Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

terapia grupowa

Terapia grupowa.

Ostatnio dużo pisałam o mojej terapii na oddziale dziennym i pobycie na nim, ale przyszło mi do głowy jeszcze parę faktów, które warto poruszyć. Tak też robię w tym wpisie. Jest to na tyle ważny etap w moim życiu, że nie chcę niczego pominąć. Już kiedyś wspominałam, że miałam nie tylko terapię indywidualną ale i grupową. Praktycznie wszystkie osoby na oddziale ją miały, z tym, że byliśmy podzieleni na dwie grupy: terapeutyczną i wspierającą. Obie były tak samo ważne, ale w grupie terapeutycznej było mniej osób i te osoby miały poza tym też terapię indywidualną. Podczas mojego drugiego pobytu na oddziale mieliśmy grupę 2 razy w tygodniu, a grupa wspierająca odbywała się dalej raz w tygodniu. Niektórzy uważali, że moja grupa jest ważniejsza. Nie wiem, nie mnie to oceniać. Elementem stałym tej terapii i spotkać było tworzenie kręgu, tak aby wszyscy się widzieli, co było dla mnie trochę trudne. Przeważnie byli dwaj terapeuci, może taka jest konieczność. Praktycznie stały był też przebieg takich spotkań: każdy mówił, jak się czuje na początku i to samo na końcu, a w międzyczasie opowiadaliśmy o swoich problemach i słuchaliśmy punktu widzenia innych uczestników. Nie było tu miejsca na ocenianie czy wyśmiewanie albo dawanie „dobrych” rad. Ciężko mi było na początku, praktycznie nie potrafiłam nawet powiedzieć o swoim samopoczuciu, więc milczałam. Nie potrafiłam się otworzyć, co terapeutka skwitowała stwierdzeniem, że nie chcę się sobą zaopiekować. Podoba mi się to zdanie: „Zaopiekować się sobą” i teraz staram się postępować zgodnie z tą zasadą, ale wtedy mnie ono trochę drażniło, a nawet nie konkretnie ono, ale to, że nieraz traktowałam je jako zarzut wobec mnie. Co miałam zrobić? Chciałam się sobą zaopiekować i aby inni się mną zaopiekowali, ale nie umiałam, nie potrafiłam, nie wiem nawet jak by to miało wyglądać. Nie byłam jednak sama, bo zdarzało się więcej osób, które nie potrafiły się otworzyć, co dodawało mi otuchy, wiedziałam, że nie tylko ja mam takie problemy i jestem zamknięta w sobie. Ale powolutku i do mnie coś docierało, myślę, że duży wpływ miała tu terapia indywidualna. Kilka razy odważyłam się opowiedzieć o swoich kłopotach i zmartwieniach, ale w sumie nie mogę powiedzieć, aby przyniosło mi to ulgę. Często zdarzało, że miałam potem poczucie winy albo byłam rozczarowana reakcją współuczestników terapii. No cóż, to byli ludzie tacy sami jak ja, też pacjenci mający swoje problemy, nie mogłam oczekiwać, że powiedzą coś takiego, co sprawi, że moje troski pójdą w kąt. Ale liczyłam na to i nieraz zdarzały się takie wypowiedzi, które w jakiś sposób mnie podnosiły na duchu, bo wiedziałam, że dana osoba mnie rozumie. Chyba lepiej niż mówienie o sobie wychodziło mi komentowanie tego, co mówią inni, jeśli można tak powiedzieć. Pod koniec terapii już sporo się wypowiadałam i aktywnie uczestniczyłam w grupie. Moja terapeutka była z tego zadowolona i zauważyła, że dużo biorę od grupy. Ale powiem szczerze, że taka terapia jest znacznie trudniejsza niż indywidualna, przynajmniej dla mnie. Czytałam kiedyś, że nie każdy chory się do niej nadaje i ja też miałam  duże wątpliwości, czy jestem na właściwym miejscu. Trudno jest się przełamać i opowiadać wszem i wobec o swoich problemach, jak też nie każdy umie ze spokojem wysłuchać trosk pozostałych uczestników. To jest często bardzo trudne. Któregoś razu po prostu wyszłam, bo nie byłam w stanie słuchać dość drastycznej opowieści pewnej pani. Za bardzo mnie to bolało i wczuwałam się przesadnie. Chyba jestem zbyt empatyczna. Zdarzyło mi się chyba jeszcze jedno opuszczenie sesji, prawdopodobnie źle się poczułam. Potem tłumaczyłam się z tego i przepraszałam u drugiej terapeutki, z którą miałam sporadyczny kontakt, ale nie miałam mi tego za złe. Stwierdziła, że po prostu w ten sposób zaopiekowałam się sobą i nie ma w tym nic złego. Były takie dwie sytuacje, które zapamiętałam dość dobrze z terapii. Wyrzucam sobie, że nie potrafiłam się wtedy jakoś tak zachować. Pierwsza dotyczyła pewnej osoby, która praktycznie na każdym spotkaniu mówiła o sobie i swoich problemach. Wkurzało mnie to, bo miałam wrażenie, że jest tylko ona i pozostali. Nie miałam może specjalnej ochoty sama się wyzewnętrzniać, ale sądziłam, że może ktoś inny chciałby też coś opowiedzieć, ale nie miał okazji. Rozmawiałam o tym z drugą terapeutką i w sumie wiedziałam, że powinnam to poruszyć na grupie, ale nie chciałam danej osoby urazić. Psycholog dała mi pewne zadanie: miałam sobie wyobrazić tę osobę naprzeciwko mnie i powiedzieć ze złością, co myślę i co mi przeszkadza. Zrobiłam to po części dobrze, bo jednak nie uniosłam się, tylko mówiłam grzecznie i spokojnie, ale prawdę. Pomogło mi to, choć nieraz jeszcze miałam lekkie pretensje, że ta osoba tak wszystkich sobą absorbuje. Ale może akurat miała taką potrzebę? Zresztą gdyby ktoś inny czuł, że też chce opowiedzieć o sobie i podzielić się swoimi kłopotami, to pewnie by zwrócił jej uwagę. Albo i nie, bo też by nie miał odwagi, tak jak ja. Druga sytuacja dotyczyła mnie bardziej bezpośrednio, otóż zdarzyło się kiedyś, że na sesji pewna pani zaczęła płakać. Ja akurat czułam się fatalnie i też mi łzy poleciały. Rozumiałam, że ona miała pierwszeństwo, ale było mi jednak przykro, że wszyscy skupili się na niej, a nikt nie zauważył moich łez. Prawdopodobnie na koniec spotkania wspomniałam o tym, ale żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Okazało się, że inni zwrócili uwagę i na moje łzy, ale jakoś tak bali się zapytać czy coś w tym rodzaju. To mnie zaciekawiło, bo zdarza się, że nieraz ludzie czują jakiś lęk przede mną czy mają też jakiś respekt, a ja nie wiem z czego to wynika. Czyżbym tak odstraszała innych? Ale czym? Może zbyt późno się otwieram na innych i nie mają okazji mnie dobrze poznać, stąd te reakcje. Zapewniam jednak, że nie jestem taka straszna, na jaką wyglądam. Uff, miało być kilka faktów z oddziału, a wyszedł jeden. Myślę, że w następnym wpisie uda mi się zakończyć oddziałowe wątki. Nie umiem tak pisać, aby się nie rozpisywać, taki mój urok. Albo wada. Mam nadzieję, że jednak jest jeszcze parę osób, którym chce się te moje rozważania czytać. A nawet jeśli nikt już tego nie będzie w stanie ogarnąć, to ja i tak będę pisać, bo taką mam chęć i już.