcjonować?