Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

psychopedagog

Czasami przyjemnie jest pokrzyczeć w lesie.

Dzisiaj koniecznie muszę powrócić do opisywania mojej trzeciej wizyty u psychopedagoga. Ostatnio zaabsorbowana byłam przedstawieniem tego, co mówiłam terapeucie o moich koleżankach, Ani i Kasi. Właściwie to radziłam się w ich sprawie i nieco pomocy uzyskałam. Teraz czas na zasadniczą część mojej wizyty. Gdy już porozmawiałam z panem Pawłem o dziewczynach, sprawdził on, czy mam odpowiednie…obuwie na terapię. Okazało się, że zrobimy sobie mały spacer do nieopodal położonego lasu. Nie byłam tym zaskoczona, bo wiedziałam od pierwszej sesji terapeutycznej, że metody mojego terapeuty mogą być czasem nieco niekonwencjonalne. Sam mi o tym powiedział. Pogoda sprzyjała spacerom i moje obuwie też, więc poszliśmy. Po drodze ucięliśmy jeszcze pogawędkę o tych moich wysokich poprzeczkach, które zawieszam innym ludziom, szczególnie znajomym. Oczywiście sobie zawieszam poprzeczkę najwyżej i potem nie jestem w stanie sprostać wymaganiom, które stawiam. Inni też nie są w stanie tego zrobić. Może też dlatego przez większość życia pozostawałam na uboczu i nie garnęłam się do ludzi? Jasne, że bałam się też odrzucenia, które mimo to wielokrotnie mnie spotkało. Mój lęk mógł, i może dalej, wynikać z tego, że cały czas dążę do jakiejś swojej wyobrażonej doskonałości, tak jakbym prawie zawieszała sobie sznur na szyję i ściskała go coraz mocniej, jednocześnie próbując się uwolnić i prosząc o pomoc. A to przecież także ja sama robię sobie krzywdę. Trzeba to koniecznie zmienić. Wracając do spaceru – po parunastu minutach doszliśmy do lasu i pan Paweł zagadnął, że żyją tu wilki i … jeszcze inne zwierzęta, dość egzotyczne jak na ten obszar, których wolę tu nie wymieniać. Co do wilków, to wiedziałam, że gdzieś w okolicy je wypuszczono, ale te inne? Nie , na pewno ich tu nie ma. Ale mój terapeuta przekonywał mnie dalej z twarzą pokerzysty, że są, i owszem. Nawet mi je pokazał gdzieś w oddali. Spojrzałam, a nawet przypatrzyłam się dokładnie, chociaż wiedziałam, że nie mówi prawdy. I wtedy pan Paweł poprosił, żebym zawołała dane zwierzę. Na początku zrobiło mi się głupio, bo a nuż ktoś usłyszy? Ale gdy sam je zawołał, odważyłam się i głośno krzyknęłam, nawet dwukrotnie. Cieszyłam się, że raczej nikt mnie nie słyszał, ale okazało się, że jest możliwość, że jednak słyszał, bo w pobliżu jest stadnina koni. Ale właściwie co z tego? Co mnie to tak naprawdę obchodzi, co ktoś o mnie pomyśli, słysząc mój krzyk? Powiedziałam to i tak mi się wtedy lżej zrobiło, jakbym zrzuciła jakiś ciężar. Jednak dalej nie bardzo wiedziałam, czemu moje „występy” mają służyć, czy to może taka krzykoterapia? Po chwili nieco mi się wyjaśniło, gdy zaczęliśmy mówić o tym, co jest normalne, a co nie. No bo czy to było normalne, że stoję w lesie z jakimś facetem i krzyczę nazwę zwierzęcia, którego tu nie ma? Raczej nie bardzo (świetnie mi to wytłumaczyła Kasia, która stwierdziła, że przecież ktoś postronny mógłby pomyśleć, że po prostu przyzywam mojego psa o takim ciekawym imieniu), ale w sumie w ramach terapii różne rzeczy są dozwolone. Potem pan Paweł zrobił mały eksperyment i … poszedł sobie. Więc ja popędziłam za nim. Spytał wtedy, czy to normalne, co zrobił. Wydało mi się jak najbardziej dozwolone, oczywiście w ramach terapii, poza nią raczej uznałabym jego zachowanie za niegrzeczne. I tak sobie rozmawialiśmy o tej normie i braku normy, i doszłam do wniosku, że wszystko zależy od kontekstu i sytuacji. Trudno jednoznacznie określić, że coś naprawdę jest nienormalne, nie wgłębiając się w sytuację i myślenie danej osoby. Przecież może się np. okazać, że ktoś