Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

terapia

Czy ruch zawsze zbawiennie działa na nastrój?

Dzisiaj naszła mnie pewna refleksja związana z ruszaniem się, sportem, tańcem czyli po prostu z wszelakim ruchem. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście zawsze jest on dobry, a przede wszystkim, czy ma zbawcze działanie na nastrój. Zawsze słyszałam, że osoby, które mają problemy z zaburzeniami depresyjnymi czy agresją powinny się dużo ruszać, a najlepiej uprawiać jakiś sport, bo pomaga on nie tylko się wyciszyć, rozładować napięcie, a i podnosi nastrój. Myślę, jak to jest ze mną i sprawa nie jest tak oczywista, jak się wydaje. Oczywiście, nie zaprzeczam, że ruch w każdej postaci jest wskazany i jak najbardziej potrzebny, ponieważ ma zbawienne działanie na cały organizm, a więc i na mózg również. Nie mogę jednak powiedzieć, że zawsze, gdy go zażywam, czuję się dobrze. Tak po prostu nie jest. Przede wszystkim, nie mam zupełnie ochoty na żaden sport i żadną aktywność, gdy jestem w poważniejszych stanach depresyjnych. Nie jestem również wtedy gotowa, aby zmusić się do czegokolwiek, a spacer jest jedną z ostatnich rzeczy na jaką byłabym w stanie zgodzić się. Potrzebuję wówczas maksymalnej dawki spokoju, rozłożenia się na łóżku lub, częściej, zwinięcia na ulubionym fotelu i kubka dobrej, mocnej, czarnej herbaty. Nawet wołami nie dałabym  się w takim stanie wyciągnąć na choćby najkrótszą przechadzkę, bo denerwuje mnie wszechobecny ruch i ciągła bieganina wszystkich naokoło. Nie mam siły nawet pójść do pobliskiego sklepu, posprzątać czy trochę poruszać się w tańcu przed telewizorem. Tak po prostu wtedy mam. Na szczęście takie stany depresyjne są przejściowe i nie trwają zbyt długo. Gdy mam tylko lekko obniżony nastrój, trochę dopada mnie smutek i zniechęcenie, ale nie brakuje mi odrobiny energii, to lubię pójść na długi spacer, szczególnie z ukochanym. Staram się wówczas iść dość szybko, energicznie, aby się zmęczyć fizycznie, bo wiem, że lepiej się poczuję psychicznie. I tak się dzieje. Czasem pozytywny nastrój utrzymuje się godzinę, czasem dłużej, ale cieszy mnie każda poprawa, bo dużo mi to daje. Przy moich zaburzeniach każda radość, jak długo by ona nie trwała, jest ważna, a szczególnie, gdy zbliża się znienawidzone PMS czy pora jesienna, którą co roku odchorowuję. Jakiś czas temu postanowiłam też ćwiczyć do muzyki i po prostu tańczyć, chociaż umiejętności ani w jednym, ani w drugim nie mam. Ale co tam, poskaczę, powygłupiam się, porozciągam i jakoś to będzie. Ważne, że działa. Tak więc przy stanach depresyjnych staram się korzystać z ruchu, ale nie zawsze jestem w stanie. Tak sobie myślę, że gdyby ruch zawsze podnosił nastrój, to sportowcy powinni być najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi, a przecież i oni chorują na zaburzenia psychiczne, a nawet popełniają samobójstwa. Słyszałam i czytałam o co najmniej kilku takich przypadkach. Jeszcze nie poznałam swojego organizmu na tyle dobrze, by stwierdzić, czy ruch pomaga mi na stany agresji. Są pewne przesłanki, że trochę tak, ale tak do końca nie jestem co do tego przekonana. Jakiś czas temu zdarzyła mi się sytuacja, która mnie zmartwiła. Otóż byłam na długim spacerze z narzeczonym, po którym bolały mnie dość mocno mięśnie. Skoro się więc zmęczyłam, to powinnam czuć się dobrze, a tymczasem dostałam napadu agresji. Prawdopodobnie dlatego, że maszerowaliśmy zbyt wolno, a wówczas bardzo dokucza mi kręgosłup. Chyba więc powinnam na spacery raczej wybierać się sama, bo lubię szybkie tempo. A z ukochanym lepiej pochodzić po sklepach, co nieraz robię i chwalę to sobie. Nieźle byłoby czasem  też pobiegać, na co czeka moja koleżanka Iza, ale chyba za małą mam kondycję i od razu bym się zasapała. Jeśli chodzi o spacery – mam moją ulubioną trasę, gdzie jest w miarę mały ruch samochodowy, ale nie zawsze zdaje ona egzamin, zwłaszcza gdy jestem zła i atakują mnie natrętne myśli. Mój terapeuta poradził mi kiedyś, abym zmieniała trasę, a przynajmniej starała się oglądać, co zmieniło się na mojej dobrze znanej. Z tego prostego powodu, że gdy idę po raz kolejny tą samą drogą, to robię to już na ślepo i zamiast skupić się na drodze i otoczeniu, to skupiam się na tym co mam w głowie. A jeśli są tam natrętne, atakujące myśli, to robią się coraz bardziej natarczywe, zamiast odejść. A ja jestem coraz bardziej agresywna. Czyli zmiana trasy co jakiś czas jest konieczna. Albo spacer z drugą osobą, gdy rozmawiam i nie skupiam się na ty, co w głowie. W sumie więc z oddziaływaniem ruchu na moją agresję, jest jak z wpływem na depresję – czasem działa, a czasem nie. Myślę nad tym, aby ruch wszedł mi w krew i stał się codziennością. Jeśli nie spacer, to taniec, albo porządne sprzątanie, bo wydaje mi się, że każda aktywność może mieć pozytywny wpływ. Może, gdy będę bardziej rozruszana, to każdy następny ruch będzie na mnie coraz lepiej działał powodując zmniejszenie  ataków depresji czy chociaż agresji. Nie wiem, czy to możliwe, ale kto wie? Do tego jeszcze zdrowa dieta i słońce, gdy jest okazja. Trochę też eksperymentuję z ziołami, chociaż tabletki pozostają niezastąpione. I jak na czas obecny terapia też pozostaje. Sama zaproponowałam Pawłowi, czy nie moglibyśmy znowu zacząć się spotykać regularnie, bo czuję, że tego potrzebuję. Co prawda kiedyś powiedział, że już nie jest w stanie mi więcej pomóc, ale ostatecznie stwierdził, że tak było na tamten moment i że potrzebowaliśmy dłuższej przerwy. Podobno sam miał mi zaproponować regularne wizyty, ale ja chyba czytałam w jego myślach. I tak chodziłam do niego co jakiś czas i było to z korzyścią dla mnie. Teraz spotykamy się co miesiąc, czasem ponad miesiąc. Mam nadzieję, że nawet jeśli nie osiągnę takiego stanu zdrowia, jaki mi będzie odpowiadał, to przynajmniej te wizyty będą mnie motywować do dalszej walki, bo potrzebuję takiego pozytywnego bodźca. Nawet się zaasekurowałam i stwierdziłam, że wystarczy mi po prostu taki tym spotkań, po których wyjdę naładowana energią na cały następny czas, do następnej wizyty. Taka trochę magia i zaklinanie rzeczywistości, ale już miałam dawno temu taką sesję u Pawła i wiem, że to działa. A przynajmniej wówczas działało. Zobaczymy jak będzie teraz. Pracujemy jak dotąd nad problemami, konkretnie i na temat i to jak najbardziej mi odpowiada. Tym bardziej, że pojawił się pewien problem, który wymaga dużego nakładu pracy, ale jest zbyt osobisty, abym kiedykolwiek odważyła się tutaj o nim pisać. Liczę, że wkrótce się pozbędę tego balastu, bo ciąży mi on bardzo. A na dziś to tyle.

