Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

szpital

Szpital po raz drugi.

Dziś chciałabym napisać o moim drugim, i jak na razie ostatnim, pobycie w szpitalu psychiatrycznym na oddziale zamkniętym. No może nie do końca zamkniętym. Ten drugi pobyt miał miejsce tego samego roku co pierwszy, a nawet odbył się prawdopodobnie o tej samej porze roku, czyli w zimie. A może to już była wiosna? nie pamiętam dokładnie, to przecież było paręnaście lat temu. Mimo że pierwszy pobyt bardzo przeżywałam i nie wspominałam go najlepiej, to zdecydowałam się jeszcze raz spróbować, gdyż naprawdę źle się wtedy czułam. Miałam dość dobrą lekarkę i to ona poniekąd też namówiła mnie na ten oddział. Zresztą był to ten sam oddział co poprzednim razem. Ulokowano mnie tym razem na sali obserwacyjnej, nie bardzo wiem czemu, bo nie przypominam sobie, żebym miała myśli samobójcze. Okropna była ta sala, taka jakaś biała, jakby sterylna i do tego te szpitalne łóżka zamiast tapczaników, jak w innych salach. W dodatku często przychodziła pielęgniarka i kontrolowała, czy wszystko w porządku. Ja wiem, że to konieczne na takiej sali, ale te nocne odwiedziny nie były przyjemne. Myślałam, że tym razem dam radę wytrzymać całą dobę na oddziale, ale już wieczorem pierwszego dnia poczułam się fatalnie. Nie mogłam się uspokoić, nerwy miałam jak postronki. Noc też była przykra, nie spałam prawie wcale, mimo tabletki na sen. Jak tylko doczekałam do rana, postanowiłam od razu pójść do jakiegoś lekarza. Jeszcze wcześniej miałam badania i śniadanie, ale potem już nie czekałam na nic, tylko znalazłam pierwszego lepszego lekarza i stwierdziłam, że ja nie jestem w stanie dać rady przebywać non stop na oddziale. Nie chodziło absolutnie o pacjentów, po prostu zamknięte na głucho drzwi i kraty w oknach mnie paraliżują. I to oddalenie od domu, mój największy problem. Do dnia dzisiejszego nie jestem w stanie nocować nigdzie indziej, tylko w domu rodzinnym albo tu, gdzie teraz mieszkam z chłopakiem. No i znowu wymogłam na lekarzu pobyt dzienny. Początkowo nie chciano mnie tak od razu puścić do domu, moja lekarka upierała się, żebym jeszcze jedną noc została. Bała się, że coś sobie zrobię, bo chyba nieciekawie wyglądałam, ale ja się nie poddałam. Obiecałam jej, że nie ma takiej opcji, żebym miała się targnąć na życie. Poza tym byłam nieumyta, z brudnymi włosami, bo do szpitala przyszłam prosto z poradni zdrowia psychicznego, gdzie miała poprzedniego dnia wizytę kontrolną, i myślałam tylko aby się porządnie wymyć i wyspać. Niestety szpitale nie zapewniają nic poza byle jaką koszulą nocną. No i dopięłam swego -  miałam pobyt dzienny. Od razu trafiłam na inną salę, gdzie było bardziej swobodnie, na obserwacyjnej nawet nie można było pościelić sobie łóżka. Poznałam kilka sympatycznych osób, wśród nich pewną dziewczynę, z którą nawet się dość polubiłyśmy. Na początku do mnie nie podchodziła, bo wydawałam się jej, że tak powiem, za zdrowa. Okazem psychozy to ja nie byłam, więc może dlatego. Miałam z nią kontakt przez jakiś czas po szpitalu, nawet czuła się lepiej ode mnie i miała pełno planów na przyszłość. Poszła do jakiegoś studium, potem do pracy, ale tu nastąpiło pogorszenie. Trafiła znów do szpitala, nie pierwszy raz i całkowicie zamknęła się w sobie. Nie chciała już z nikim utrzymywać kontaktu, ze mną też. Spotkałam ją potem przypadkiem i tłumaczyła, że nie chce nikogo obciążać sobą i swoją chorobą. Nie pomogły moje argumenty, ona miała już swój punkt widzenia. I w ten sposób straciłam naprawdę świetną koleżankę. Mam jej adres do tej pory, ale nie chcę naruszać jej prywatności, szanuję jej wolę, choć serce mi krwawi. Może kiedyś zmieni zdanie, wróci do świata. Będę na nią czekać. 

