Kalendarz

Październik 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

smutek

Kiepski dzień.

Obiecywałam sobie, że będę się starała nie pisać na tym blogu o niezbyt ciekawych stronach mojego życia z chorobą. Chciałam wprowadzić więcej pozytywów niż negatywów, ale nie zawsze jest to możliwe, bo i zaburzenia psychiczne do zbyt ciekawych nie należą. Czasem jest tak, że po prostu trzeba ponarzekać i dzisiaj właśnie na to czas. Od pewnego już czasu nie czuję się najlepiej, a czasami jest wręcz fatalnie. Powinno się trochę poprawić, skoro jeden stresor mi ubył, bo postanowiłam na razie nie zdawać matury. Ale, jak już pisałam, wiosna to bardzo ciężki czas dla mnie, niby wszystko się budzi do życia, a ja wręcz odwrotnie, jakbym zapadała w sen zimowy. Dziś taki podły nastrój mnie dopadł, jakiego już dawno nie miałam. Jeszcze rano nie było tak źle, chociaż raczej słabo spałam, ale w południe nie wiedziałam już, co ze sobą robić. Taką jakąś agresję w sobie miałam, że musiałam się rozpłakać, aby ją rozładować, bo chyba zaczęłabym krzyczeć. Siedziałam więc w fotelu i płakałam i nie wiedziałam, skąd ten płacz i ta agresja. Dodatkowo dopadł mnie lęk i nie miałam nawet odwagi wyjść po drobne zakupy do sklepu. Na szczęście mój chłopak był w mieszkaniu, więc mogłam liczyć na wsparcie. Głupio mi było go budzić, ale nigdy nie ma o to do mnie pretensji, nawet jeśli akurat jest po pracy do późna w nocy albo po nocce. Złoty z niego człowiek i jego obecność często bardzo mi pomaga, chociaż niby nic takiego nie robi. Po prostu jest obok i to jest najważniejsze. Zdarza się też czasem, że potrzebuję samotności i wtedy potrafi dyskretnie usunąć się w cień. Nigdy na mnie nie naciska, nigdy nie wyśmiewa moich objawów chorobowych, nie stara też mnie pocieszać na siłę. Wie, że po pewnym czasie mi przejdzie, a jeśli nie, to będę szukać pomocy. Dzisiaj właśnie tak było, najpierw kilka ciężkich godzin pełnych lęku, płaczu i leżenia plackiem na łóżku( potrafię tak leżeć bez ruchu, prawie jakbym wpadała w katatonię ), a wieczorem o wiele lepsze samopoczucie. Ale czy na długo? Tego nigdy nie umiem przewidzieć, teoretycznie mogę nie mieć żadnego poważnego problemu, a i tak samopoczucie mi siada. Podejrzewam, że może to mieć związek z obowiązkami. Jeśli muszę gdzieś być, coś załatwić, to następnego dnia to odchorowuję. Podobnie jest, gdy mam za mało snu. Zauważyłam, że potrzebuję go dużo, bo inaczej jestem nie do życia. Nie ma mowy o zarwaniu nocy, chyba nikt by wtedy ze mną nie wytrzymał, ani ja ze sobą. Wystarczy nieraz, że trochę nie dośpię, a już moja głowa pełna jest negatywnych wspomnień, rozpamiętuję wszystko co było złe w moim życiu i wydaje mi się jakbym była znów na początku drogi w walce z chorobą. Okropna perspektywa. Wydaje mi się, że po dzisiejszym załamaniu jutro powinno być lepiej, co nie znaczy, że tak będzie. Ale kolejny trudny dzień może nastąpić we wtorek, bo w poniedziałek będę prawdopodobnie z moim chłopakiem we Wrocławiu, a to już prawdziwa wyprawa dla mnie. Takie mam wyrzuty sumienia, że jeszcze nie umiem sama jeździć do innych miejscowości, szczególnie tych odleglejszych, ale nic na razie na te lęki przed oddaleniem nie jestem w stanie poradzić. Ciągle tkwi mi w głowie ta nieszczęsna wycieczka szkolna nad morze, gdzie tak naprawdę zaczęła się moja choroba. Jednak muszę coś z tym zrobić, bo to wstyd, żeby dorosła kobieta nie mogła podróżować jak inni. Mam pewne plany, ale myślę, że ostateczne decyzje podejmę po powrocie z Wrocławia.