Nie chcę już dzielić ludzi na zdrowych i chorych.

Dzisiaj poniekąd kontynuacja poprzedniego wpisu. Samopoczucie mam takie sobie, raz lepsze, raz gorsze, jak to podczas kryzysu. Pisałam ostatnio, że pogoda raczej nie jest jego przyczyną, ale chyba nie miałam racji. Prawdopodobnie po prostu brakuje mi słońca, ale tak do końca nie jestem tego pewna, ponieważ zimą też często nie ma słońca, a mimo to czuję się wtedy dobrze. Zbliżają się Zaduszki, nie jest to dla mnie czas przyjemny ani chociaż obojętny, więc smutek już się wkrada w moje myśli. Może to właśnie o to chodzi, o ten czas zadumy i tęsknoty? Równie dobrze może być jednak i sto innych przyczyn, także tych bardzo prozaicznych i fizycznych, co wczoraj uświadomiła mi osoba z mojego otoczenia. Ale czy jest sens tak się w to zagłębiać i dodatkowo się dołować, co to da? Po prostu – jest gorzej i trzeba to przyjąć do wiadomości. Pewnie niedługo rozstąpią się czarne chmury i będzie lepiej. A nawet na pewno tak będzie, chociaż na razie trudno mi w to uwierzyć. Byłam na dniach u mojej lekarki. Stwierdziła, że nie ma co kombinować z lekami, bo są dobrze dobrane, a kryzysy mogą się zdarzać. Trudno się z nią nie zgadzać. Nie zaproponowała mi też pobytu na oddziale dziennym, być może jest tam teraz nieciekawie, bo parę razy wcześniej pytała mnie, czy nie chciałabym pójść na turnus. W sumie pewnie i nie chciałabym zapisywać się teraz na żaden oddział, bo nie mam teraz ochoty na bliższe kontakty z ludźmi i to jeszcze obcymi. Nie jest jednak tak do końca tak źle, ponieważ ostatnio byłam u dwóch koleżanek tego samego dnia, co dla mnie jest rekordem i świetnie się bawiłam. Teraz trochę to odchorowuję, ale warto było, niczego nie żałuję.

Oprócz wizyty u mojej pani doktor, u której może trochę się rozczarowałam, ale jednak teraz dochodzę do wniosku, że miała rację, pozwoliłam sobie umówić wizytę u Pana Pawła. Musiałam mieć niezłego doła, skoro do tego się posunęłam. Obawiam się, że kiedyś w końcu wyrzuci mnie z gabinetu, bo właściwie już dawno zakończyłam terapię, a jeszcze nieraz nie daję mu od siebie odpocząć. Oczywiście żartuję, bo wiem, że tak nie zrobi i zawsze mogę liczyć na jego wsparcie. Nawet powiedziałam mu wprost, że bywam u niego, bo po prostu nie mam nieraz z kim porozmawiać w tak szczery i inteligentny sposób. Owszem, mój chłopak mnie wysłucha, nigdy nie odtrąci, ale nie potrafi pomóc, po prostu czasem bywa bezradny i ja to rozumiem. A nie chcę wysłuchiwać od innych osób rad w rodzaju: „Nie martw się”, „Jutro będzie lepiej”, „Weź się w garść”. Nienawidzę takich gatek i sam ich nie stosuję, jeśli nie umiem pomóc, to po prostu to powiem albo tylko wysłucham i nie wyskakuję z banalnymi tekstami. Tak więc, jeśli chcę być mądrze wysłuchana i zrozumiana to muszę zapłacić i tak też powiedziałam mojemu terapeucie. W sumie jego to nie zdziwiło, bo stwierdził, że gdyby wszyscy mieli odpowiednich rozmówców, to on by nie miał pracy. Fakt, po to facet jest. Byłam więc u niego w piątek i nie żałuję, chociaż po przyjściu popłakałam się. Mój ukochany nie ogarnia tego, jak można liczyć na pomoc, płacić za nią, a potem czuć się jeszcze gorzej. Można, ponieważ to gorsze samopoczucie nie trwa długo, jest po prostu chwilowe i ma pozytywne konsekwencje w najbliższej przyszłości. Tak było i tym razem, bo już następnego dnia, jak wspomniałam wcześniej, byłam w nastroju odwiedzić dwie koleżanki. Troszkę się może rozczarowałam tym, że nie miałam kiedy rozwinąć wszystkich tematów, z którymi przyszłam, ponieważ po prostu zabrakło czasu, co potem zarzuciłam mojemu terapeucie w mailu. Jednak przecież nie stoimy oboje nad grobami i na pewno będzie okazja jeszcze do spotkania. Skupiliśmy się na kwestii, która mnie dość mocno nurtowała, czyli na moim stosunku do ludzi zdrowych i chorych, do ludzi w ogóle, mówiłam o moich relacjach z nimi. Szczególnie skupiłam się tutaj na pewnej w zasadzie niedawno poznanej osobie, która mnie fascynuje i przeraża jednocześnie. Trochę porozmawialiśmy też o tym, o czym już wspomniałam, czyli braku pokrewnych mi osób, którym mogę się zwierzyć. Dobrze, że jest mój Aniołek, bo inni nawet nie mają oparcia w swoim partnerze czy partnerce.

