Kalendarz

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

szkoła

Na naukę nigdy nie jest za późno.

Ostatnio pisałam, że za swoją największą porażkę uważałam do pewnego czasu brak wykształcenia. Wyrzucałam sobie, że może gdybym się trochę bardziej postarała, to skończyłabym liceum, do którego chodziłam. Ale pewnego dnia usłyszałam mądre słowa od mojego taty na ten temat, a mianowicie, że przecież gdybym dała radę, to chodziłabym dalej do szkoły, a skoro nie chodziłam, to znaczy, że nie byłam w stanie i nie ma co nad tym dłużej debatować. Zgodziłam się z nim. Zresztą, może tak miało być, może to nie był ten czas ani to miejsce? Wiem od taty, że mama zastanawiała się wtedy, czy nie mogłabym pójść do jakiejś szkoły dla dorosłych, ale nic mi o tym nie mówiła, bo widziała, w jakim byłam stanie. Po kilku latach ja sama dowiadywałam się w sprawie pewnej szkoły, nawet byłam w niej i miałam składać papiery. Ale najpierw postanowiłam zrobić pewną próbę czyli pouczyć się, po powtarzać pewne rzeczy i niestety, okazało się, że nie byłam w stanie, ponieważ wróciły moje zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, z którymi miałam wcześniej problemy a dotyczyły one właśnie nauki. Tak więc zrezygnowałam z pomysłu szkoły. Jednak co się odwlecze… Po kolejnych kilku latach byłam już absolutnie gotowa na nowe wyzwanie i spisałam sobie kilka szkół z zamiarem dowiedzenia się o nich czegoś. Miałam szczęście, bo właśnie otworzono w moim mieście bezpłatne liceum dla dorosłych. Teraz sobie mówię, że właśnie na tą szkołę czekałam, bo wszystkie inne były płatne i to dość słono. Ponieważ trochę za długo się zastanawiałam ze złożeniem papierów i zrobiłam to dopiero w sierpniu, więc jako jedna z nielicznych osób miałam małą opłatę, bo 50 złotych za semestr. Ale taka kwota, to praktycznie żadna kwota. Zapisałam się do liceum trzyletniego, dla osób po gimnazjum i podstawówce. Miałam za długo przerwę w nauce, więc musiałam zaczynać od początku, ale to nie było dla mnie problemem. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę, jak to będzie, ale miałam ogromną motywację i chęć, więc czułam, że muszę dać radę, bo jak nie teraz, to chyba już nigdy. I okazało się, że miałam rację. Z nauką radziłam sobie bardzo dobrze, o wiele lepiej niż przed laty, w „normalnym” liceum, spotkałam sympatycznych ludzi, z których też każdy miał jakieś powody, że nie ukończył wcześniej żadnej innej szkoły, albo i nie zaczął. Byliśmy na jednym poziomie. Spotkałam dziewczynę, która miała prawdopodobnie również pewne problemy chorobowe, ale niestety szybko ze szkoły zrezygnowała. Może to nie był jeszcze jej czas. W ostatniej klasie byłam już dość zmęczona zajęciami i trochę psychicznie miałam dość. Pojawiły się znów lęki i zdarzyło mi się wyjść z klasy podczas lekcji, bo nie mogłam wytrzymać napięcia, ale to był jednorazowy wypadek. Jak na trzy lata, to i tak dobrze. Miałam podchodzić do matury, ale stwierdziłam, że za mało umiem i zadowoliłam się świadectwem ukończenia szkoły i moim wymarzonym średnim wykształceniem. Nie jest to może szczyt osiągnięć, ale dla mnie to dużo, jeszcze niedawno nawet nie sądziłam, że choć tyle mi się uda zrobić. Chciałam podejść do matury po roku, ale wylądowałam na oddziale dziennym. Tym razem choroba zwyciężyła, ale ja się nie poddałam i będę próbować w tym roku. Jestem przerażona i nie wiem jak ja tego dokonam, ale chcę to zrobić dla siebie. Chcę mieć pełne średnie. Nie wiem, czy mi ta matura do czegoś potrzebna, ale już nie mówię, że na pewno nie pójdę na studia, a jeszcze niedawno kategorycznie tak twierdziłam. W końcu na naukę nigdy nie jest za późno i jestem tego przykładem.

Szkoła i duchy.