Szpital( prawie ), jak każdy inny.

Pewna miła osoba zauważyła, że piszę o sprawach mało istotnych, prawdopodobnie jeśli chodzi o mój pobyt w szpitalu. Nie do końca się z tym zgadzam, bo wszystko, o czym piszę, jest dla mnie istotne. Oczywiście każdy ma prawo do swojej opinii a ja każde zdanie chętnie przyjmuję. Każdą krytykę również. Nie wszystko dobrze pamiętam z pobytu w szpitalu i dlatego staram się nie wdawać w szczegóły, żeby nie napisać jakiejś nieprawdy. Opisuję to, co zapadło mi w pamięć i gdzieś tam dalej jest w mojej głowie mimo tego lęku, który wtedy mną władał. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie o kolor ścian szpitalnych w tamtym czasie, ale raczej zbyt barwne to one nie były, tak mi przynajmniej coś świta. Woda oczywiście była ciepła, ta w łazience, bo w końcu to nie średniowiecze i jakieś jednak normy obowiązują. A czym pachniała pościel? Jeśli już pachniała to pewnie proszkiem, no i każdy miał dodatkowo koc, jakby zmarzł. Ale nie było potrzeby z niego korzystać, bo jednak szpital ma własne ogrzewanie centralne i mimo zimy mieliśmy ciepło, nawet czasem za bardzo. Jedzenie raczej skromne, jak to w szpitalach, ale nie narzekałam, ważne, że ciepłe i duże porcje. No tak, z tą wielkością to przesadziłam, bo obiad, owszem, do najedzenia się, ale kolacja i śniadanie skromne. W sumie niektórzy się jeszcze sami dożywiali, jak dysponowali gotówką. Był jeszcze czajnik bez przewodowy na korytarzu i można było sobie zrobić coś do picia, jeśli ktoś posiadał kawę albo herbatę, a jak nie posiada,ł to znalazł się chętny, co wspomógł swoim produktem. W sumie jakiejś ogromnej różnicy nie było między tym szpitalem a tzw. normalnym, przynajmniej ja to tak odczuwam, choć porównania za dużego nie mam, bo tylko raz świadomie byłam na innym oddziale, okulistycznym i to w innym mieście. Raczej byłam pozytywnie zaskoczona mimo krat w oknach i zamykanych na klucz drzwi. Tyle na ten temat, bo więcej z pamięci nie przytoczę.

Szpital po raz pierwszy, ciąg dalszy.

