Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

stereotypy

„Przecież pan jest taki spokojny!”

Zamierzałam dziś skupić się ponownie na opisywaniu mojej terapii, ale przypomniała mi się historia związana z moim ojcem i skłoniło mnie to do zmiany tematu obecnego wpisu. Mój tato też leczy się psychiatrycznie, podobnie jak ja, w sumie to takie nasze choroby rodzinne, ponieważ moja mama też nie była zdrowa, ale nie dało rady zaprowadzić ją do specjalisty. Parę lat wcześniej, zanim ja zaczęłam chorować, tato zaczął mieć problemy z sercem, dostawał, jak on to nazywał „ataków”, podczas których miał bardzo przyspieszony puls, problemy z oddychaniem, nieraz prawie mdlał. Nie wiadomo, czym mogło się to skończyć, więc zawsze wtedy dzwoniliśmy w rodzinie po pogotowie albo sam docierał na izbę przyjęć, gdzie dostawał zastrzyk uspokajający. Kiedyś miał tak silny napad, że rzuciło nim o ścianę, a był wtedy w pracy. Trafił do szpitala, przeszedł badania, ale nie wykazały one większych problemów z sercem. Co paradoksalne, gdy tato dostawał ataku w szpitalu, otrzymywał lek na pobudzenie serca! A przecież trzeba je było uspokajać, bo puls był o wiele za wysoki. Ale widać, ja się nie znam. Na szczęście pobyt w szpitalu nie trwał długo, a po wyjściu z niego, tato trafił na mądrego lekarza, który stwierdził, że może to być nerwica serca i potrzebna jest konsultacja z psychiatrą. I to był strzał w dziesiątkę, bo psychiatra naprawdę tacie pomógł. Dostał on magnez, witaminy, bardzo skuteczny w tym przypadku, chociaż prosty lek – propranolol i lek na uspokojenie, który miał przyjmować przez jakiś czas. Wszystko powoli zaczęło wracać do normy, tato jeszcze parę lat pracował, chociaż uspokajacz dość mocno go otumaniał. Po pewnym czasie, niestety nie był już zdolny do pracy, poszedł na rentę, i dostał trochę innych leków, ponieważ miał (i ma do tej pory) problemy depresyjno – lękowe. Na początku leczył się prywatnie, póki jeszcze pracował, a potem trafił do poradni zdrowia psychicznego. Regularnie chodzi na wizyty i właśnie podczas jednej z takich wizyt wydarzyła się pewna zabawna sytuacja. Tato pracował dużo wśród ludzi, więc i sporo osób go znało. Pewnego razu, gdy czekał na lekarza, przyszła do poradni jakaś pani, która znała mojego rodzica z widzenia, z jego pracy. Okazało się, że owa pani też się leczy. Oczywiście nie zdawała sobie sprawy wcześniej, że tato chodzi do tego samego lekarza i że w ogóle bywa u psychiatrów. Była tą sytuacją bardzo zdziwiona i stwierdziła: „ Przecież pan jest taki spokojny!” Jak widać z załączonego obrazka ta pani pewnie nie leczyła się jeszcze długo, bo miała poglądy jak najbardziej przeciętnej osoby zdrowej, która sądziła, że zaburzony pewnie musi być nerwowy i popędliwy. Tato powiedział o zdumieniu znajomej z widzenia i lekarz skwitował to uśmiechem. Żauważył, że może spodziewała się zobaczyć kogoś niebezpiecznego, furiata z pianą na ustach, a nie spokojnego, zwyczajnego pacjenta, który spokojnie czeka na swoją kolej w poradni.