Nie mam szczęścia do znajomych.

Miałam pisać o czymś innym, ale wczorajsza sytuacja sprowokowała mnie do pewnych przemyśleń i postanowiłam podzielić się nimi na gorąco. A mianowicie w piątek koleżanka zapytała mnie, czy ja i mój chłopak wybieramy się gdzieś w sobotę, czyli wczoraj. Odparłam, że dam jej znać telefonicznie, jeśli będziemy w domu i zaprosimy ją bardzo chętnie do siebie. Nie oczekiwałam oczywiście, że znajoma będzie czekać w napięciu na mój telefon, rzuci wszystko i przyjdzie natychmiast po moim sygnale, ale jednak nie spodziewałam się reakcji, która nastąpiła. Dzwoniłam kilka razy, wysłałam smsa z zaproszeniem, a tu zero odzewu. Dopiero grubo po godzinie 22 dostałam wiadomość, że jej się telefon rozładował. A przecież to jej zależało na wizycie, sama się dopytywała, czy będziemy w domu. Czy to w takim razie tak ogromny problem naładować telefon? Ponieważ koleżanka też choruje, więc zrozumiałabym, gdyby źle się czuła i nie była w stanie przyjść, a nawet zadzwonić, ale jednak po czasie przydałoby się jakieś krótkie, rzeczowe wyjaśnienie, może słowo „przepraszam”. Jak dla mnie to nieco dziecinne jest tłumaczenie się rozładowanym telefonem, w końcu miała całą dobę na jego naładowanie. Oczywiście można nie mieć siły nawet na naładowanie komórki, ale jednak nie zrobić tego przez cały dzień?  Zresztą to nie pierwsze takie zachowanie znajomej, już wcześniej zdarzało jej się po prostu nie przyjść na spotkanie i to bez słowa wyjaśnienia. Na dodatek już po wszystkim zdarzało się, że nawet nie próbowała się tłumaczyć, tak jakbym była powietrzem.  Niestety nie pierwsza to osoba, która mnie tak traktuje i zapewne nie ostatnia. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa pewną koleżankę, może nawet jakby przyjaciółkę, z którą dobrze się rozumiałam. Byłyśmy najbliższymi sąsiadkami i połączyła nas mocna więź. Ale niestety wszystko skończyło się w 2 klasie szkoły podstawowej, kiedy to do mojej wsi sprowadziła się nowa dziewczyna. Co prawda chodziła do mojej klasy, ale zaprzyjaźniła się z moją koleżanką. Nie miałabym nic przeciwko temu, abyśmy tworzyły trio, jednak dziewczyny wolały tylko swoje towarzystwo. Wyznaczyły mi miejsce trochę na uboczu, co bardzo mnie zraniło i zabolało. Podobna sytuacja miała miejsce w szkole średniej, choć jednak trochę się różniła. Poznałam wtedy pewną dziewczynę, z którą tworzyłam zgrany duet. Może nie była to przyjaźń, ale na pewno dobre koleżeństwo. Gdy zachorowałam, nic się na początku nie zmieniło, wręcz słyszałam zapewnienia, jak to po szkole będziemy dalej się kumplować.  Niestety zrezygnowałam ze szkoły, sądziłam jednak, że to nie zmienia naszej sytuacji. Myliłam się. Najwidoczniej koleżanka dowiedziała się, jaka to choroba, wcześniej nie miała tej wiedzy, i zerwała ze mną kontakt. Dzwoniłam do niej, pisałam, ale bez skutku. Nawet nie to było najgorsze, że nie chciała tego kontaktu, ale brak jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia, prostego „Nie chcę już się z Tobą kolegować”.  Były jeszcze takie sytuacje, podobne i nieco inne, ale wszystkie one dały mi do myślenia. Zrozumiałam jak łatwo można zostać porzuconym, czasem nawet bez powodu. Doszłam do wniosku, że coś jest takiego we mnie, że to moja wina, iż ludzie po pewnym czasie już nie chcą utrzymywać ze mną żadnych stosunków. Ale po okresie obwiniania trochę zmieniłam zdanie. Zawsze dużo dawałam z siebie w koleżeństwie, byłam doskonałym słuchaczem, taką poduszką, w którą każdy mógł się wypłakać. Byłam na każde zawołanie, ale kiedy ja czegoś potrzebowałam, nagle robiła się pustka. Dawałam, a nie umiałam brać, może nie chciałam, a może to inni nie chcieli lub nie umieli dawać z siebie. Niestety tak się dzieje nadal, choć staram się to zmieniać. Nie bardzo jednak potrafię. Wygląda na to, że jestem takim wieszakiem, rzepem dla innych, dla ich problemów, a gdy już nie mają potrzeby uwieszania się na mnie albo przypinania do mnie, po prostu staję się zbędna. A co się robi z niepotrzebnym zużytym wieszakiem? Wyrzuca na śmietnik.  Nawet się już do tego przyzwyczaiłam, ale jednego nie mogę zrozumieć. Dlaczego inni nie potrafią zerwać znajomości w sposób kulturalny albo nawet i nie? Wystarczyłoby mi nawet jakieś” Miło było, ale żegnaj”, jakiś jeden telefon, sms, list. A może ja za dużo oczekuję, za bardzo przywiązuję się do innych i dlatego tak potem cierpię? W takim razie to ja mam problem. Zastanawiam się co zrobię teraz jeśli chodzi o stosunki z moją koleżanką. Może w końcu to ja zerwę znajomość, albo powiem, co mi się nie podoba w jej zachowaniu. Nie wiem tylko, czy się odważę, trochę na to za lękliwa jestem, zawsze składam uszy po sobie i udaję, że nic się nie stało. Potem płaczę w poduszkę albo wściekam się na siebie za swoją nieporadność. Czas chyba z tym skończyć.