Ale może spróbuję teraz uporządkować to wszystko, o czym rozmawialiśmy podczas piątkowego spotkania. Musiałam przyznać, że mam ogromny problem z osobami zdrowymi, ponieważ nie bardzo potrafię nawiązywać z nimi relacje. A dlaczego? No właśnie, trudna kwestia. Kiedyś tam, bardzo dawno temu, nie segregowałam ludzi na takich czy takich, ale to jeszcze miało miejsce przed chorobą. Potem zamknęłam się w domu na parę lat, odcięłam od wszelkiego towarzystwa, a w dalszej kolejności mam w pamięci tylko osoby poznawane w szpitalach, oddziałam czy ośrodku wsparcia dla osób z moimi problemami. Otoczyłam się więc samymi pacjentami i chyba było mi z tym dobrze, bo nie zmieniałam nic. Może przeszkadzał mi jakiś irracjonalny lęk, doświadczenia z przeszłości, relacje z mamą, gdy jeszcze żyła i trzymała mnie w zasadzie w jakimś zamkniętym kokonie. Więc potem ja zrobiłam to samo, początkowo żyłam w samotności a potem skupiłam się tylko na nowych, chorych znajomych, bo dawali mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Tak pozostało do tej pory, chociaż nie do końca. Na pewno jednak znam osoby z mojego otoczenia jak łyse konie, nie potrafią mnie one niczym zaskoczyć, a więc i zranić. Wiem, jak się wobec nich zachować, na ile mogę sobie pozwolić. Pewnie, że ich zachowanie też mnie czasem bolało, ale to był jakiś inny rodzaj bólu, który nie pozostawał ze mną długo. Ale taka, powiedzmy, stabilizacja, zaczęła mi przeszkadzać (Pan Paweł uważa, że nie ma czegoś takiego jak stabilizacja, bo wszystko może się w każdej chwili rozlecieć, a życie człowieka to ciągły rozwój, a nie spoczęcie na laurach). Miałam dosyć tego swojego kokonu, tego domku ślimaczego, chciałam coś zmieniać, pokonywać swoje lęki i ograniczenia. Wychodziłam trochę do ludzi, brałam udział w różnych imprezach w mieście, początkowo sama, potem z bliższymi znajomymi, szczególnie często towarzyszył mi i tak jest dalej, mój najlepszy kolega, Tomek. Ale nadal brakowało mi jednak pewnych relacji z choć jedną, zdrową osobą. Oczywiście nie żyję na bezludnej wyspie, potrafię się porozumieć ze wszystkimi, nawet całkiem mi obcymi, ale zawsze były to relacje bardzo powierzchowne, typu, pani w sklepie za ladą, urzędniczka w banku, osoba na przystanku autobusowym. Oczywiście zdarzały się i trochę bliższe relacje, ale nie wykraczały one poza stosunki grzecznościowe. I pewnie też dlatego zaczęłam pisać tego bloga. Żeby chociaż bezosobowo, wirtualnie, „rozmawiać” z innymi, zupełnie mi nieznanymi osobami, których zainteresuje mój przypadek. I miałam to szczęście, że dzięki blogowi poznałam, całkiem już realnie pewną dziewczynę. Początkowo było dla mnie szokiem, że tak ciekawa, wykształcona i obyta osoba, chce mnie w jakiś sposób poznać, może nawet nawiązać ze mną jakąś relację. Chyba jeszcze drzemie we mnie poczucie niższości, że mnie to zdziwiło, choć mi samej nie przeszkadza np. brak wykształcenia u innych. Przecież mój ulubiony Tomek ma tylko podstawówkę a dogadujemy się rewelacyjnie. Popełniłam jednak pewien błąd – otóż Pan Paweł mądrze zauważył, że trzeba poznawać kogoś powoli, etapami, a nie od razu, bo to może nie wypalić. Wydawało mi się, że z tą dziewczyną tak właśnie było, ale chyba jednak nie do końca, bo w pewnym momencie, że tak powiem, zapragnęłam zwalić się jej na głowę ze wszystkimi moimi problemami, bo akurat było ze mną gorzej. A potem się dziwiłam , że ranią mnie jej słowa, które tak naprawdę były neutralne. Zawsze bałam się otwierać wobec kogoś nowego, bo a nuż coś mu się we mnie nie spodoba i to ja będę cierpiała z powodu odtrącenia. Nie potrafiłam też zapanować nad tym, że bardzo często w takich sytuacjach dochodziło do głosu moje „chorobowe ja”, w którym tak naprawdę mniej było mnie, a więcej choroby, co mnie strasznie wkurzało. No i ciężki też było postronnej osobie zrozumieć, że nie jestem taka specjalnie. Odtrącano mnie więc, a ja znowu cierpiałam. Teraz stało się inaczej. Pewne słowa nowej znajomej zabolały mnie, ale nie były one drwiące czy bezsensowne, tylko po prostu szczere, a ja się chyba trochę boję szczerości. Jednak dały mi one również dużo do myślenia, bo zrozumiałam, że nie mogę tak bezceremonialnie wchodzić w komuś w życie z butami, czyli moimi problemami. I jeszcze się obrażać. Przecież zależy mi na zdrowej relacji z drugą osobą, gdzie nie tylko ja biorę, ale i daję, bo na tym polega życie. Chcę normalności, wspólnego spaceru, pośmiania się, pogadania o podróżach, a nie tylko smęcenia. A tak właściwie to doszłam do wniosku, że z moimi znajomymi głównie skupiamy się na swoich problemach chorobowych, a to już nie jest normalne. Dobrze mieć jakąś odskocznię od chorób i po prostu pogadać z kimś nawet o niczym. Może jeszcze dodam, że tak naprawdę to czy ktoś mnie zrani czy nie, jest tak naprawdę w mojej głowie, bo mam problem z samooceną i przewrażliwieniem. Nie chcę więc odsuwać się od ważnych dla mnie osób, bo mi się coś roi. Oczywiście, jak mówi mój terapeuta, trzeba unikać ludzi głupich, którzy niczego nie potrafią zrozumieć i zaakceptować, ale ja nie obserwuję ich wokół zbyt wielu i zbyt często.