Do czego zmierzam? Otóż do tego, że bardzo często obserwuję, iż osoba zaburzona lub chora uważana jest za niebezpieczną albo co najmniej taką, która często i szybko wpada w złość, nie panuje nad sobą, zachowuje się dziwacznie, zwraca na siebie uwagę otoczenia i ogólnie trudno z nią wytrzymać. A tymczasem często możemy nawet nie zdawać sobie sprawy, że nasza sąsiadka lub sąsiad chorują, że osoba, która przysiądzie się do nas w autobusie, też choruje, albo nasz znajomy czy kolega z pracy. W miejscu, w którym obecnie mieszkam, tylko zaufane mi osoby wiedzą o mojej chorobie, natomiast sąsiedzi nie mają pojęcia, bo tego po prostu po mnie nie widać. Dlatego, gdy dwie osoby, które znają się z widzenia lub nawet bliżej, spotkają się w takim miejscu, jak poradnia lub miejscu wsparcia dla osób chorych, mogą się nieźle zdziwić. Oczywiście, są osoby chore, po których od razu widać chorobę, często dotyczy to zwłaszcza tych ludzi, którzy nie chcą się leczyć i nie przyjmują przepisanych medykamentów. Uważam, że jak najbardziej wskazane jest wtedy wszystko, aby takiego człowieka namówić do wizyty u lekarza lub do pobytu w szpitalu, gdyż może on być rzeczywiście niebezpieczny dla siebie lub otoczenia. Czasem konieczny jest  nawet przymus bezpośredni , chociaż jak słyszę od moich znajomych, są z tym ostatnio problemy i rodzina chorego czasem jest zdana jedynie na siebie, bo odpowiednie służby nie chcą pomóc. Chyba czekają na tragedię.

Ja mam to szczęście i moi znajomi oraz inne mi bliskie osoby, nie muszą być namawiani do leczenia, bo wiedzą, że dzięki lekom poczują się lepiej(a jeśli zapomną, to ja mi przypomnę). Są to ludzi bardzo wrażliwi, delikatni, których łatwo zranić i dlatego boli ich wrzucanie do przegródki z napisem: „Jesteś chory – jesteś niebezpieczny.”Bo oni absolutnie nie mają złych zamiarów. Mam nadzieję, że ja też nie mam, chociaż jak się wkurzę, to kto wie… Oczywiścię żartuję, choć temat jak najbardziej poważny. Myślę, że większość nas chorych, to całkiem fajne i przyjazne osoby, które mają rodziny, przyjaciół, pasje i ogromną chęć do życia. Życia bez etykietek, bo my też jesteśmy wartościowi. A tak na koniec, to nie wiem, kto jest bardziej dziwny że tak napiszę nieładnie „nienormalny” – chory, który zdaje sobie z tego sprawę, chodzi do lekarza, bierze leki i nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza tym, że choruje, czy osoby rzekomo zdrowe, bo nie mające na to papierów, np. urządzające w nocy awantury, rzucające talerzami po mieszkaniu lub niszczące cokolwiek, bo im przeszkadza?

„Klan”i stereotypy.