nagle wybiega z kawiarni w trakcie rozmowy ze mną, bo dostał jakiś niezwykle ważny i przykry dla niego sms( może ktoś mu zmarł lub nagle zachorował). A że nie mówi nic, tylko wychodzi? Istnieje możliwość, że jest właśnie w szoku i nie jest w stanie wydobyć z siebie słowa. Ja bym pewnie pomyślała, że ma mnie dość albo jeszcze inne myśli, równie destrukcyjne przyszłyby mi do głowy, a to nie miałoby nic wspólnego z prawdą. Tak łatwo można się pomylić. O tym właśnie rozmawialiśmy wracając z lasu. I o asertywności też. Ten temat już rozpatrywaliśmy zresztą i wcześniej. Pan Paweł stwierdził, że cały czas, podczas naszej wędrówki, był asertywny i muszę przyznać, że nie zawsze było to miłe. Czy warto być asertywnym? Oczywiście, tylko trzeba się tego nauczyć i pomału mi się to udaje, chociaż jeszcze widzę pewne trudności. A czy da się i można cały czas być asertywnym. Nie da się. I to też trzeba wiedzieć. do takich wniosków doszliśmy. Chwilkę też porozmawialiśmy o przyjaźni, tej prawdziwej. W sumie to banał, ale rzeczywiście lepiej mieć kilku szczerych przyjaciół niż wielu byle jakich znajomych. Tylko żeby tak mieć tych chociaż dwóch albo trzech. A może i ich mam, tylko nie zauważam? Parę bliskich osób jest obok mnie, ale myślę, że nie mogłabym nazwać tych osób jeszcze przyjaciółmi, raczej dobrymi znajomymi. Przyjaźń to dla mnie za duże słowo i nawet Anię nazywam prawie- przyjaciółką. Taki mam defekt. Kończąc – bardzo dużo się nauczyłam podczas tej wizyty. Zrozumiałam, że nie powinnam tak przesadnie zwracać uwagi na to, co inni o mnie myślą. Tak naprawdę nie wiem tego i mogę się nigdy nie dowiedzieć. Tylko się męczę, wyobrażając sobie różne rzeczy, pewnie nieprawdziwe. Postaram się też być bardziej asertywna i chronić siebie, ale i uwrażliwić się bardziej na innych, nie oceniać ich zbyt szybko i czasem dawać więcej czasu na poznanie się. Tak, muszę być bardziej tolerancyjna, to dotyczy szczególnie moich chorujących znajomych i nie stawiać przed nimi wyzwań, którym nie są w stanie sprostać. To dotyczy też i mnie samej. W sumie ta sesja była takim sporym przełomem w mojej terapii. Szkoda tylko, że po niej nastąpił też kryzys, dobrze mi już znany z terapii podczas pobytu na oddziale dziennym. Jednak spodziewałam się, że tak może być, nie wiedziałam tylko kiedy.

Mały wycinek z mojej kolejnej wizyty u psychopedagoga.

Powracam do opisywania mojej terapii u psychopedagoga, bo nie wydarzyło się ostatnio nic takiego, co byłoby szczególnie ważne. Dziś pora na wizytę numer 3. Nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać, bo jak już wcześniej pisałam, po drugim spotkaniu miałam przez dłuższy czas wyśmienity humor. Gdy tylko się pojawiłam o umówionej porze, pan Paweł miał już plany, co do wizyty, ale ja koniecznie chciałam porozmawiać chwilę o Ani i innej mojej koleżance, Kasi.  Ania czuła się wtedy fatalnie i poniekąd zawdzięczała to również sobie, brała bowiem lek, który reagował z jej innymi lekami, które przyjmowała na chorobę zasadniczą. Próbowałam ją od tego odwieść, bo widziałam, jak się męczy i jak nasilone są jej objawy. Ale ona jest uparta. Uważała, że bez tego specyfiku nie da sobie rady i, znając ją i życie, brała i bierze go nadal. Ale ja nie mogę nic na to poradzić, ewentualnie chyba apelować do jej rozsądku. Zresztą już to robiłam, i to nie tylko ja, bo zdarzali się i tacy lekarze, którzy uważali, że ten typ leków jest jej niekoniecznie niezbędny i nie musi, a nawet nie powinna ich brać. Ale są i tacy, którzy jej przepisują te leki. I co ja mogę? Mam pójść i się z nimi wykłócać? Przecież Ania jest dorosła i może sama o sobie decydować. Liczyłam po cichu, że pan Paweł coś mi jeszcze zasugeruje, ale co on mógł innego wymyślić. Niestety nic, poza apelami do rozwagi i rozumu Ani.  