Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

Sama w innym mieście

Sama w innym mieście czyli terapia działa.

Ostatnio przydarzyła mi się historia świadcząca o tym, że terapia działa. I to jeszcze jak! Od razu przechodzę do konkretów. Byłam niedawno z moim ojcem we Wrocławiu. Co jakiś czas robimy sobie takie wypady, żeby pozwiedzać. To była kiedyś moja inicjatywa, a tato ją ochoczo zaakceptował. Dzięki temu mamy już na koncie parę zabytków, a mój starszy nareszcie zobaczył Panoramę Racławicką. Tym razem byliśmy w Muzeum Architektury, bo ostatnio zwiedzamy tamte rejony, m.in. zaliczyliśmy już Muzeum Narodowe. Teraz była nie lada gratka zobaczyć dzieła znanych na całym świecie artystów, więc musieliśmy z niej skorzystać. Gdy już obejrzeliśmy wystawę, ja chciałam jeszcze kupić katalog ją dokumentujący, więc poszłam do stoiska z pamiątkami, a tatę wysłałam na zewnątrz, żeby na mnie poczekał. Po niedługiej chwili udałam się do wyjścia zadowolona z dokonanego zakupu. Wzięłam z szatni plecak i poszłam do drzwi, rozglądając się dookoła, ale taty nigdzie nie było. Trochę go poszukałam, nawet w toalecie, poczekałam z 10 minut, rozejrzałam się po terenie wokół muzeum, ale normalnie zapadł się pod ziemię. Pomyślałam więc, że musiał źle zrozumieć moje słowa i pewnie, zamiast zaczekać, powoli poszedł na dworzec PKP. Zdziwiło mnie to, bo nigdy mnie samej nie zostawia, gdy gdzieś razem jedziemy. Zresztą ja też go nie odstępuję na krok, abyśmy się potem nie szukali. Wie też, że ja boję się być w innym mieście sama i mogę spanikować. Wszystko przez wycieczkę szkolną w 3 klasie liceum, gdy byłam z klasą na Pomorzu przez 5 dni. Ogromnie przeżyłam tę wyprawę, można powiedzieć, że przeszłam wtedy załamanie nerwowe i od tego zaczęła się moja choroba. Prawdopodobnie tak przeżyłam tę wycieczkę, bo nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam tak daleko bez rodziny. Możliwe też, że całe zdarzenie było tylko kroplą, która przepełniła czarę, bo już wcześniej czułam się źle. Zresztą nie będę ponownie tego samego opisywać, bo już to zrobiłam w jednym z moich początkowych wpisów na blogu. Może wspomnę tylko, że od tamtej pory, a minęło już kilkanaście lat, nie wyjeżdżałam nigdy sama dalej niż poza bardzo bliskie okolice mojego miasta. Bałam się niesamowicie takiego wyjazdu, byłam pewna, że nie dam sobie rady, na pewno spanikuję, siądę gdzieś i rozpłaczę się. Albo od razu wrócę do domu, choćby taksówką, bez względu na koszty. Zresztą, za nic nie wsiadłabym sama do pociągu czy autobusu, ni było takiej siły, która by mnie do tego zmusiła. Jeszcze z rok temu w ogóle bałam się pociągów i to był taki fobiczny strach, zawsze wydawało mi się, że wpadnę albo nawet rzucę się pod pociąg, więc omijałam dworce szerokim łukiem. Gdy już musiałam jechać pociągiem, to najpierw długo stałam pod samą ścianą dworca, dopóki pojazd nie wyhamował na dobre. Nawet nie ma co pisać o nocowaniu w innym mieście, sprawa niewykonalna. Gdy byłam z chłopakiem jakiś czas temu na ślubie jego krewnego, musieliśmy dość szybko wrócić, bo nie czułam się najlepiej. Pewnie dlatego, że uroczystość była dość daleko od naszego domu. Mimo, że nie byłam sama, tylko z najbliższą mi osobą, nie było mowy o nocowaniu, ani dłuższym pobycie. Dodatkowo tak się wtedy bałam i panikowałam, że nie bardzo nad sobą panowałam i okropnie zachowywałam się wobec mojego Aniołka. Nie wiem, jak z takim wyjazdem byłoby teraz, ale właśnie podczas mojego ostatniego wojażu z ojcem zauważyłam ogromną zmianę. Wracam do wątku zasadniczego. Gdy nie znalazłam taty i stwierdziłam, że musiał pójść na dworzec, postanowiłam i ja się tam wybrać. Drogę znałam doskonale, bo często nią chodziliśmy, zresztą miałam zapisane ulice, tak na wszelki wypadek. Myślałam jak najbardziej logicznie i jasno, nie bałam się w ogóle, nawet byłam dumna z tego, że oto jestem zdana na siebie samą w innym, dużym mieście. Poszłam więc na ten dworzec, sprawdziłam, kiedy odchodzi najbliższy pociąg do mojego miasta i skierowałam się na peron. Myślałam, że może znajdę tam tatę, ale nie było go. Usiadłam więc na ławce i zabrałam się za jedzenie, bo zawsze zabieramy ze sobą małe zapasy, aby nie kupować niczego na miejscu. Pociąg stał na peronie, ja siedziałam obok i kombinowałam, co dalej robić. W końcu postanowiłam czekać, bo może mój rodzic się pojawi, ewentualnie nawet z biletami, więc ich nie kupowałam. Ostatecznie mogliśmy kupić bilety w pociągu, gdyby było już za późno na kasę. Czekałam więc i czekałam, posilając się i gawędząc z pewną miłą panią, tato się nie pojawił, pociąg odjechał, a ja zdecydowałam czekać na następny. Już mi świtało w głowie, że chyba jednak zostawiłam mojego staruszka w muzeum, pewnie tam na mnie czeka i się martwi. Ale przecież nie było sensu wracać, bo mogliśmy się minąć po drodze. Sprawdziłam, kiedy mamy następny pociąg i poszłam kupić sobie kawę. Po niedługiej chwili postanowiłam udać się na peron, z którego miał odjeżdżać nasz następny pociąg. Miałam pecha na schodach, bo wchodząc potknęłam się i większość kawy wylała mi się, a ja się trochę poobijałam. Jeszcze do dziś mnie noga pobolewa. Dobrze, że nikt tego nie widział. Wypiłam resztki kawy, sprawdziłam sytuację na peronie(taty nie było) i wracałam powoli do głównego holu, żeby kupić bilet. Nagle usłyszałam za sobą znajomy głos, a raczej był to wrzask: „Dostałaś kiedyś zardzewiałym łańcuchem!?”. Oto zjawił się przede mną wściekły ojciec, który właśnie udawał się na peron. Zły był jak nie wiem co, bo rzeczywiście czekał na mnie ten cały czas w muzeum. On trochę niedosłyszy i myślał, że ja mu poleciłam zwiedzić jeszcze inne, stałe wystawy w placówce, gdy ja będę w sklepiku. Poszedł gdzieś na piętro i dlatego go nie znalazłam. Potem czekał na mnie długo, w końcu pytał się pracowników muzeum, a że ci widzieli mnie z plecakiem, wydedukował, że musiałam pójść na dworzec. W sumie mnie zaskoczył, bo raczej jest on osobą, która jakoś specjalnie się o mnie nie martwi, a tu się okazało, że jednak bardzo się bał. Tego, że mogę spanikować, że nie będę wiedziała, co robić. Wzruszyła mnie ta troska i było mi głupio, że naraziłam tatę na taki stres. Ale wytłumaczyłam mu, że ja już nie jestem tą osobą, co jeszcze parę miesięcy temu, że przecież terapia działa(zresztą wielokrotnie mu o tym mówiłam, widać tak mnie słucha) i przydał mi się taki test, na ile działa. Ni i trochę też miałam pretensje, że tato nie miał przy sobie mojego numeru telefonu, który już dawni dałam mu na kartce. Co prawda nie posiada on komórki, bo się boi takich wynalazków, ale przecież mógłby do mnie zadzwonić choćby z muzeum. I nie byłoby tylu nerwów. Następnym razem przypilnuję, żeby kartkę z moim numerem miał zawsze przy sobie. Tymczasem dostałam pieniądze na bilet(tato kupił już dla siebie), poszliśmy na peron i spokojnie wróciliśmy do domu.

