Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

samotność

Zawiodłam się.

Dzisiaj trochę ponarzekam, a co mi tam. Nie można cały czas być optymistą i mieć świetny humor, chociaż staram się. Staranie staraniem, ale nie zawsze mi to wychodzi. A jak tak sobie pojęczę, to robi mi się lżej na duszy. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież mogę się uczepić jakiejś bliskiej mi osoby i wyzewnętrznić się na całego. I tu właśnie pojawia się problem, o którym dziś będzie wpis. Czy ja mam bliską osobę w moim otoczeniu? Odpowiedź jest oczywista – mam, a jest nią mój chłopak. Oczywiste jest to dla mnie z tego względu, że jeśli nie byłby mi najbliższą osobą na świecie, to zaczęłabym się mocno zastanawiać nad tym związkiem. Łączy nas silna więź i dobrze nam ze sobą. Jeśli mam jakiś kłopot, nie muszę się zastanawiać, do kogo mam się zwrócić w pierwszej kolejności. Wiem, że zostanę potraktowana poważnie i otrzymam wsparcie. Nie zawsze jest to takie wsparcie jakiego bym oczekiwała, bo też ja mam za wysokie wymagania wobec innych, także wobec mojego ukochanego, ale pomaga mi on na tyle, na ile jest w stanie. Czasem jest bezradny, szczególnie gdy chodzi o moje problemy chorobowe, ale w końcu ani z niego lekarz ani psycholog. Jednak w takich chwilach troszeczkę żałuję, że nie dorobiłam się w moim pokręconym życiu przyjaciół, oczywiście poza ukochanym, bo jego jak najbardziej uważam za przyjaciela. Pisałam już kilka razy o mojej sytuacji, jeśli chodzi o bliskie mi osoby, ale może jeszcze raz wspomnę, że mam przktycznie samych chorych znajomych i w sumie można ich policzyć na palcach jednej ręki. Mówię tu o bliższych mi osobach, których jednak nie nazwałabym przyjaciółmi, bo to dla mnie zbyt ważne słowo, któr ma w sobie niesamowitą moc i siłę. Nie narzekam jednak, wiem przecież, jak trudno mieć przyjaciela, nie każdemu jest to dane. Niby więc nie jęczę, ale… No właśnie jest jedno ale – ostatnio zawiodłam się na tych kilku osobach, które, jak mi się zdawało, dobrze poznałam.Pewnie za wysoko postawiłam im poprzeczkę, tak jak sobie zawsze stawiam i stąd kłopot. Sytuacja ta miała miejsce, gdy zmarła osoba z mojej rodziny, a ponad to onkolog wykrył w mojej piersi guzek. Stwierdził co prawda, że to najprawdopodobniej łagodna zmiana, ale trochę strachu się najadłam. Miałam jednak usg i okazało się, że to był fałszywy alarm, bo żadnej zmiany nie mam. Te dwie sytuacje – śmierć w rodzinie i domniemany nowotwór spowodowały, że lekko się podłamała. Liczyłam więc na wsparcie. Może innym osobom wydało się to nietypowe, bo do tej pory to ja byłam i dalej jestem wsparciem. A istnieje też i taka możliwość, że po prostu nie zauważyli moich emocjonalnych potrzeb. W pierwszej chwili pomyślałam, że te osoby po prostu nie zdały egzaminu z naszej znajomości, ale potem przyszło mi do głowy, że przecież nie przystępowały do żadnego testu, bo czy są testy z zachowania wobec innego człowieka? Faktycznie, oczekiwałam większego zainteresowania, ale z drugiej strony moi znajomi mają również  problemy z którymi sobie nie radzą. Staram się ich usprawiedliwić, bo też przecież chorują i właściwie dlaczego mieliby uważać czyjeś problemy za ważniejsze od swoich? Oczywiste jest, że dla każdego człowieka jego kłopot ma najwyższą rangę. Ja to wszystko rozumiem, ale jednak gdzieś tam pojawił się u mnie żal. No bo kurcze, przecież wiedzą, że mogą na mnie liczyć, że nie zostawię ich bez wsparcia, nawet jeśli będzie to tylko wysłuchanie. Może