Słabo spałam tej pierwszej nocy w szpitalu psychiatrycznym, chociaż dostałam jakąś tabletkę na sen. Nic też takiego w nocy się nie działo, co by mi przeszkadzało spać. Niestety moja fobia przed obcymi miejscami i nocowaniem w nich dała o sobie znać. Myślałam tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w swoim domu, we własnym łóżku. Na tamtą chwilę wydawało mi się to jednak niemożliwe i nie bardzo liczyłam na zmianę swojej sytuacji. Jednak pomyliłam się, co mnie niesamowicie zaskoczyło, a nawet zaszokowało. Otóż rano postanowiłam jak najszybciej udać się do lekarza i spróbować przedstawić swoją sytuację. Tuż po śniadaniu poszłam pod gabinet i nie bardzo wiedziałam, co mam robić, czy wejść czy może mam jednak zaczekać na jakiś obchód. Nie miałam jednak pojęcia, czy w takim szpitalu w ogóle są jakieś obchody, więc zaryzykowałam i weszłam do gabinetu. Prawdopodobnie była tam jakaś pani doktor, nie pamiętam już dokładnie, ale wiem na pewno, że nie potraktowano mnie jak jakiejś histeryczki, lecz jak osobę, która ma naprawdę problem. Szpital poszedł mi na rękę i postanowiono, że na razie dostanę leki na pewien czas do domu, a potem będę po prostu dochodzącą pacjentką, spędzającą na oddziale parę godzin dziennie. Wiązało się to dla mnie z dojeżdżaniem, ale to nie miało znaczenia. Wiem, że poniekąd wymusiłam taki obrót sprawy, bo po prostu chciałam się wypisać na własne żądanie, ale szpital nie musiał mi nic ułatwiać i mogli mnie wypisać bez problemu, bo nie miałam myśli samobójczych, nie byłam też niebezpieczna dla innych. Jednak zależało im na mnie i w sumie zawsze będę za to wdzięczna. Był tylko jeden mały problem, otóż miałam jeszcze jedną noc spędzić na oddziale, co nie było łatwe, ale jakoś sobie musiałam poradzić. Tego dnia zresztą już tak nie odczuwałam lęku, bo właściwie nie było na to czasu w związku z licznymi badaniami, które miałam robione. Nie chodziło tylko o podstawowe badania np. krwi, ale też prześwietlenie głowy czy EEG, które jak się okazało, też należą do badań robionych w tego typu szpitalach. Chodziło o sprawdzenie, czy moje zaburzenia nie wynikają z urazów mechanicznych głowy lub uszkodzeń mózgu. Było to dla mnie nowością, gdyż nikt wcześniej nie kierował mnie na tego typu kontrolę. Poza badaniami niewiele pamiętam z tamtego dnia, na pewno poznawałam trochę osoby z sali, którymi były bardzo przyjemne panie, o których nigdy bym nie powiedziała, że mają jakieś problemy ze zdrowiem, gdybym je spotkała na ulicy. Szczególnie jedna z nich wciąż uśmiechała się i zabawiała innych. Poznałam też dziewczynę z depresją, dzięki której sporo dowiedziałam się o tej chorobie oraz dwójkę młodych osób, z którymi wieczorem trochę oglądałam telewizję. Pamiętam nawet, że leciało wtedy łyżwiarstwo figurowe. Właściwie jedyną niezbyt przyjemną, bo wstydliwą dla mnie sprawą był wspólny wypad do łazienki z kilkoma paniami, bo nie wolno wtedy było się kąpać samemu ze względów bezpieczeństwa. Ale dało się wytrzymać.  Tak więc nie miałam powodu się obawiać, ale jednak pod wieczór i następnego rana dalej czułam to moje przerażenie i silny lęk. Tylko dzięki świadomości, że niedługo będę w domu zawdzięczałam to, że jakoś się trzymałam i obyło się bez leków uspokajających. Po wyjściu od razu poczułam się lepiej i nawet powrót do szpitala, już jako dochodzącej pacjentki, mnie nie przerażał. nie pamiętam już teraz, ile czasu dojeżdżałam, ale pewnie nie dłużej niż 1,5 miesiąca. Żałowałam, że miałam trochę mało spotkań z psychologiem, bo właściwie poza badaniem psychologicznym nie bardzo je kojarzę, ale można powiedzieć, że pewne oparcie zyskałam w pacjentach, szczególnie tych młodych, którzy podobnie jak ja nie chorowali długo i często był to ich pierwszy pobyt na oddziale. Chociaż spotykałam też osoby wielokrotnie hospitalizowane. U większości jednak tak naprawdę nie bardzo było widać chorobę, a to oznaczało, że leczenie daje dobre skutki. Bardzo żałuję, że nie wzięłam wtedy namiarów do pewnej dziewczyny, z którą szczególnie dobrze mi się rozmawiało, bo miała nieco podobne problemy do moich. Pewnie już nigdy jej nie spotkam, a szkoda, bo ciekawa jestem, jak sobie radzi. Zapadła mi też w pamięć inna dziewczyna ze względu na swoją piękną, ale niesamowicie smutną twarz. Nigdy wcześniej nie widziałam osoby tak pełnej smutku, nie sądziłam że to uczucie może tak całkowicie przepełniać człowieka. Ten pierwszy pobyt na oddziale dał mi dużo, przede wszystkim miałam ustawione leczenie i nabrałam też pewnej wiary w siebie, bo przekonałam się, że nie tylko ja choruję i cierpię, ale że inni ludzie też mają podobne, albo wręcz przeciwnie, zupełnie inne problemy ze zdrowiem. Zarówno jednak ja, jak i oni, próbujemy sobie z nimi radzić tak jak umiemy najlepiej.