Podobno często używam słówka „ja”, przynajmniej Pan Paweł to zauważył, ale to dobrze, bo co prawda świadczy to o egoiźmie, ale takim zdrowym. Jestem egoistką, jestem najważniejsza dla siebie i tak powinno być. Przede wszystkim mam się czuć dobrze sama ze sobą. Chociaż z innymi oczywiście też. Jednak gdy zaczynam się naginać do innych osób, robić to, co oni uważają za słuszne, wygląda to nieciekawie, bo przecież wówczas ranię siebie. Nawet to, że chcę być taką mimozą, głaskaną i kochaną cały czas, nie jest złe, chociaż muszę zdawać sobie sprawę jakie są realia i nie do końca może mi się to udać. Tak więc wychodzi na to, że jednak nieco trzeba się czasem nagiąć, ale bez przesady. Raczej trudno, żeby moi znajomi wytrzymali, jeśli bym się na nich wydzierała, ale zawsze jest alternatywa, np. krzyk w poduszkę czy gdzieś w odludnym miejscu. Podstawowa zasada – nie ranić innych, ale i nie ranić siebie. Przecież ranienie innych oznacza samotność, a to z kolei porażka dla mnie, bo nie chcę być samotna. No i otwartość na drugiego człowieka. Owszem może się zdarzyć, że ktoś zrani, ale jeśli będę pozamykana, to nie dam szansy także ludziom wspaniałym, tolerancyjnym i ciekawym i nie poznam ich. Po prostu, a wtedy dużo stracę. I na koniec ogromnie ważna dla mnie kwestia. Czy cierpienie coś mi daje, czegoś uczy? Tak i szanuję je za to. Jakakolwiak negatywna sytuacja czy reakcja ze strony drugiego człowieka, powoduje, że ogromnie doceniam to, co mam. Najbardziej doceniam wtedy mojego partnera, który zawsze jest obok, bo wiem, że on mnie nie skrzywdzi. Po prostu nie umie, to nie jest w jego naturze. Zawsze mogę na niego liczyć, mam w nim oparcie i przy nim jest moje miejsce. Dobrze mieć kogoś takiego przy sobie, bo wtedy nawet łzy rozpaczy są słodkie.

I po co ja się tak rozpisałam, kto to będzie czytał? Oj, nie mam w ogóle umiaru, ale tak mi w duszy gra i tak mnie nachodzi, to co ja poradzę?

Dla mojej Ani zrobię co tylko mogę.

Przeglądałam ostatnio moje notatki z terapii i zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie wszystkie moje wizyty zostały na moim blogu opisane. Pora nadrobić to niedociągnięcie. Właśnie mam przed sobą jedną z takich, zrobionych na gorąco, notatek. Konia z rzędem temu, kto by się połapał, o co w tych moich zapiskach chodzi. Ja sama mam z tym niemały problem, pewnie też dlatego, że niektóre kłopoty już mnie nie dotyczą, a o innych zupełnie już zapomniałam. Pisałam też ogromnie skrótowo i to mi trochę teraz przeszkadza. Mam np. takie słowo – klucz „Ania”. Raczej dużo się nie pomylę, jeśli założę, że podczas którejś sesji terapeutycznej opowiadałam Panu Pawłowi o mojej przyjaciółce. Zresztą robiłam to nieraz, bo nie wiedziałam, w jaki sposób mam dziewczynie pomóc. Ostatnio z Anią jest gorzej, smsy, które do mnie pisze, są dość niepokojące, prawdopodobnie coraz częściej ma myśli samobójcze, co mnie nie dziwi w jej sytuacji. Mogę ją jedynie pocieszać, ale wiem, że od tego nie poczuje się lepiej. Jej gorszy nastrój wynika po części z ogromnych problemów jakie ma, także tych finansowych, ale też z pory roku. Tak podejrzewam, bo i ja nie czuję się teraz dobrze. Z tym, że u mnie nie jest jeszcze aż tak źle, na razie sobie radzę i zdarzają mi się raczej gorsze dni, a nie całe tygodnie. Mogę też zawsze podnieść dawkę leku, jeśli mój psychiatra uzna to za konieczne. U Ani jest to niemożliwe, ponieważ ona właściwie nie powinna używać żadnych medykamentów przeciwdepresyjnych ani przeciwpsychotycznych przy swojej ciężkiej, somatycznej chorobie. Coś tam jednak ma przepisane, bo inaczej w ogóle nie mogłaby funkcjonować, a jej życie polegałoby wyłącznie na leżeniu w łóżku i patrzeniu się w sufit. Po prostu tak ciężką miałaby wtedy depresję. Obawiam się też, że wróciłaby do samookaleczeń i ewentualnych prób samobójczych, co kiedyś miało miejsce. Nie mogę sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji, gdy musiałabym wybierać, którą tak właściwie chorobę leczyć – somatyczną czy psychiatryczną? Ania dokonała już wyboru i próbuje robić cokolwiek z obu przypadłościami, ale jak na razie kiepsko to wygląda. Tylko, czy ma jakiś wybór? Jeśli skupi się na chorobie somatycznej, to zalegnie w łóżku z depresją i cierpieniem, z kolei skupienie się na dolegliwościach psychicznych spowoduje i tak unieruchomienie w domu. I tak źle i tak niedobrze. Dlatego wpadłam na pewien plan i spróbuję go zrealizować, o ile mi się uda. Poprosiłam mojego terapeutę o pomoc, a właściwie to błagałam go o tę pomoc. Ania potrzebuje terapii, to fakt, same leki jej nie wystarczą, tym bardziej, że bierze małe dawki. Nie jestem w stu procentach przekonana, czy terapia zadziała, bo jednak Anusia ma też pewne uszkodzenia w obrębie mózgu i one prawdopodobnie też wywołują u niej depresję, agresję i wiele innych problemów. Ale doszłam do wniosku, że skoro miała już trochę terapię na oddziale dziennym i była zadowolona, to i taka w warunkach domowych jej nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie. Akurat u niej jest tak, że to terapeuta musi się do niej dostosować, a nie ona do niego. Taka choroba. Z tego też względu nie kwalifikuje się na żadną wyjazdową terapię w jakimś ośrodku czy oddziale. Wierzę w to, że po takich wizytach Ania poczuje się lepiej, chociaż wiadomo, że na pełne wyzdrowienie, że tak powiem, psychologiczne, nie ma szans. Jeśli jednak nastąpiłyby u niej mniejsza drażliwość i agresja, podniesienie nastroju i oczywiście zero myśli negatywnych o śmierci, to byłby sukces. Może terapeuta umiałby też dokonać tego, aby Ania po każdej wizycie żyła pozytywnymi myślami chociażby do następnej terapii? To już byłoby coś, chociaż taka metoda byłaby raczej krótkotrwała. Nie wiem jednak czy u mojej przyjaciółki można coś długotrwałego wypracować. Nie wiem, czy taki kryzys jaki ja miałam w pewnym momencie byłby dla niej wskazany. Obawiałabym się próby samobójczej, mimo że ja nie doświadczyłam nawet takich myśli. Najlepiej byłoby obejść konieczny kryzys, jeśli to tylko możliwe. Moja koleżanka Kaśka uważa, że taka terapia pewnie nie ma sensu tam, gdzie występuje uszkodzenie mózgu. Może i ma rację, ale ja wierzę, że słowa są ważne, każdy kontakt ze specjalistą jest ważny i może coś dać. Nie wierzę w cuda, ale…może cuda istnieją i jeden z nich się wydarzy? Przecież nie zostawię przyjaciółki samej, nie mogę patrzeć, jak ona cierpi. Nie jest dla mnie ważna także strona finansowa tego przedsięwzięcia, bo chętnie zapłacę, ile tylko będzie trzeba (coś tam mam uzbierane). Muszę tylko zadbać, aby Ania się nie dowiedziała, bo wówczas nie zgodzi się na żadną terapię Strasznie honorowa z niej babka i woli cierpieć niż przyjąć od kogokolwiek pomoc finansową. Ale ja mam to gdzieś i stanę na głowie, jeśli tylko będzie potrzeba, aby mogła godnie żyć. Po prostu ją kocham, a miłość przenosi góry.