Ta historia wiele mi dała i wiele udowodniła. Przede wszystkim muszę przyznać, że naprawdę się zmieniam i to widać nie tylko w myśleniu, ale i w działaniu. Już teraz myślę, żeby wybrać się gdzieś samej pociągiem, choćby do Legnicy, aby przekonać się, na ile już jestem silna i podleczona(już jakiś czas temu chciałam wracać sama z Legnicy, gdy byłam tam z Aniołkiem, ale wtedy to on mnie powstrzymał, a może szkoda). Trochę lęku się oczywiście przy okazji pojawia, ale i tak dobrze sobie radzę. I pomyśleć, że swego czasu potrafiłam tygodniami nie wychodzić z domu, a teraz byłam sama(no prawie) w obcym mieście(no dobrze, nie tak całkiem obcym), pośród zupełnie obcych mi ludzi(to się zgadza)i…nic się nie stało! Pewnie mogę gdybać, czy jeśli np. pół roku temu taka sytuacja miałaby miejsce, nie skończyłaby się równie pomyślnie, może po części te moje lęki to tylko takie straszaki? Jednak nie jestem tego taka pewna, bo w końcu zdarzało się i tak, że miałam ataki paniki we własnym mieście, w przyjaznym mi otoczeniu, więc strach pomyśleć, co działoby się gdzieś indziej. Wolę myśleć, a praktycznie jestem o tym przekonana, że to terapia mnie tak rozbudziła i wzmocniła niesamowicie, dzięki temu dużo więcej mogę. Oczywiście nie wszystko mogę, ale postępy i tak są imponujące. Co nie znaczy, że już nic nie ma do poprawienia i jadę od razu na wycieczkę dookoła świata. Jak na razie nawet nie wyobrażam sobie, żeby przenocować gdzieś poza domem, chyba że w asyście mojego partnera, a i wtedy długo bym się nad tym zastanawiała. Ale sama? Nie ma mowy. Może jednak kiedyś będzie to możliwe? Zobaczę. I tak jestem dumna z tego, co osiągnęłam