Za swoją największą porażkę uważałam jeszcze do niedawna brak wykształcenia. Jak pisałam wcześniej zrezygnowałam ze szkoły w 4 klasie liceum ogólnokształcącego. Wtedy, paręnaście lat temu liceum miało jeszcze te 4 lata, bo nie było gimnazjum. Właściwie jedyną, ale najważniejszą przyczyną była choroba. Jak miałam normalnie chodzić do szkoły, skoro bałam się wychodzić z domu? Lęk zdominował całe moje życie i nie było mowy o dokończeniu edukacji. Już dwa lata wcześniej były pewne niepokojące symptomy, które powinny mi dać do myślenia. Nie pamiętam już, dzięki komu zaczęłam wtedy chodzić do psychologa, ale odbyłam kilka wizyt. Odkryłam po latach, że miałam wtedy założoną normalną kartę psychiatryczną, ale ani razu nie widziałam się z psychiatrą, tylko właśnie z psychologiem, chociaż chodziłam do Poradni Zdrowia Psychicznego, o czym zresztą nie miałam pojęcia. Na mój stan psychiczny tamtego czasu miała wpływ choroba babci, a później jej śmierć, i inne problemy domowe( rodzice mówili coś o rozwodzie ). No i słabo mi szło w szkole. A właściwie wydawało mi się, że słabo mi idzie. Owszem oceny miałam średnie, ale jak na to liceum nie były złe. Tylko że ja zawsze byłam za ambitna, już w podstawówce musiałam mieć najlepsze oceny, nawet nie wiem za bardzo po co. Tak jakbym chciała sobie tymi ocenami coś udowodnić, a może zrekompensować.  Liceum było dla mnie lekkim szokiem, szczególnie poziom, jaki wyznaczali tu nauczyciele. Mógłby ktoś zapytać, po co w takim razie tam poszłam, skoro tak naprawdę nie byłam super zdolna, tylko pracowita. Nie miałam po prostu innego pomysłu na siebie, na swoje życie, nie wiedziałam kim chcę zostać. Właściwie jedyne , co wiedziałam to to, że nie umiem nic innego poza uczeniem się. I chyba także dlatego trafiłam do tego psychologa. Był też pewien powód, którego do końca nie rozumiem. Otóż w tamtym czasie zmarł wujek, który przed lat opuścił dom rodzinny i przestał się z kimkolwiek z rodziny kontaktować. Szczególnie odczuła to jego mama, a moja babcia, u  której mieszkaliśmy. I po śmierci tego wujka, którego ledwo pamiętałam, miałam takie wrażenie, że czuję czyjąś obecność w mieszkaniu, szczególnie wieczorami. Byłam przekonana, że to on przyszedł pożegnać się z domem. Ale dlaczego moja babcia nie miała takich odczuć? Nie wiedziałam tego, ale może miało to związek z moją wrażliwością, trochę przesadną i naiwną. Jeszcze dziś pamiętam, że leżąc w łóżku odczuwałam obecność drugiej osoby za plecami, czasem jakbym widziała jakieś ledwo zarysowane kształty, tak przez mrugnięcie oka. Nawet mogłabym przysiądź, że byłam świadkiem przesuwających się samoistnie drzwi. Ale może to była tylko moja wyobraźnia albo rozpoczynająca się choroba psychiczna? Jednak nigdy później, nawet będąc zdiagnozowaną, nie miałam takich widzeń. Nie jestem raczej wierząca, ale tamte chwile z przeszłości dają mi dużo do myślenia. Ale wracając do tematu, odbyłam tylko kilka wizyt u pani psycholog, podczas których sama nie wiedziałam, czego ja chcę. Na początku miałam badania psychologiczne, z których jasno wynikało, że mój rozwój jest jak najbardziej w normie. Różne tematy poruszałyśmy, bo chodziłam do gabinetu z mamą, ze specjalistką, i ona też o różnych rzeczach mówiła, ale ja dalej byłam zagubiona. I w końcu jakoś tak się stało, że przestałam chodzić na spotkania, a może to był właśnie błąd. Często się nad tym zastanawiam i nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy kontynuując spotkania skończyłabym normalnie szkołę z moją klasą. Teraz to już nie ma znaczenia, ale trochę mam żal do samej siebie, być może za grzech zaniedbania. Może to ja sama dopuściłam do sytuacji, że w tej ostatniej klasie, a nawet parę miesięcy wcześniej choroba się pojawiła i nie pozwoliła mi na tamten moment zdobyć upragnionego, co prawda tylko średniego, wykształcenia. Po roku próbowałam ponownie podjąć naukę, w nowej, maturalnej klasie, ale już pierwszy dzień spowodował u mnie atak paniki i zrezygnowałam. Jednak jak mówi mądre przysłowie: „Na naukę nigdy nie jest za późno”. Ale o tym kiedy indziej.