Wyszedł mi wpis o Ani, a miało być o terapii i kilku wątków poruszanych podczas ostatnich moich wizyt. Może następnym razem?  Dużo notatek nie mam, ale, znając mnie, mogę szczerze napisać, że jeszcze niejeden wpis powstanie na ich podstawie.

Kilka wątków z jednego spotkania terapeutycznego.

Mam nadzieję, że uda mi się w dzisiejszym wpisie ostatecznie zamknąć temat jednej z ostatnich moich wizyt u mojego terapeuty. Zbierałam się do opisywania tej wizyty i zbierałam, nawet coś tam pisałam po parę zdań, ale dziś już chcę zakończyć. Pamiętam dobrze, że rozmawialiśmy wtedy chwilę o mężczyznach, a właściwie o tym, dlaczego mają źle. Źle to może za duże słowo, właściwie chodziło o to, że często nie potrafią okazywać uczuć, a to jest problem. Czy mężczyźni płaczą? Niektórzy na pewno, ale raczej nieczęsto im się to zdarza. A właściwie dlaczego, bo to takie niemęskie? Ja tak nie uważam. Mój chłopak był parokrotnie w sytuacji, która zmusiła go do płaczu i to było piękne. Pokazał wtedy, że jest wrażliwym, cudownym człowiekiem, który nie wstydzi się łez, gdy coś go bardzo boli. Oczywiście nie chodzi mi tu o ból fizyczny, ale ten wypływający z serca i duszy. Wcześniej tylko raz widziałam płaczącego faceta, a był to mój brat. Bardzo się wstydził swoich łez, a ja nie rozumiałam dlaczego. Dobrze, że mój ukochany nie widzi w nich nic niestosownego. Ciekawe, czy pan Paweł czasem płacze?

Kolejnym naszym tematem była przyjaźń, a właściwie brak przyjaciół. Już trochę na ten temat wspominałam, ale jeszcze napiszę parę słów. Miałam wtedy fatalny nastrój, brakowało mi bratnich dusz w postaci innych ludzi, nie tylko mojego faceta, bo ile można się opierać na jednej osobie. Już się wyleczyłam z tych myśli i potrafię się cieszyć z tego co mam, ale w tamtym czasie było mi trudno i żałowałam, że nie mam prawdziwych przyjaciół, a jedynie znajomych, na których nie zawsze mogę liczyć. Zresztą pisałam o tym ostatnio. Pan Paweł uzmysłowił mi jednak, że nie każdy ma chociaż jednego przyjaciela w swoim życiu, są ludzie, którzy w ogóle nie zaznali smaku przyjaźni. No właśnie, a ja przecież mam mojego ukochanego, który niewątpliwie jest moim przyjacielem. Kiedyś marzyłam o przyjaciółce, ale czas wybił mi to z głowy, gdy pozanałam moją płeć z tej mrocznej strony. Wolę mieć bliższą relację z mężczyzną, chyba dość dobrze się z nimi rozumiem, a i oni mają małą na mnie świetny wpływ. Mamy z chłopakiem bliskiego kolegę i lepiej się z nim dogaduję niż z koleżankami (właśnie jedna z nich odezwała się łaskawie i zapraszała do siebie, a potem dwa razy odwoływała spotkanie, ale może to i dobrze, bo nie mam ochoty na wizyty). A może się trochę mylę i jednak mam więcej bratnich dusz niż tylko chłopaka? Ania nazywa mnie swoją przyjaciółką, a ja mam pewne opory przed tym, chociaż nasza relacja jest bardzo bliska. Może czegoś się boję albo nie dorosłam do przyjaźni? W sumie nie wiem, bo nie dane mi było jej zaznać w dzieciństwie czy wieku nastoletnim. Podobno jednak nigdy nie jest za późno na pewne sprawy, więc…kto wie, co mnie jeszcze spotka. A jeśli chodzi o moje złe samopoczucie podczas temtego spotkania, to miałam wtedy dość spore problemy ze stanami depresyjnymi. Mówiliśmy więc też o depresji, ale nie lubię za bardzo poruszać tego tematu z moim terapeutą, bo widzę, że on inaczej postrzega ten problem niż ja. Powiedział mi, że w niektórych krajach depresja nie jest postrzegana jako choroba, ja jednak uważam, że jest ona jak najbardziej chorobą, nieważne pod jaką szerokością geograficzną. Może i dobrze, że w Polsce są skuteczne leki na depresję i są one stosowane, bo strach pomyśleć, co by było, gdybym się urodziła gdzie indziej i nie miała dostępu do leczenia. Gdyby jednak u nas była większa dostępność psychoterapeutów, oczywiście tych darmowych, to przy niektórych rodzajach depresji być może i oni by wystarczyli, a tak pozostają leki, bo nie każdy może sobie pozwolić na terapię. Szkoda wielka – nie każdy dobrze odpowiada na leki, czasem trudno je dopasować, a bywa i tak, że nie rowiązują one wszystkich problemów zdrowotnych.

