Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

zaburzenia psychiczne

Odrobina akceptacji potrzebna od zaraz.

Nie mam teraz dobrego czasu, dość mocny kryzys mnie dopadł. I chciałam właśnie o tym kryzysie napisać, ale na razie nie dam rady. Moje uczucia lęku i przerażenia są zbyt silne i potrafię ich jeszcze ubrać w słowa. Mam tyle myśli w głowie, że nie powinnam mieć problemu z przelaniem ich na klawiaturę, a jednak nie dam rady. Podejrzewam, że znów zaczęłabym płakać, gdybym tylko spróbowała. Tak więc dziś postanowiłam napisać o czym innym, ale nie mniej ważnym. Może nawet ważniejszym niż moje aktualne samopoczucie, chociaż nie lubię niczego wartościować. W każdym razie mój dzisiejszy wpis będzie dotyczył nie tylko mnie, ale i moich przyjaciół i znajomych. Tak się składa, że i ja i oni mamy pewne zaburzenia psychiczne, jedni bardziej widoczne i dotkliwe, inni mniej widoczne, ale tak samo dotkliwe.

Może zacznę od tego, co mnie skłoniło do wpisu na taki właśnie temat, czyli mnie i moich chorych, na konkretny rodzaj chorób, bliskich. Otóż  byłam ostatnio u koleżanki Izy i to, co od niej usłyszałam, bardzo mnie zasmuciło i rozgniewało jednocześnie. Szczerze powiedziawszy to wyszłam od niej wściekła i to uczucie dalej mi towarzyszy, gdy pomyślę o naszym spotkaniu. Nie, nie jestem zła na Izę, nic złego mi ona nie zrobiła i wątpię, czy byłaby do tego zdolna. Jestem zła na jej otoczenie, bliskich, na ludzi i ogólnie na społeczeństwo. Jest mi też ogromnie przykro i to uczucie chyba bardziej jeszcze dominuje nade mną niż złość. Iza nie bardzo ma się komu wyżalić, a że od jakiegoś czasu odnowiłyśmy kontakt, padło na mnie, o co nie mam do niej żadnych pretensji. Ja sama często potrzebuje wygadać się przed kimś, a nie zawsze mam taką osobę przy sobie, więc domyślam się, co czuje koleżanka. Siedziałam więc i słuchałam tego, co chce mi powiedzieć, czasem wtrącając co nieco. Mówiła mi o sytuacji w pracy, gdzie praktycznie do nikogo się nie odzywa, bo gdy kiedyś próbowała zagadywać do innych, jakoś tak dziwnie na nią patrzyli i uśmiechali się ironicznie pod nosem. Ja już tak dobrze znam Izę, że nie wiem, co musiałaby powiedzieć, abym się zdziwiła. Zresztą nie widzę w jej wypowiedziach niczego szczególnego, ale może obcy ludzie coś dostrzegają, tylko nie wiem, co. Może jedynie to, że zdarza jej się czasem zupełnie obcemu człowiekowi wyznać jakiś swój problem, co może być postrzegane jako dziwaczne. Ale z jej wypowiedzi wynika, że na rodzinę nie ma co liczyć i dlatego się tak zachowuje. Ma co prawda męża, ale on również choruje i pewnie nie chce mu dokładać swoich problemów. Zresztą pomiędzy nimi jest specyficzna więź i nie wnikam w to. Jej rodzice jeszcze pracują i nie mają dla niej za dużo czasu, a gdy już go znajdą nie chcą go trwonić na wysłuchiwanie „urojonych „problemów córki ani tych całkiem „normalnych” i realnych. Zresztą jak to wygląda – taka porządna rodzina, wykształcona, zdrowa na umyśle, a tu jedna taka „czarna owca”. Nie radzi sobie , to jej sprawa, nic im do tego. Rodzina męża też nie jest lepsza. Skoro nie wspierają swojego członka rodziny, to nie będą się przejmować jego żoną, nawet jeśli ta często bywa im pomocna. Zdziwiła mnie sytuacja, w której któregoś razu znalazła się Iza. Była wtedy u kogoś teoretycznie bliskiego i położyła się na chwilę, bo miała gorszy dzień, a i praca ją wykończyła. Zdarzyło jej się to pierwszy raz u danej osoby. I co usłyszała? „Ty tylko leżysz! I czym się niby tak zmęczyłaś?”. „Spodobał” mi się też tekst „ A daj już nam spokój ze swoimi problemami, przecież my mamy nasze! Jeśli osoba, nieważne czy chora czy zdrowa, nie może się zwrócić z kłopotem do najbliższych, to do kogo ma się zwracać? Do obcych – nie wypada, do psychologa – nie zawsze jest kasa, do znajomych – nie zawsze zrozumieją. A do kogo ma się zwrócić chory z problemem? Dobrze, że Iza ma wspaniałego lekarza, bo inaczej chyba do ściany by mówiła. No i ma jeszcze mnie, że tak powiem mało skromnie. Zresztą ja ją niesamowicie podziwiam za to, że pracuje. Uważam, że dla osoby z zaburzeniami to ogromne wyzwanie i często trudno mu sprostać. Widzę jednak, że coraz trudniej jej podołać temu zadaniu, a nie pomagają na pewno komentarze w rodzaju „ Jak ktoś nie pracuje, to jest leniem” albo „Jak się chce, to się pracuje”. Sęk w tym, że przy tego typu chorobach można bardzo chcieć, ale psychicznie nie daje się rady. I niewiele można na to poradzić. Często praca nawet na 1\4 lub 1\2 etatu to już za dużo. Iza pracuje właśnie na pół etatu i zdarzyło jej się słyszeć komentarz od obcego zupełnie człowieka „E tam, co ona tam ma za pracę, wzięła by się za cały etat, a nie się leni”. Na szczęście obok stał inny człowiek i zauważył „Ale pracuje, to jest najważniejsze”. Tyle o Izie, bo w kolejności czekają inne bliskie mi osoby, o których też chciałabym napisać. A właściwie może nie tyle o nich samych, ile o braku akceptacji wobec nich, głównie ze względu na chorobę, z jaką się zmagają, a raczej choroby należące do jednej grupy.