popełniam jeden ważny błąd – czasem chciałabym im pomóc nawet jeśli oni nie czują się na siłach przyjąć ode mnie wsparcia. Pewnie niepotrzebnie naciskam i za bardzo staram się zmobilizować do działania. Szczególnie dotyczy to mojej koleżanki, która ma problemy depresyjno-lękowe. Usiłuję coś zrobić, aby mogła pokonać choć w małej części swoje lęki i podły nastrój, ale z jej strony słyszę tylko jedno: „Nie”. Lekarz nie, psycholog nie, terapeuta nie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie radzi sobie, często z bardzo prostymi zadaniami, ale jedyne, co umie, to odpychać każdą rękę, którą ktoś do niej wyciągnie. Ostatnio postanowiłam więc, że odpuszczam, chociaż pamiętam, że swego czasu pan Paweł zapewniał mnie, że jestem jedną z nielicznych osób, które mogą Kaśce pomóc.  Ale ja mam już dość olewania mnie, myślę, że jeśli dziewczyna naprawdę poczuje, że potrzebuje pomocy, to poprosi o nią. Albo i nie poprosi, ale to już jest mi obojętne. Na siłę nie będę nikogo uszczęśliwiać. Dlaczego nagle zboczyłam nieco z tematu mojego żalu wobec znajomych na inny żal? Ano dlatego, że też się mocno ze mną wiąże, a właściwie z moją obecną złością i rozczarowaniem. Nie wiem, czy powinnam się czuć rozczarowana, bo właściwie to czego ja się spodziewałam? Że inni rzucą wszystki i przybiegną na wyścigi wspierać mnie w tych trudnych dniach? Może tak, a może nie. Na pewno oczekiwałam jakiegokolwiek wsparcia, po prostu wysłuchania, a otrzymałam pewnego rodzaju obojętność. No bo jak ja mogę oczekiwać pomocy, skoro tak świetnie sobie do tej pory radziłam? A jeśli nawet sobie nie radziłam, to wolałam nie afiszować się z tym. Tym razem powinnam jednak napisać na czole wielkimi literami: „ Potrzebuję uwagi i troski. Zauważcie mnie.” Ponieważ mam charakter jaki mam, więc nie pisnęłam słówkiem żadnej z osób, że zabolało mnie jej zachowanie, a właściwie brak reakcji, choćby nawet jakiejś niepoważnej czy śmiesznej. Zrobiłam coś innego – odsunęłam się. Zamknęłam się na powrót w mojej dawnej skorupie. Czasem napiszę jakiegoś smsa, czasem zadzwonię, ale już nie przesadzam, nie jestem stroną aktywną. Na spotkania praktycznie nie mam ochoty, ale i moi znajomi  niezbyt często je proponują. Czekam na reakcje z ich strony, zobaczę, jak to się dalej potoczy. Tymczasem wystarczy mi mój chłopak, bo i od taty się ostatnio odsunęłam. Zabolała mnie jego reakcja, a właściwie brak reakcji na moje problemy. Nie pomógł mi przy załatwianiu formalności związanych z pogrzebem, nawet się na nim nie pojawił, a gdy z kolei powiedziałam mu o guzku, zrobił jakąś dziwną minę i stwierdził tylko: „ Mało masz jeszcze tych chorób?” Nie wiem, co to miało oznaczać, wymyślam sobie choroby czy jak?  Niech to wszystko grom trafi! Zapomniałabym wspomnieć o jeszcze jednej osobie, w której mam wsparcie. Chodzi o mojego terapeutę, co prawda już byłego, ale jakiś kontakt dalej mamy i wiem, że w trudnej sytuacji mogę na niego liczyć. Nie wiem jak długo, może w końcu mi powie, żebym się od niego odczepiła. Szkoda, że nie możemy zostać przyjaciółmi, ale to niestety niemożliwe, bo nieetyczne . W końcu byłam jego pacjentką, a i teraz jeszcze mogę co jakiś czas skorzystać z konsultacji czy spotkania coachingowego. Trzeba się  cieszyć i z tego co jest, bo zawsze może być gorzej. I tym optymistycznym (jednak!) akcentem kończę moje wynurzenia, jednocześnie zamykając drzwi od mojego ślimaczego domku, który, przynajmnie przez jakiś czas, będę teraz nosić na plecach.