Pewnie komuś wyda się dziwne, jak można oglądać ten serial i po co ja to robię, ale już wyjaśniam. Jestem wierną fanką „Klanu” od początku jego powstania i tak mi zostało do tej pory. Nie jestem osobą, która zmienia swoje ulubione seriale jak rękawiczki, a poza tym tylko tej jeden serial oglądam. Dlaczego jednak o tym piszę, co może kogokolwiek obchodzić jakiś tasiemiec? Mam w tym pewien cel, ponieważ właściwie muszę się przyznać, że miałam taką cichą nadzieję, iż ten właśnie serial pomoże zmienić zapatrywania na osoby z zaburzeniami psychicznymi. Podobało mi się bardzo pojawienie się, jako jednej z postaci, chłopaka chorującego na schizofrenię. W dodatku postać ta leczyła się, uczyła, potem pracowała i nadal pracuje. Byłam ciekawa motywu związku uczuciowego i tu, niestety, moje rozczarowanie. Na początku wszystko szło pięknie, miłość kwitła, mimo iż jedno z bohaterów było zdrowe, drugie chore. Taka miłość nieczęsto się zdarza, a tutaj proszę, pokazano mi, że może istnieć i być spełniona. Ale oczywiście nic nie trwa wiecznie i, jak to bywa i w realnym życiu, związek się rozpadł. Pokazano mi, że osoba chora psychicznie nie nadaje się do miłości, do związku, wszystko niszczy swą zazdrością i ogólnie może być niebezpieczna dla partnera. Nie mówię absolutnie, że nie zdarza się tak, pewnie występują takie sytuacje dość często i są bardzo trudne, ale przecież nikt mi nie zabroni łudzić się, że telewizja mogłaby pokazać inną stronę takich związków, a nie tą stereotypową. Znam osobiście dwoje ludzi, którzy kochają się mimo choroby jednej z nich, są szczęśliwi i nie poddają się. Co tu daleko szukać, ja sama jestem na to dowodem. Mój związek trwa ponad pięć lat, jesteśmy bardzo zakochani i świata poza sobą nie widzimy. A w dodatku oboje jesteśmy chorzy. Nie przeszkadza nam to jednak szanować się, wspierać i rozumieć, nawet gdy jedno z nas zachowuje się nieco odmiennie czy wręcz potrzebuje chwilowej hospitalizacji. Pamiętam, gdy mój partner miał ze mną ciężko, ponieważ nie mogłam brać, a właściwie dobrać żadnego neuroleptyku. Byłam wtedy często agresywna, miałam częste zmiany nastrojów, kłóciłam się o byle co, a po chwili płakała i przepraszałam. On za każdym razem mówił, że przecież nic się nie stało i trwał przy mnie wiernie, bo wiedział, że walczę z chorobą jak tylko mogę i w końcu będę górą. I rzeczywiście, po odpowiednim dobraniu leków, objawy, te przykre, minęły, a nasza miłość pozostała. Co prawda nie przysięgaliśmy przed ołtarzem, ale oboje obiecaliśmy kiedyś sobie, że będziemy razem do końca, co by się nie działo, że nie opuścimy się. To jest chyba prawdziwa miłość. Dlatego oczekiwałabym od telewizji, żeby pokazywała nie tylko te złe strony życia i związków osób chorych, ale i dobre. Czy to tak dużo, czy trzeba utwierdzać stereotypy, zamiast je zwalczać? I jeszcze jedna sprawa mnie ostatnio uderzyła. Podobało mi się, że serial ma jako bohatera osobę z niepełnosprawnością intelektualną. Znam takie osoby i wiem, jak przesympatyczne potrafią być, jak ufne i bezinteresowne. Oczywiście i tu zdarzają się wyjątki, ale czy wśród zdrowych ich nie ma. A tymczasem teraz nasz bohater, którego wcześniej prezentowano jako osobę miłą i mało problemową, stał się agresywny i nie obliczalny, co spowodowało konieczność leczenia szpitalnego. Spotkałam się ze stwierdzeniem dość wiarygodnym, że osoby z zespołem Downa raczej nie są agresywne, czy w takim razie koniecznie musiałam zobaczyć, że nawet tak pozytywnego bohatera dotyka furia? Jaki to ma sens? Czy to nie zmieni postrzegania tych osób? Czy jakaś matka nie zabroni dziecku bawić się z niepełnosprawnym kolegą, bo widziała w serialu, że był nieobliczalny? Szkoda byłoby, gdyby stereotypy nadal nimi pozostały i gdyby nic się nie zmieniło. Myślę sobie, że nawet najlepsze akcje społeczne mogą  nie pomóc, jeśli telewizja promuje wizerunek osób nie pełnosprawnych czy to psychicznie czy intelektualnie jako tych złych. A potem słyszę na ulicy jak starsze panie wskazując moją chorą poważnie , bo dość ciężko niepełnosprawną intelektualnie koleżankę, szepczą do siebie, że po co takie coś żyje i powietrze zabiera. Szkoda słów.