Na samym początku wizyty otrzymałam pytanie, czy byłam jeszcze gdzieś na wycieczce, ponieważ spotkanie odbywało się właśnie po moim pobycie we Wrocławiu, podczas którego zgubiłam się ojcu, ale poradziłam sobie. Najwidoczniej pan Paweł liczył, że mój strach przed wypadami w nieznane został oswojony, ale wówczas jeszcze było za wcześnie. Dopiero po paru miesiącach zdecydowałam się na samodzielny wyjazd, a obecnie znów mam z tym problemy, ale staram się przełamać. Jestem na dobrej drodze, chociaż rewelacji nie ma.

Kolejnym tematem były moje kłopoty ze snem. Od kiedy choruję, wciąż mi towarzyszą. Dopiero niedawno przeczytałam, że to normalne przy zaburzeniach psychicznych. Nie biorę typowych leków nasennych, ale nie wyobrażam sobie pójścia spać bez mojego nocnego leku, który, oprócz działania przeciwdepresyjnego, ma też działanie lekko nasenne. Tak więc spełnia dwie funkcje i dodatkową trzecią, ponieważ niweluje skutki uboczne leku, który biorę w dzień. Zastanawiam się jednak, jak to by było spać bez żadnych środków? Czy to jeszcze w ogóle możliwe w moim przypadku? Obecnie na pewno nie, może w przyszłości. Pan Paweł zauważył, że moje problemy mogą mieć też związek z brakiem znużenia przed snem i z brakiem większej aktywności w dzień. To chyba jednak nie to, bo nieraz potrafiłam być bardzo zmęczona, a i tak bez tabletki się nie obyło. Taki wątpliwy urok tego choróbska.

Miałam wtedy jeszcze jeden problem polegający na tym, że nie byłam w stanie uspokoić się. Ciągle byłam napięta i zdenerwowana. Nie pomagał mi nawet forsowny spacer, bo odczuwałam co prawda zmęczenie fizyczne, ale nie odpoczywałam psychicznie. Cały czas podczas spaceru miałam negatywne myśli i kłóciłam się w głowie z wyimaginowanymi osobami. Okazało się, że to wina trasy, ponieważ była ona wciąż taka sama. Spowodowało to, że mój spacer nie dawał odprężenia, był jedynie mechaniczną czynnością, wyuczoną niemal na pamięć. Nie mogłam się więc w ten sposób pozbyć negatywnych myśli. Dobrym wyjściem byłaby zmiana trasy i to częsta. Przydatny jest również krokomierz, który spowoduje, że mogę sobie po prostu zaplanować ilość kroków, które zrobię. Zobaczę wówczas jak daleko doszłam oraz czy mam ochotę już wracać, czy może jeszcze przedłużę sobie trasę. Oczywiście zmiany kierunków, którymi idę, wskazane. Krokomierza co prawda nie posiadam, ale nie muszę przecież wciąż chodzić tą samą drogą.

Na konie jeszcze rozmawialiśmy o mailach, które nieraz wysyłałam do mojego terapeuty. Miałam jego adres, więc czasem pozwalałam sobie napisać, ale myślę, że nie było to uciążliwe. Pan Paweł nie miał nic przeciwko temu, jednak ostrzegłam go, że nie wiadomo czy tak będzie zawsze, bo mogę być nieobliczlna. W końcu choruję, no nie? Zauważyłam, że może mi przyjść do głowy wysyłanie mu na przykład stu maili tygodniowo, bo takiego świra dostanę. Oczywiście przesadziłam, bo raczej kontroluję siebie i jeszcze niepoczytalna nie jestem, ale chciałam po prostu zobaczyć jego reakcję. Dowiedziałam się, że na pewno na sto maili by nie odpowiedział, bo czas by mu nie pozwolił. Potraktował jednak moje wyznanie raczej jako żart. I dobrze, chociaż znam przynajmniej jedną osobę, która, ze względu na swoje zaburzenia, potrafi być mocno natarczywa i zdarzyło jej się nękać telefonami swojego lekarza czy znajomego psychologa. Jednak nie każdy chory tak ma i mam nadzieję, że mnie to nigdy nie będzie dotyczyło. Chociaż kto wie?Nie, to raczej nie wchodzi w grę. Wszyscy by się wtedy odwrócili ode mnie i zostałabym sama jak palec, a tego nie zniosłabym. Zresztą, teraz jest na takie zachowanie paragraf, chociaż konkretna choroba może być pewnym usprawiedliwieniem. Ale wtedy pozostaje szpital, a tam się nie wybieram. Dosyć tych dywagacji, ręcę mnie bolą od klikania. Ale jest dobrze, bo nie zboczyłam z tematu, a to nieczęsto mi się udaje.

Coś się kończy, coś się zaczyna… czyli pożegnanie z terapią.