A jeśli chodzi o Kasię, to raczej nie ona miała problem, tylko ja, bo stawiam ludziom, i jej też, za wysokie wymagania. Zawsze uważałam, że jeśli na przykład ktoś się spóźnia, to po prostu mnie nie szanuje. Mam taką zasadę, że ja sama wolę być wcześniej niż później i tego samego oczekuję od innych. A przecież ludzie są różni i nie mogę nikogo skreślać tylko na podstawie jednej cechy. Może przecież taka osoba  mieć sto innych, wspaniałych zalet. Akurat, gdy rozmawiałam z panem Pawłem o Kasi, podnosiłam inne kwestie dotyczące mojej znajomej, bo raczej ze spóźnianiem się kłopotu ona nie ma, a przynajmniej nie doświadczyłam tego. Wiem, że Kasia też choruje, ale nie mogłam znieść tego, że potrafiła się tygodniami nie odzywać do mnie, nie nosiła przy sobie telefonu, gdy dzwoniłam albo był on rozładowany, a nie miała siły ani ochoty, aby podłączyć go do ładowarki. Nigdy też się nie tłumaczyła, gdy w końcu udało mi się z nią skontaktować, nigdy nie przeprosiła, nie wyraziła skruchy. Potrafiła także w ogóle nie przyjść na spotkanie, nie zadzwonić ani nie przysłać wiadomości, co doprowadzało mnie do białej gorączki. W końcu zdecydowałam się, akurat dzień przed spotkaniem u terapeuty, powiedzieć jej parę słów. Przede wszystkim wyznałam, że jest mi przykro, gdy się nie odzywa. To akurat było w porządku z mojej strony. Ale po chwili dodałam jeszcze, że jeśli nie chce, to nie musimy się kontaktować. Tego już nie powinnam mówić, bo to było ocenianie z mojej strony narzucanie Kasi tego, co ja myślę. Niby wiedziałam o tym, ale tak na dobre pan Paweł mi to uświadomił. Dzięki niemu też dotarło do mnie, jak źle się czułam, gdy z własnej woli i ze złości unikałam koleżanki, bo jednak gdy już spotykamy się i rozmawiamy, bardzo to dużo dla mnie znaczy. Wiem, że ona doskonale mnie rozumie i często potrafi doradzić. Zresztą to działa w obydwie strony. A że bywa niesłowna? Cóż często nie jest to jej wina, po prostu choroba ją przerasta. A ni ona ani ja nic nie możemy na to poradzić. Muszę być bardziej tolerancyjna. Nie, nie muszę, ale chcę. I nie mierzyć wszystkich swoją miarą, bo za dużo jest w niej centymetrów. Usłyszałam też coś takiego od terapeuty, co mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli Kasia unika kontaktu, to tak naprawdę jest to prośba o pomoc i być może akurat ja mogę i powinnam jej pomóc. Właściwie to pan Paweł stwierdził, że tylko ja mogę jej pomóc, ale za bardzo temu nie wierzę. Od tamtej wizyty i rozmowy minęło już trochę czasu, a ja teraz trochę inaczej traktuję Kasię, więcej jej wybaczam i nasze relacje są coraz lepsze. Tylko jedna rzecz dalej mnie jednak męczy. Kiedyś powiedziałam Kasi, że strasznie nie lubię niesłownych osób, a ona stwierdziła, że ma tak samo. Potem sobie pomyślałam i powiedziałam to na terapii, że to dziwne, nie lubić niesłowności, a jednak się właśnie  tak zachowywać. Na co pan Paweł zapytał, czy jej o tym wspomniałam. Oczywiście nie, bo było mi głupio. I raczej już jej tego nie powiem, co się będzie dziewczyna stresować, że dokładnie tak postępuje, jak tego nie znosi u innych. Obecnie znowu mamy problem ze spotkaniem się z nią, ale jestem cierpliwa i staram się przynajmniej być wyrozumiała. Może ma na tę chwilę więcej obowiązków i nie może mi poświęcić za dużo czasu. A może i samopoczucie nie za dobre. Pewnie niedługo się okaże. Ale się rozpisałam, a i tak nie udało mi się opisać całej wizyty, tylko mały wycinek. No trudno, to, co najciekawsze pozostawię na następny raz. Tym razem musiałam po prostu napisać coś o mnie i dziewczynach, a wkrótce zajmę się już tylko sobą. No może nie do końca tylko sobą.