Szpital po raz pierwszy, pierwsza noc.

Po zmianie pierwszego lekarza psychiatry, trafiłam do młodej pani doktor, która postanowiła skierować mnie do szpitala. Chodziło głównie o sprawdzenie, co tak naprawdę mi jest, na jakie zaburzenie cierpię. Trochę się zastanawiałam, ale postanowiłam wyrazić zgodę. Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, czego mam się spodziewać, po prostu poszłam na żywioł. Ponieważ szpital jest niedaleko mojego miejsca zamieszkania, nie miałam daleko i dość szybko się zgłosiłam. Nie pamiętam już nawet, czy byłam za pierwszym razem na izbie przyjęć czy od razu poszłam na oddział. Trochę mnie to miejsce przeraziło, przede wszystkim te zamykane na klucz drzwi i kraty w oknach. Zdziwiło mnie jedno z pierwszych pytań pielęgniarki, czy nie mam ze sobą noża. Nie wiedziałam, o co chodzi, dopiero po jakimś czasie zostałam uświadomiona, że to standardowe pytanie, chodzi o bezpieczeństwo pacjenta, który może być potencjalnym samobójcą. Miałam ze sobą swoje leki, ale musiałam je zostawić w dyżurce, co też mnie trochę zdziwiło, bo nie wiedziałam, że pobyt w szpitalu wiąże się ze zmianą leków. No i kolejne pewne zaskoczenie, że mogę być w swoim ubraniu, bo w końcu to nie ogólny szpital, gdzie głównie się leży. Trafiłam do sali z kilkoma kobietami raczej starszymi ode mnie i jedną dziewczyną w podobnym wieku, ale roszada była dość spora i po pewnym czasie dochodziły nowe osoby, a inne wypisywano. Zamiast łóżek szpitalnych były nieduże tapczaniki, oprócz sali obserwacyjnej, którą miałam jeszcze w przyszłości poznać. Co mnie jeszcze zaskoczyło? Palarnia, no bo jak, palenie papierosów na oddziale szpitalnym, brak możliwości zamknięcia się w toalecie, kąpiele w kilka osób, bo wtedy można było zamknąć drzwi od środka, i chyba też spora świetlica z telewizorem, która była też jadalnią. Jeszcze zaskoczyło mnie pierwsze spotkanie z pewną pacjentką, która opowiadała mi, że jest w ciąży mnogiej i rzucił ją przez to chłopak. Oczywiście jej uwierzyłam, ale potem dowiedziałam się, że to tylko jej urojenia, bo ma ciężką schizofrenię. Odtąd już trochę ostrożniej podchodziłam do tego co mówią nowo poznane osoby. Pierwszego dnia nie było tak źle, przynajmniej do wieczora, owszem czułam się wyobcowana, ale sądziłam, że to minie. Niestety pod wieczór rozsypałam się zupełnie i nie mogłam się pozbierać, leżałam tylko na łóżku i płakałam, nie byłam w stanie nawet zjeść kolacji. Nie dlatego cierpiałam, że było tak koszmarnie, było bowiem wręcz przeciwnie , sporo serdecznych osób kręciło się wokół mnie. Nawet lekarz, który przyszedł dość późno na oddział, chyba miał jakiś nocny dyżur, uspokoił mnie , że dostanę na razie coś na spanie, a następnego dnia ustawi mi leczenie. Ale ja miałam wtedy niesamowity problem z nocowaniem poza domem, co wiązało się z tą nieszczęsną wycieczką nad morze w liceum, a na dodatek byłam sama jak palec, bez żadnej bliskiej osoby. Inne panie pocieszały mnie, że przyzwyczaję się, że to chwilowe, ale ja myślałam tylko o jakimś sposobie ucieczki, bo już zaczynało się za mną dziać to, co wtedy, parę lat wcześniej. Niby oddalenie od domu było nieduże, ale jak dla mnie widać wystarczające. Postanowiłam, że to moja pierwsza i ostatnia noc w tym i w ogóle, jakimkolwiek szpitalu.