Pisałam poprzednim razem o moim złym samopoczuciu wynikającym albo z przesilenia wiosennego albo z odchorowywania sukcesów, które miały miejsce w moim życiu jakiś czas temu. Pewnego dnia, gdy fatalne samopoczucie nie dawało mi spokoju postanowiłam napisać do mojego terapeuty i umówić się na wizytę. Kiedy jednak poczułam się lepiej, stwierdziłam, że być może niepotrzebnie to zrobiłam, nie chciałam jednak odwoływać spotkania. Zresztą od ostatniego naszego kontaktu minęły już chyba ponad dwa miesiące i najzwyczajniej w świecie miałam ochotę pogadać. Poszłam więc w umówionym terminie do nowego miejsca, gdzie przyjmuje teraz pan Paweł. Jego nowy gabinet jest na razie w budowie i będzie to, jak sądzę, zapewne bardzo przytulne miejsce, bo miałam okazję podpatrzeć jak wygląda. Usiedliśmy więc w salonie, który także mi odpowiadał, ponieważ przypominał nieco pomieszczenie z naszych pierwszych wizyt. Wróciły miłe wspomnienia, chociaż nie mogę powiedzieć, że w gabinecie lekarskim, który mój terapeuta do tej pory wynajmował, źle nam się pracowało. Wolę jednak swobodniejszą atmosferę. Rozmowę zaczęłam od tego, że właściwie to ja nie wiem, dlaczego przyszłam. Zaniepokoiło mnie trochę to moje nieciekawe samopoczucie i nie bardzo wiedziałam, z czego ono wynika. A właściwie domyślałam się, ale wolałam się upewnić. Tylko skąd niby obcy człowiek ma to wiedzieć? Pan Paweł przypuszczał, że prawdopodobnie rzeczywiście dopadło mnie przesilenie, które zresztą odczuwa wiele osób. Może i tak jest, choć ludzie zdrowi, których znam, jakoś nie mają tego typu problemów, a raczej wręcz przeciwnie – cieszą się obecnie przypływem energii i zapałem. Z kolei osoby chore z mojego otoczenia dotyka to, co i mnie. W końcu więc już nie wiem, co myśleć, czuję się nieraz jakimś dziwadłem, szczególnie gdy słyszę głupie pocieszenie lub bagatelizowanie problemu, który dla mnie jest ważny i męczy mnie. Nie mówię, że w tym wypadku terapeuta mnie zbagatelizował, ale doświadczam tego od innych osób, które nie rozumieją, jak ja mogę źle się czuć, skoro tak pięknie na dworze. Właśnie że można mieć wtedy zły nastrój i co ja na to poradzę. Przecież nie wymyśliłam sobie tego, bo lubię pojęczeć. Dlatego jeśli nie muszę, to nie mówię, jak się czuję i czy w ogóle jakoś się czuję, bo wiem, że gro osób i tak nie zrozumie. Najważniejsze, że mój chłopak rozumie. Wracając do mojej rozmowy z terapeutą – doszliśmy do wniosku, że fatalny nastrój mógł być również spowodowany tym, co mi się ostatnio udało osiągnąć. Dlaczego? Zawsze tak miałam, że po krótkiej radości z czegoś, nastąpował u mnie dół. Nie rozumiem tego i nie lubię. Podobno może się tak dziać, ponieważ następuje przesyt radością i nadprodukcja hormonów. Tyle,że ja nie czuję u siebie tego przesytu, nawet nie popadam w euforię, nie pamiętam, abym doznała czegoś takiego. Jestem typem stoika i staram się stosować zasadę „złotego środka”. Może nasycam się sukcesami nieświadomie? Nie wydaje mi się to logiczne, ale mogę się nie znać.

Właściwie po tych moich wynurzeniach o fatalnym nastroju sprzed dwóch czy trzech tygodni mogłam zakończyć wizytę, ale okazało się, że było jeszcze parę spraw do omówienia. Przede wszystkim zdradziłam, że zrezygnowałam z czegoś, co wydawało mi się dość długo bardzo ważne i także pod kątem tej sprawy chodziłam na terapię. Myślałam, że pan Paweł uzna to za porażkę, może będzie zły na mnie, ale myliłam się. Stwierdził, że nie powinnam się załamywać  decyzją, którą podjęłam, jeśli była to decyzja przemyślana, suwerenna i dojrzała, a nie podjęta pod wpływem chwili lęku czy paniki. Był wręcz dumny ze mnie i uważał, że mamy powód do radości, a nie smutku. Bardzo potrzebowałam takiego wsparcia, bo i ja nie uważam tego, co zrobiłam, za porażkę. Może pod jakimiś innymi względami nie osiągnęłam sukcesu, ale pod względem personalnym i społecznym – już tak. Mówiliśmy też o moim uporze, który podobno jest moją dużą zaletą. No tak, jestem uparta i to powoduje, że nie poddaję się łatwo, tylko dążę wytrwale do celu. Czasem ten cel osiągam, czasem nie, ale jednak walczę. Wspomniałam też o moich celach, które postawiłam sobie, ale boję się je realizować, bo nie czuję się jeszcze na tyle silna. A może nawet nie chodzi o ten brak siły, ale problemy  z mobilizacją. Potrzebuję nieraz takiego „pozytywnego kopa”, tego, aby wierzono we mnie, nawet, gdy ja sama tak do końca w siebie nie wierzę. Często odradzano mi coś, cofano mnie, mówiono, że nie dam sobie rady, jestem za słaba. Myślałam, że to prawda i odpuszczałam. Ale to już przeszłość. Teraz wiem, że mogę, tylko jeszcze czyjeś ciepłe słowo dodatkowo jest mi potrzebne. I na takie właśnie pozytywne słowo i nastawienie mogę liczyć w gabinecie pedagoga. Sporo czasu poświęciliśmy podczas spotkania depresji. Polegało to na tym, że ja opowiadałam o moich z nią doświadczeniach, a pan Paweł co jakiś czas zadawał parę pytań. Zaciekawiła mnie jedna kwestia , która dotyczyła agresji przy okazji stanu depresyjnego. Faktycznie zdarzało się, chociaż nie za często, że bywałam niemiła, opryskliwa, chciałam, żeby wszyscy dali mi święty spokój. Czyli miałam w sobie emocje, negatywne, ale jednak. I mój terapeuta zauważył, że być może warto byłoby pogłębiać nawet takie uczucia, aby pomóc choremu. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam i nikt tego na mnie nie próbował, ale kto wie, czy to nie pomogłoby bardziej niż przytakiwanie czy łagodzenie sytuacji. Jedna rzecz jest dla mnie oczywista – nie umiałabym pogłębiać u osoby chorej, która odczuwa ból psychiczny, właśnie tego bólu, a może się tak zdarzyć, gdy osoby, które nie rozumieją problemu wygłaszają frazesy w rodzaju : „Weź się w garść.” To jak wbijanie komuś igły pod paznokieć.