 

Wizyta u psychopedagoga, ciąg dalszy.

Ostatnio nie czuję się zbyt dobrze, niestety znów mam pewne problemy z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi (tak, tak, one też mnie dopadają co jakiś czas i męczę się z nimi tak jak z moją chorobą zasadniczą). Postanowiłam więc z moją lekarką, że wrócimy do antydepresantu, który już mi kiedyś na natręctwa pomógł, a który brałam przed pobytem na oddziale dziennym. Dostałam potem inny lek przeciwdepresyjny, który rzekomo działać i na moje obsesje, ale zawiódł. Teraz, zanim nowy –  stary lek zacznie działać, muszę trochę pocierpieć i pomęczyć się. Głównie dopadł mnie taki dziwny niepokój, niepewność i lęk. Znowu mam problem z płaczem polegający na tym, że nie bardzo mogę płakać. Ale mam taką cichą nadzieję, że wkrótce te objawy miną. No i natręctwa się wyciszą. Muszę o nich zrobić osobny wpis, bo to ważny i przykry element mojego życia, towarzyszący mi od dobrych paru lat. Dziś wracam do opisywania mojej terapii i biorę na warsztat drugą wizytę. Odbyła się ona dość szybko po pierwszym spotkaniu i tym samym miejscu. Tym razem miałam ze sobą zadanie domowe czyli drzewo genealogiczne. Nie obyło się oczywiście bez pytań ze strony psychopedagoga o moje drugie zadanie, czyli jak mi idzie zadawanie pytań bez negatywnego podtekstu, pytań jak najbardziej pozytywnych. No cóż, szło mi raczej tak sobie, a właściwie nijak mi nie szło. Zresztą do tej pory nad tym pracuję i nie zawsze mi się udaje osiągnąć satysfakcjonujące mnie rezultaty. Ale staram się. W końcu nie mogę ciągle liczyć na to, że inni będą wciąż zaprzeczać, gdy ja mówię o sobie źle. Ktoś się kiedyś wkurzy i nie zaneguje mojego gadania i dopiero będzie mi przykro. Albo w końcu zrozumiem, że niewłaściwie postępuję. Jeśli chodzi o zadanie numer 1, czyli drzewko, to poszło mi dobrze, bo swego czasu trochę wypytywałam rodzinę o przeszłość i innych krewnych, bliższych i dalszych. Tyle mi się materiału nazbierało, że miałam problem z odpowiednim rozmieszczeniem wszystkich na jednej kartce, choć była duża. Sądziłam, że to ma znaczenie i głupio mi było, że część rodziny była trochę z boku, jakby odsunięta. Ale akurat nie miałam racji i ta kwestia nie była poruszana. Słyszałam, że niektórzy terapeuci i psycholodzy też zlecają wykonywanie swojej genealogii, nawet coś podobnego miałam u jednej pani psycholog, tyle, że wtedy było to takie niewielkie drzewo, złożone z najbliższej rodziny. Wyszło mi wówczas, że dużo osób w moim kręgu było i jest obarczonych chorobami związanymi z psychiką i dodatkowo alkoholizmem, co ma na mnie wpływ i bezpośrednio mnie dotyka. Tym razem miałam za zadanie zaznaczyć różne aspekty wśród mojej rodziny, a więc : wykreślić zmarłych członków rodziny, oznaczyć choroby psychiczne, agresję, alkoholizm, inne choroby oraz pozytywne i negatywne relacje pomiędzy krewnymi. I ta ostatnia kwestia okazała się kluczowa – czarno na białym wyszło, że od kilku pokoleń relacje w małżeństwach w mojej rodzinie( i nie tylko w małżeństwach, ale jednak one dominują) są negatywne. Jak o tym potem myślałam, to rzeczywiście ani moi rodzice, ani dziadkowie, a z opowieści wiem, że i inni krewni nie byli ze sobą szczęśliwi. A wraz z tymi złymi stosunkami szły rękaw rękę zaburzenia psychiczne, agresja i alkoholizm. Nie można wykluczyć, że te wszystkie zaburzenia miały swoje powiązania z relacjami, które może je nawet zapoczątkowały? Nieciekawa to dla mnie perspektywa, bo dziedziczę ten cały bagaż genetyczny kilku pokoleń, ale podobno nie jest tak do końca źle. Dlaczego? Bo ja, poprzez swoje wybory i walkę, przerwałam to błędne koło. M.in. w taki sposób, że mam udany związek, a więc nie nawiązuję do