Chyba boję się zdrowych czyli tylko chorzy znajomi.

Ale się rozleniwiłam, aż dziwnie się czuję, że tyle czasu nie pisałam. Czasem jednak i taka przerwa jest potrzebna. Pomysł na dzisiejszy wpis mam, ale znając siebie pewnie coś innego mi wpadnie do głowy i pójdę tym śladem. Chciałam dziś naskrobać parę słów o jednej z moich ostatnich wizyt u pana Pawła. Już co nieco wspomniałam poprzednio, gdy rozważałam, czy można wygrać ze zmęczeniem. To moje częste znużenie było właśnie jednym z tematów wizyty, ale nie doszłam do jakiś konkretnych wniosków i nadal snuję tylko przypuszczenia. Kolejnym tematem naszej rozmowy była samotność, która dość mocno mi wtedy doskwierała, co jest raczej dziwne, bo jak można się czuć się samotnym mając przy sobie ukochaną osobę? Czasem można, zwłaszcza, gdy tej osoby nie ma przy nas. Zauważyłam u siebie taką prawidłowość, że gdy czuję się gorzej psychicznie, samotność jest mi bardzo potrzebna i w zasadzie wtedy wystarczy mi ramię mojego chłopaka. Zdarza się też, że nawet od niego izoluję się momentami, aby pobyć sama ze sobą. I jest mi z tym dobrze. Kiedy jednak mam w sobie dużo pozytywnej energii, potrzebuję czasami towarzystwa. A nie zawsze jest okazja na spotkanie ze znajomymi, bo przecież oni mają swoje życie. I wtedy wpadam w przygnębienie. A raczej wpadałam, bo taka sytuacja miała miejsce już jakiś czas temu i obecnie raczej nie będzie się powtarzała. Wspominam jednak o tym, bo to także część mnie, może już dawna część, a może i nie. Troszkę ją pewnie uśpiłam i nie jest pewne, czy nie pojawi się za jakiś czas powtórnie. Zastanawialiśmy się wspólnie z panem Pawłem, jak sobie mogę poradzić w takiej sytuacji i doszliśmy do pewnych wniosków, ale nie były one dla mnie zbyt satysfakcjonujące. Stworzyliśmy taki plan na samotność, obejmujący wyjścia do różnych lokali, kina czy teatru albo na wystawy, kółka zainteresowań, stowarzyszenia lub fundacje, może jogę, o której już kiedyś była mowa. Znalazły się też na naszej liście portale internetowe, chociaż mój terapeuta ostrzegał mnie przed tą formą kontaktów. Mi jednak ona przypadła najbardziej do gustu, bo już wcześniej z niej korzystałam i dzięki internetowi poznałam parę naprawdę świetnych osób. Jest też pewna grupa ludzi, o których nie mogę powiedzieć, że ich znam, ponieważ mamy kontakt jedynie wirtualny, ale taki również mi wystarcza. Nie jestem osobą, która nie potrafi żyć bez codziennego kontaktu z innymi, wręcz przeciwnie – często izoluję się i jest to mój wolny wybór. Być może wynika to z przeszłości, która nie była dla mnie łaskawa i nie dane mi było nauczyć się normalnych i zdrowych relacji z innymi osobami. Wybrałam samotność, bo nie miałam innego wyjścia. Kiedyś tam, miałam jakieś relacje z rówieśnikami, zdarzały się nawet głębsze związki, i nie mówię tu o związkach damsko – męskich, ale zdecydowana większość moich kontaktów z innymi była raczej powierzchowna. Nie będę tu szerzej opisywać, dlaczego, myślę, że jeszcze przyjdzie na to czas. Myślę jednak, że moja przeszłość spowodowała, że nie umiem za bardzo budować relacji i nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała. Wydaje mi się, że jest już trochę na to za późno, bo przecież czego Jaś się nie nauczy… Zastanawia mnie fakt, że mam praktycznie samych chorych znajomych. Może to mój wybór, może tak wyszło, ale