Gdzieś mniej więcej w połowie spotkania poczułam się trochę zaniepokojana, bo zaczęłam się domyślać, co mogę usłyszeć na jego końcu. I rzeczywiście, moje obawy się spełniły – Dowiedziałam się, że to nasze ostatnie spotkanie. Takie pod względem terapeutycznym, bo zawsze mogę liczyć na coaching. Terapeuta zauważył, że przekazał mi to, co umie i niewiele więcej może mi zaoferować. Pracowaliśmy głównie na emocjach, bo nimi się zajmuje, dążąc do usamodzielnienia pacjenta i nie uzależniania go od siebie. I muszę się faktycznie zgodzić z tym, że dzięki terapii osiągnęłam dużą samodzielność. Pan Paweł był ciekawy, czy coraz dłuższe przerwy, które robiliśmy pomiędzy poszczególnymi sesjami, odpowiadały mi. Właściwie to wynikały one tak naturalnie, że nie miałam z tym problemu, a nawet pasowały mi, bo nieraz nie miałam pomysłu, co mam mówić na spotkaniu. To już inna kwestia, że nigdy nie były to spotkania milczące. Po prostu straszne z nas gaduły. Dostałam też pytanie, czy otrzymałam od terapeuty motywację. Trudna kwestia, bo ja jestem pewna, że już bardzo zmotywowana podeszłam do pierwszego spotkania, a potem było coraz lepiej. Pewnie jest to też zasługa Pana Pawła, ale ja myślę, że jeśli ktoś w ogóle nie ma motywacji do zmian, nie jest do nich przygotowany, nie czuje się na nie gotowy, to nie widzę sensu próbowania. To znaczy próbować zawsze można, ale czy to coś da? Moja koleżanka Kasia wciąż nie potrafi zaufać żadnemu specjaliście, cały czas jest pozamykana na cztery spusty. Miała możliwość skorzystać z terapii na rewelacyjnych warunkach, ale nie potrafiła. Podchodzi do każdego psychologa jako do osoby, która coś tam sobie bełkocze po swojemu, w swoim żargonie. Zresztą nie tylko specjaliści nie potrafią do niej dotrzeć, więc jak pomóc osobie, która taką pomoc odrzuca, albo przyjmuje z łaską, choć prawdopodobnie jej chce, a na pewno potrzebuje? Nie mam pojęcia i nie wiem, czy ktokolwiek ma. Wracam jednak do moich spraw. Usłyszałam na tym spotkaniu coś, co sprawiło, że poczułam się bardzo wyjątkowo, a to dlatego, że do głowy by mi nie przyszło, że praca ze mną może być dla kogoś zaszczytem i że mój terapeuta tak dużo mi zawdzięcza. Było to dla mnie niesamowite, ale po paru dniach trochę mnie to zastanowiło. I muszę przyznać, że nieco osiadł mój optymizm, bo poczułam się w pewnym momencie jak…królik doświadczalny. Dlaczego? Ano dlatego, że pan Paweł w zasadzie nie ma jakiegoś szalonego doświadczenia w pracy, szczególnie z osobami z moimi zaburzeniami (w sumie to nie wiem, czy pracował jeszcze z jakąś chorującą osobą), moja terapia trwała też dość długo, co on raczej nieczęsto praktykuje. Przyszło mi na myśl, że on poniekąd też się i na mnie uczy i jakoś nie poczułam się z tym dobrze. Ale to było chwilowe, bo przecież dzięki niemu tak naprawdę stanęłam na nogi, poczułam się silną, samodzielną, wartościową osobą. Nie doznałam od niego żadnej krzywdy, nie próbował też udawać, że zna się na wszystkim. Nie jestem w 100% zadowolona z tej terapii, wiem, że nie mogę wielu rzeczy i prawdopodobnie będę za jakiś czas potrzebowała jeszcze wsparcia psychologa klinicznego czy psychoterapeuty( do końca tego nie wiem), ale wiem też,że mam mocne podstawy, na których obecnie się opieram i jestem wdzięczna za wszelką pomoc, jaką dane mi było dostać. Trochę się przeliczyłam? Tak, ale błędem było oczekiwanie cudu, bo tego nikt mi nie da. Zrozumiałam też jedno – żadna terapia nie zastąpi mi nigdy leków i prawdopodobnie towarzyszyć mi będą do końca życia. To nieco boli, ale taką już mam chorobę, nie wybierałam jej sobie. Mnóstwo chorych ma zresztą to samo, także ci, którzy chorują fizycznie. Myślę, że mój, były już tak naprawdę, terapeuta, dobrze się sprawdził i dlatego też poleciłam go koleżance Izie, ale z zaznaczeniem, aby nie oczekiwała cudu. Ona ma problemy podobne do moich. Tak więc nic nie straci na wizycie u pedagoga, a może jedynie zyskać. Tym bardziej, że obecnie przeważają u niej problemy z nastrojem, samopoczuciem i samooceną. Reasumując – jestem na dobrej drodze i pan Paweł też. Bez problemu poradzi sobie jeszcze z wieloma pacjentami, szczególnie tymi z kłopotami  nie wynikającymi z zaburzeń psychicznych. Ale i przy zaburzeniach nie zawodzi, czego jestem przykładem. Za jakiś czas jeszcze raz się spotkamy, ale już najprawdopodobniej w innym celu, jakkolwiek tajemniczo by to nie zabrzmiało. Już naprawdę na koniec muszę przyznać, że cholernie się boję, czy ja sobie bez tej terapii poradzę. Z jednej strony – myślę, że tak, ale z drugiej – lęk jest, bo zawsze jednak mogłam liczyć na wsparcie. No cóż, czas pokaże.