działań i schematów krewnych. W dodatku mam wstręt do alkoholu, a to był ogromny problem w rodzinie( co ja mówię był, skoro jest nadal) i wybrałam mężczyznę bez nałogów. Zresztą nie tylko bez nałogów, bo niepijącego w ogóle. Podobno, według pana Pawła, nie miałam wyboru. Jedna sprawa jest nieciekawa – takie osoby jak ja, które nie podążają ścieżką wydeptaną przez lata przez innych, mają bardzo ciężko, bo są jak gdyby pionierami, tworzą nowe metody postępowania. No cóż, nikt mi nie powiedział, że będzie lekko, spróbuję powalczyć. I tak już sporo osiągnęłam i jestem nawet trochę dumna z siebie. Na koniec koniecznie muszę dodać, że po tej trudnej dla mnie części wizyty, było trochę czasu na lekki rozprężenie. Sporo czasu pan Paweł mówił ciekawe rzeczy o sobie i swojej pracy. Bardzo mi się to podobało, poczułam się ważna i było mi po prostu miło. Pewnie to też był taki zabieg z jego strony, żebym poczuła się dobrze. I tak się stało, powiem nawet więcej – po tej wizycie miałam fantastyczny humor, energię i chęć do życia, przynajmniej przez jakiś czas. Wkrótce miało się to zmienić, ale jeszcze nie byłam tego świadoma, cieszyłam się chwilą. Z niecierpliwością czekałam wtedy na następną wizytę.

Wizyta u psychopedagoga.

Wahałam się, czy powinnam opisywać swoją terapię, którą obecnie przechodzę, ale pomyślałam, że warto. Może kogoś zainteresuje, na czym polega taka terapia (oczywiście nie mogę sobie pozwolić na pełną relację, bo mój terapeuta by mnie utopił w łyżce wody), a może i ja będę miała większy wgląd w siebie. Trochę wizyt już się odbyło i najlepiej byłoby zawrzeć je wszystkie w jednym wpisie, ale, jak siebie znam, to zadanie niewykonalne. Zaczynam więc, a ile mi to zajmie, okaże się w najbliższym czasie. Już nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz byłam na wizycie u psychopedagoga, ale podejrzewam, że nie później niż w kwietniu, a może i wcześniej. Oczywiście obecnego roku. Akurat był to czas, gdy szukałam psychologa, który podejmie się ze mną pracować. Wiedziałam już, że w tym roku z matury nici, więc chciałam skupić się na pracy nad sobą. I tak trochę przypadkiem (a może i nie?) natknęłam się na wpis w internecie, który zachęcił mnie do skorzystania z usług tego, konkretnego terapeuty. Trochę się obawiałam tego, że to mężczyzna, bo do tej pory miałam do czynienia wyłącznie z paniami. Mam spore problemy, jeśli chodzi o relacje z panami. Myślę, że wynikają one z doświadczeń z młodszych lat (może odważę się kiedyś o tym napisać). Ale pomyślałam, że to jest świetna okazja na pewne przełamanie moich obaw i lęków i że może właśnie mężczyzna jako terapeuta jest tym, czego potrzebuję. Nie kombinowałam więc zbytnio i szybko umówiłam się telefonicznie na pierwsze spotkanie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo nie szłam do klasycznego psychoterapeuty, ale do psychopedagoga. Nie był to jednak dla mnie problem, bo raczej jestem otwartą osobą, jeśli chodzi o nowinki, także te medyczne i psychologiczne. Zresztą już na oddziale dziennym przeszłam taką krótką terapię i była w miarę skuteczna ( choć nie do końca), więc sądziłam (i sądzę nadal), że inne podejście terapeutyczne też nie powinno zaszkodzić. Podczas pierwszej wizyty moje małe obawy prysły – pan Paweł to bardzo sympatyczny i otwarty człowiek. Chyba nawet młodszy ode mnie, ale to mi nie przeszkadzało. Odpowiadało mi to, że spotkaliśmy się nie w gabinecie (wtedy jeszcze go nie miał), ale w takich bardziej przyjemnych, domowych warunkach. Od razu powiedziałam mu, że jestem pacjentką psychiatryczną, bo może to byłoby dla terapeuty ważne. Nie stanowiło to przeszkody i zdecydował się on ze mną pracować. Co jeszcze mogę powiedzieć