wcześniej nie myślałam o tym. Kiedyś koleżanka zapytała mnie, czy chcę tylko takie osoby mieć w swoim otoczeniu, a ja odpowiedziałam, że nie, ale czy tak rzeczywiście jest? Nie wiem, czy nie boję się jednak podświadomie odrzucenia przez zdrowych. Gdy chodziłam jakiś czas temu do liceum zaocznego, poznałam tam parę osób. Jedna z nich, kobieta, stała mi się trochę bliższa i sądziłam, że nasze relacje być może przetrwają i zostaniemy koleżankami, gdy szkoła już się skończy. Jednak nic z tego nie wyszło, chociaż starałam się. Nikt w szkole nie wiedział, na co choruję.  Nie kryłam tego, że mam problemy zdrowotne, ale nie mówiłam jakie, bo to przecież moja osobista sprawa. Moja nowa znajoma któregoś dnia zaskoczyła mnie stwierdzeniem, że wie, co mi jest i zauważyła, że na pewno mam problemy z sercem. Nie potwierdziłam , ale i nie zaprzeczyłam temu, bo co innego miałam zrobić? Okazało się po pewnym czasie, że dobrze zrobiłam, ponieważ koleżanka miała już wyrobione zdanie na temat pewnych chorób czy leków. Nie miała lekko w życiu i często mi o tym opowiadała,  podkreślając przy tym, że proponowano jej kiedyś leki uspokajające lub może i inne, ale ona nawet nie chciała o tym słyszeć, bo przecież człowiek musi sobie radzić. Na podstawie jej słów doszłam do wniosku, że takie osoby jak ja, uważa za słabe, może nawet nieprzystosowane do życia ( sama była osobą niezwykle energiczną). Bałam się więc mówić o mojej chorobie, a nie chciałam budować czegoś na kłamstwie. Może źle zrobiłam, być może moje zaburzenia nie stanowiłyby problemu, ale ja jednak odpuściłam. Nie potrafiłam pokazać całej siebie, powiedzieć drugiemu człowiekowi :”Zobacz, znasz mnie już trochę. To prawda, choruję, ale czy naprawdę tak bardzo różnię się od Ciebie?”. Może nauczę się tego, ale jeszcze nie potrafię, chociaż staram się.  Czy ta sytuacja wpłynęła jakoś na mnie? Pewnie tak, bo miałam nadzieję na relację ze zdrową osobą, a nie wyszło. Czy jednak naprawdę chciałam takiej relacji? Właśnie nie wiem. Może ja po prostu lepiej się czuję w gronie „swoich”, w obecności osób, które mają podobne problemy, przed którymi nie muszę się ukrywać, gdy gorzej się czuję. Bezpieczniej chyba też, choć dochodzi tu u mnie do pewnego zacierania się granic, jak mówi pan Paweł (pewnie chodzi o jakieś granice między światem chorych i zdrowych, choć właściwie to ja tworzę te granice, a nie zacieram je. Zresztą mniejsza z tym). Ale z drugiej strony, w ten sposób zamykam się na inne, wspaniałe osoby, które warto poznać.  Zresztą , w „mojej „ grupie też nie zawsze jest różowo, bo bywa ciężko ogarnąć problemy wszystkich, a trudno spotkać osobę zaburzoną, która poza swoją chorobą nie miałaby jeszcze innych kłopotów. Zresztą, już same choroby dają w kość, bo bądź tu mądry człowieku i za każdym razem zgaduj, czy twój bliski jest dziś po prostu wredny, czy to jego objaw chorobowy. Ale jakoś dobrze mi z nimi. Co nie znaczy, że mają być moim pępkiem świata.  Brak relacji ze zdrowymi to też zapewne i strach przed wyśmianiem, przed odrzuceniem, niezrozumieniem. Tylko że osoba chora też ma pełne prawo mnie odrzucić i to tak samo boli. Ech, te moje dywagacje.Koniec na dziś tego pisania, bo coś mi ono nie idzie za dobrze i wydaje mi się, że jakaś chaotyczna dziś jestem. Może następnym razem będzie lepiej.                          