Smutne Boże Narodzenie, ale nadzieja tuż za progiem.

Właśnie przeczytałam swój poprzedni wpis i muszę przyznać, że rzeczywiście nie miałam wczoraj najlepszego nastroju. Dzisiaj jest już trochę lepiej, choć  i tak nie bardzo. Co te święta mają takiego w sobie, że tak mi siada humor? Wielkanoc jest mi właściwie obojętna, może wiąże się ta obojętność z porą roku, w końcu jest wtedy wiosna, a wiosną jakoś wszystko inaczej się przeżywa i odczuwa. Mam wtedy takie poczucie wolności, a teraz wręcz przeciwnie, czuję się taka pozamykana na świat i ludzi, ogólnie na wszystko. Wigilia to jednak szczególny dzień, który bardzo mocno porusza niezależnie od tego czy się jest wierzącym czy nie. Ja już chyba nie mam w sobie wiary, wydaje mi się ona nie być do niczego potrzeba  i po prostu zbędna. Ostatnio usłyszałam w radiu, że święta przeżywają kryzys, są coraz mniej sakralne i duchowe, a bardziej skomercjalizowane. Ale było w tym też coś pozytywnego, gdyż są one jednocześnie niesamowicie rodzinne i już teraz właściwie ponad religijne. Bardzo mi się spodobała taka wizja świąt Bożego Narodzenia wspólnych dla wszystkich, wierzących i ateistów, wątpiących i poszukujących, takich po prostu ciepłych i serdecznych dni spędzonych razem. Bo chyba nie tylko o to chodzi, aby wtedy koniecznie spożyć wspólny posiłek ,bardzo tradycyjny, pójść do kościoła czy na pasterkę, ale żeby mieć takie poczucie wspólnoty. Przynajmniej ja to tak widzę i wyobrażam sobie. W tym roku miałam ochotę na karpia, takiego jakiego robiła moja mama, więc go zrobiłam, może za rok już nie będzie mi się chciało. Może znowu położę się do łóżka, jak  dwa lata temu i przepłaczę ten wieczór, ale to będzie moje i tylko moje i nic komu do tego. Ale będę miała może przynajmniej tą świadomość, że nie jestem sama, że jest obok ktoś, dla kogo też jest ważna moja obecność i tylko ona. Kto nie musi mieć wysprzątanego mieszkania na błysk, choinki i opłatka. Zapamiętałam sobie piękne słowa pewnego lekarza psychiatry, który kiedyś mi powiedział, że powinnam sobie dać przyzwolenie na złe samopoczucie i nie obwiniać się za nie. Tak więc staram się to stosować nie tylko na co dzień, ale i od święta. Skoro źle się wtedy czuję, mam obniżony nastrój, lęki, poczucie niepokoju i niechęci, to staram się nie zmuszać siebie do niczego, na co nie mam ochoty. Nie usiłuję cieszyć się na siłę, czy  udawać zadowolonej, skoro nie jestem. Czekam po prostu, aż zły czas minie i wrócę do świata żywych. Ponieważ dziś już jest trochę lepiej, więc  zdecydowałam się wysłać trochę życzeń świątecznych w postaci smsów i nawet nie było to dla mnie przykre, a nawet sprawiło mi pewną przyjemność. W razie czego pozostaje jeszcze magiczna tabletka na uspokojenie, ale to ostateczność, chociaż jeśli nie można sobie pomóc w inny sposób, to każdy sposób jest dobry. Ważne to nie wymagać od siebie ponad siły, po prostu mierzyć siły na zamiary. Mam nadzieję, że jeszcze istnieją osoby, dla których te święta też są trudne, że nie jestem sama, chociaż oczywiście lepiej by było gdyby takich osób znajdowało się coraz mniej.  Ale jakoś mam takie przeświadczenie, że ta liczba rośnie i można to nawet łatwo zaobserwować. Przykre to, ale prawdziwe. Trzeba jednak mieć nadzieję, że kiedyś ten stan rzeczy się zmieni, i u mnie, i u innych smutasków świątecznych. Może i nas ogarnie magia Bożego Narodzenia?