o moim terapeucie? Wydaje mi się osobą bardzo energiczną i pewną siebie, jak też elokwentną i godną zaufania. Po prostu robi dobre wrażenie. Pewnie też potrafi się dostosować zachowaniem do osoby, z którą pracuje (coś mi wspominał na ten temat) i nie przestraszy swoją werwą kogoś nieśmiałego i niepewnego siebie. W sumie już na tej pierwszej wizycie rozpoczęliśmy pracę, tzn. na początku opowiadałam o sobie (jaki mam problem i po co przyszłam) i dość szybko pan Paweł stwierdził, że mam nerwicę. Nie wiem tylko, czy ma to być nerwica z punktu widzenia psychologii (chyba tak) czy także i psychiatrii (jeśli chodzi o tą drugą dziedzinę, to oficjalnie mam inne rozpoznanie). W każdym razie jest to schorzenie jak najbardziej do terapii. Z tej pierwszej wizyty pamiętam dobrze, że sporo rozmawialiśmy nie tylko o tej diagnozie, ale i o innych kwestiach. Najwięcej chyba o kobiecości, a właściwie o moim braku poczucia bycia kobietą. Tak właśnie wtedy miałam, uważałam, że kobiecość jest poza moim zasięgiem. Pewnie, jak większość moich problemów, i ten wynikał z przeszłości. Myślę, że niedługo zdecyduję się na wyjawienie terapeucie tych faktów, które spowodowały u mnie to, że nie czułam się pełnowartościową kobietą. O jednym już wówczas wspomniałam – mój własny ojciec powiedział mi kiedyś, że nie jestem kobietą, a ja się tym przejęłam. Pan Paweł chciał mi od razu wyperswadować moje negatywne myślenie i zrobił prosty test. Polegał on na tym, że miałam powiedzieć, jakiego koloru jest jeden z elementów jego garderoby, dość szczegółowy. Nie miałam z tym problemu. A dlaczego? Bo jestem kobietą, a my zwracamy uwagę na szczegóły. Oczywiście ten test mnie nie przekonał, ale po pewnym czasie wydarzyło się coś niesamowitego, co przekonało mnie do mojej kobiecości. To jednak temat na osobny wpis. Jeśli chodzi o przekonywanie się, to inny test też za bardzo tego nie zrobił, a chodziło tu o test, który stwierdził, że radzę sobie ze stresem. Też jest prosty – wystarczy daną osobę przestraszyć i zobaczyć jej reakcję. Moja podobno był prawidłowa, obronna, więc nie jest źle. Jakoś nie do końca w to wierzę, ale może się mylę? W sumie muszę sobie radzić w życiu i nie wychodzi mi to tak najgorzej, nawet gdy sytuacje są nieraz dość beznadziejne. Jeśli chodzi o wizytę, czy raczej sesję, to wyszłam z niej z zadaniem domowym – miałam zrobić drzewo genealogiczne. Było też drugie zadanie, polegające na tym, że od tej pory miałam starać się zadawać takie pytania mojemu chłopakowi, na które można jasno odpowiedzieć (rozmawialiśmy o relacjach, jakie mnie z nim łączą). Zamysł był taki, aby nie miały one podtekstu negatywnego, tylko pozytywny i były „prosto z mostu”. Czyli nie mogłam zapytać: ” Dlaczego jestem niemądra?” ani ” Czy jestem niemądra?” już prędzej przeszło by pytanie: ” Czy jestem mądra? Często tak robię, że stwierdzam jakiś negatywny fakt a potem oczekuję, że inni będą temu zaprzeczać, to mi jakoś podnosi samoocenę. Teraz mam jednak robić inaczej. I jeśli nie jestem czegoś pewna, to pytam się partnera i to, co on powie, ma być dla mnie wiążące. Ma on być takim moim pewnikiem, w końcu to najbliższa mi osoba na świecie. Swoją drogą to bardzo trudne zadanie i rzadko udaje mi się je wykonać, tak jestem przyzwyczajona do moich negatywnych komunikatów i twierdzeń. I już na koniec wspomnę, że po tej pierwszej wizycie byłam dość zmęczona i lekko skołowana, trochę płakałam tego dnia, a następnego już strasznie się rozkleiłam (tego właśnie potrzebowałam, bo miałam problem z płaczem i wciąż byłam przez to spięta i zdenerwowana). Następne dni nie były już jednak złe. A kolejną wizyta bardzo mi się podobała. O tym jednak następnym razem.