Słów parę o subiektywnej samotności.

Jakiś czas temu zakończyłam moją terapię, ale to nie oznacza, że nie będę już o niej pisać. Zawsze po zakończonej sesji czy też spotkaniu notowałam sobie w domu, na gorąco, wszystko to, co było podczas danego spotkania poruszane. Robiłam to po to, aby nie zapomnieć wskazówek pana Pawła i zawsze móc do nich wrócić. Poza tym często dostawałam od niego karteczki z przedstawieniem określonego problemu w wersji najczęściej rysunkowej, abym wiedziała na przyszłość, jak sobie z danym problemem poradzić w przyszłości. Mam więc jeszcze trochę materiału z terapii i zamierzam w najbliższym czasie wykorzystać go. Już dzisiaj napiszę parę słów o jednym z naszych spotkań, które było dla mnie dość trudne, ponieważ odczuwałam w tamtym czasie ogromne osamotnienie. Pewnie wiele osób ma tak czasami, że mimo obecności najbliższych osób, czują się samotni. Mnie też to dopada. Nie wiem dlaczego, bo w sumie nie mam powodów do narzekań – mam wspaniałego chłopaka, który jest moim najbliższym przyjacielem i wszystko mogę mu wyznać, mam kochanego tatę, z którym rozmowy to dla mnie ogromna przyjemność ( co prawda nie mieszkam już z nim, ale często go odwiedzam), mam też wąziutkie, ale wspaniałe grono znajomych, którzy są dla mnie bardzo ważni. Mimo tego, zdarzają się dni i sytuacje, gdy nie mam do kogo się odezwać. Lubię samotność i nie mam nic przeciwko pobyciu sam na sam ze sobą. Nigdy się wtedy nie nudzę, zawsze mam ciekawe zajęcia, które sprawiają mi dużo satysfakcji. Pewnie wynika to z faktu, że byłam i jestem typem samotnika, do czego poniekąd zmusiła mnie rzeczywistość wokół, a wszystko zaczęło się w szkole podstawowej, o czym pewnie jeszcze będzie okazaja kiedyś napisać. Myślę jednak i podejrzewam, że ja się też trochę zmusiłam do polubienia mojej samotności, a teraz już chyba nie potrafiłabym inaczej, tak jestem przyzwyczajona do ciszy i spokoju jaki wokół panuje, gdy jestem sama ze sobą. Kiedy gorzej się czuję, pobycie samemu jest mi jak najbardziej na rękę, ewentualnie potrzebuję wtedy mojego partnera, abym pogła mu się wyżalić, przytulić i poczuć, że jest ktoś, dla kogo jestem najważniejsza na świecie. Gdy jednak lepiej się czuję, jest ze mną różnie. Także nie gardzę wtedy samotnością, ale i mam ochotę spotykać się z innymi ludźmi, więc goszczę u siebie moich bliskich znajomych lub udaję się do nich. Może się jednak i tak zdarzyć, że mam świetne samopoczucie, pobyłabym między ludźmi, a tu nie mam nawet do kogo zadzwonić. Czasem zdarza się tak w weekend, ale i inne dni nie muszą być gorsze. Wystarczy, że mój skarb odsypia pracę, z Anią nie mam możliwości praktycznie w ogóle się widywać, pozostają nam tylko smsy, Kasia jest w szkole, Iza na wyjeździe, a kolega też gdzieś wybył i …pustka się robi. I to są właśnie dni, gdy dotyka mnie jakaś tęsknota za drugim człowiekiem, jest mi wtedy przykro i smutno, a jednocześnie zła jestem na siebie, że w głowie mi się poprzewracało, bo przecież jest dobrze, nastrój w porządku, a ja jęczę. Ale jednak człowiek to