Trudne święta.

Właściwie już tytuł mówi wszystko, dla mnie święta, szczególnie te Bożego Narodzenia, są zawsze trudne. Nie wiem, czy choroba ma tu coś do rzeczy czy nie, ale ciężko mi się w ten świąteczny czas pozbierać. Wszystko zaczęło się od śmierci mojej ukochanej mamy, w 2001 roku. Chociaż przewlekle chorowała, to jednak był to dla mnie ogromny cios. Niby miałam już 19 lat i właściwie powinnam już być samodzielna, to jednak właśnie dwa lata wcześniej dopadła mnie choroba i mama była dla mnie największym oparciem. Jednak przez pierwsze kilka lat jeszcze chciało mi się przygotowywać święta i nawet sprawiało mi to jakąś przyjemność. Po pewnym czasie jednak już nie miałam siły ani na ubieranie choinki ani na wieczerzę wigilijną. Wtedy mieszkałam z tatą, a jemu było obojętne, czy świętujemy czy nie. Ale to nie to mnie zniechęciło, ja po prostu znienawidziłam tą całą atmosferę świąteczną, najchętniej bym wszystko przespała i zapomniała o całym świecie. Nawet gdy zamieszkałam ze swoim chłopakiem, nic się nie zmieniło. Kazałam mu pojechać na Wigilię do rodziców, a sama przepłakałam cały wieczór. Mogłam jechać z nim, już kiedyś świętowałam z jego rodzicami, ale nie miałam najmniejszej ochoty. Rok temu coś się zmieniło, nawet coś tam przygotowałam z tzw. gotowców z supermarketu  i w tym roku też, ale to nie to samo co kiedyś. Jakoś ta cała otoczka świąteczna wcale mnie nie cieszy, dostaję wtedy wręcz depresji i napadów lękowych. Jeszcze parę lat temu winiłam za moje zachowanie tęsknotę za mamą, ale teraz myślę, że trochę już otrząsnęłam się z żałoby, chociaż tak do końca nigdy nie będę od niej wolna. Może to moja raczej skromna religijność, jeśli w ogóle można w moim przypadku mówić o jakiejś religijności, ma znaczenie. A może to jednak ta cała otoczka świąteczno-marketingowa. Wszyscy tak się cieszą świętami, według reklam i mediów, że ja też powinnam się cieszyć, bo inaczej przecież nie wypada. A tymczasem ja się nie tylko nie cieszę, ale wręcz mi one przeszkadzają i denerwują. Chyba jakaś dziwna jestem, to przecież taki radosny czas. Tylko że z moich obserwacji wynika, że sporo osób z problemami psychicznymi ma ten problem, po prostu święta nas nie cieszą. Może za wrażliwi jesteśmy i za bardzo wszystko przeżywamy. W końcu wiele problemów chorobowych bierze się też z problemów w środowisku, także rodzinnym, więc jak tu się radować. Myślę, że powoli zaczynam się odwrażliwiać i  trochę obojętnieję na atmosferę świąteczną, już jakby mniej się smucę, choć to uczucie jednak dalej występuje. Raczej wątpię, czy pokocham święta na nowo, ale jeśli nie będę tak negatywnie ich odczuwać całą sobą, to już będzie dobrze.