istota społeczna i często ciągnie go do ludzi, nawet obcych, z którymi można zamienić chociaż parę słów o pogodzie. Mógłby mnie ktoś zapytać, gdzie ja byłam przez te wszystkie lata, że takie małe grono znajomych mam? Po prosto zostałam kiedyś bardzo dotkliwie zraniona przez inne osoby i od tej pory bałam się zawierać jakiekolwiek znajomości, aby znów nie zostać odepchniętą. Przeszkadzała mi też nieśmiałość i niepewność, która mogła wyglądać na dumę i niechęć z mojej strony. Może dlatego rówieśnici nie byli zainteresowani znajomościami ze mną. Choroba dodatkowo wszystko skomplikowała, dopiero spotkania z innymi chorymi w ośrodku wsparcia dla osób z podobnymi problemami, otworzyły mnie i spowodowały, że znów odważyłam się zaufać. Nie było to łatwe, niektóre osoby nadużyły tego zaufania, niektóre odepchnęły, może po części też nieświadomie, ale znalazły się też osoby, które mogę z dumą nazwać moimi znajomymi, może z czasem przyjaciółmi, które raczej mnie nie zawodzą i mogę na nich liczyć. Czasem relacje mniędzy nami są trudne, czasem skomplikowane, bo przecież różnimy się między sobą. Jest jedna kwestia, która nas łączy – wszyscy jesteśmy w jakiś sposób zaburzeni na tle nerwicowym i psychicznym, więc musimy mieć więcej tolerancji dla siebie i wsperać wzajemnie, a nie krytykować. Czasem czuję się jak taka kwoka z pisklętami, która trochę się opiekuje innymi. Każdego z tych moich pisklaków potrafię zrozumieć i wesprzeć, aż nie raz dziwią się, dlaczego ja rozumiem pewne rzeczy, a inni nie. Rozumiem, bo nie patrzę stereotypowo i trochę w życiu przeszłam. Tylko pojawia się pewien mały dyskonfort – czy ktoś zrozumie mnie? Radzę sobie dobrze, ale czasem też mam ochotę ponarzekać. Dobrze, że mój chłopak jest aniołem i znosi moje marudzenie. Ewentualnie zawsze mogę jeszcze zwalić się na głowę mojemu terapeucie, ale to oczywiście kosztuje. Zresztą nie narzekam zbyt często wobec innych, bo chorzy mają własne problemy, a zdrowi nie zrozumieją. Dobrze, że jeszcze są zawodowi „wysłuchiwacze” żalów, tylko gorzej, gdy kasy na nich zabraknie.

No tak miałam opisać jedną z ostatnich sesji z moim terapeutą, a zrobił mi się tekst o samotności. Akurat na tamtym spotkaniu poruszaliśmy ten temat, bo miałam wtedy doła z powodu pewnego dnia, gdy właśnie nie miałam nawet do kogo zadzwonić. Ewentualnie mogłam posłać smsa Ani, ale ona nie zawsze może odpisać. Może w przyszłym wpisie zawrę to, co poradził mi pan Paweł, a dziś jeszcze tylko dodam, że ostatnio coraz mniej mam takich dni, gdy dokucza mi samotność. Po prostu zdałam sobie sprawę czego ja tak naprawdę chcę, czy wolę pobyć sama, czy też chcę, aby otaczał mnie tłum ludzi. I doszłam do wniosku, że wolę jednak czasową samotność niż tłumy i ci znajomi, których mam w zupełności mi wystarczą. Oczywiście jeśli pojawi się jakaś sympatyczna osoba na horyzoncie, nie będę miała nic przeciwko temu, aby nawiązać kontakt. Mogę też zawsze spróbować odnowić stare znajomości, bo parę ciekawych osób z przeszłości by się znalazło. Ale nic na siłę, bo nie jest źle.