Mam bardzo dobrego kolegę, którego czasem nazywam nawet moim przyjacielem. Często gości u mnie i mojego chłopaka, nieraz widzimy się tylko we dwójkę, w końcu znamy się już tyle lat. Bardzo chętnie zabieram go ze sobą do kina, teatru lub na wystawy, bo pewnie sam by nie poszedł, a we dwoje zawsze raźniej. Jest niesamowicie sympatycznym i pozytywnym mężczyzną, mimo że sytuacja domowa go nie rozpieszcza. Ostatnio miałam okazję poznać jego dziewczynę. Cieszy mnie fakt, że dobrze im się układa, a Marek wygląda na naprawdę szczęśliwego i zakochanego. Nie różni się on praktycznie od innych facetów, może jedynie tym, że czasem zdarzy mu się powiedzieć coś, czego inni nie rozumieją. Kolega choruje na schizofrenię i jego myśli nie zawsze są jasne i przejrzyste. Ale zauważyłam jedno – Marek bardzo uważa, co i komu mówi. Praktycznie cały czas musi się kontrolować, żeby czegoś nie „palnąć”. Kiedy jest u mnie, pozwala sobie na chwilę swobody i wtedy zdarza się, że nie zawsze go rozumiem, ale jakoś nie przeszkadza mi to. Przeważnie po uzewnętrznieniu swoich dość pogmatwanych myśli, rozładowuje atmosferę śmiechem i wracamy do rozmowy. Staram się nie komentować jego zachowania, bo i po co, skoro nie rani mnie ono? Ważne jest dla mnie to, że mam naprawdę fantastycznego kumpla. Mam nadzieję zaprzyjaźnić się i z jego wybranką, która, jak zauważyłam, też ma swoje specyficzne zachowania i wypowiedzi. Ale czy każdy z nas nie jest na swój własny sposób specyficzny i wyjątkowy? Na koniec tego wątku może dodam jeszcze, że Marek nie bardzo ma możliwość liczenia na swoją, zresztą liczną, rodzinę, ale ma świetną ciocię, która często go zaprasza do siebie. I tu wynikł pewien problem, który bardzo mnie zmartwił. Problem Marka oczywiście, a nie mój, ale i ja się przejęłam. Otóż mąż cioci ma pretensje, że kolega tak często do nich przychodzi i w ogóle jest zdania „Po co się z nim zadawać?”. Przykre to i smutne, tym bardziej, że Marek i jego ciocia są sobie bardzo bliscy i nie wyobrażam sobie, żeby mieli przestać się kontaktować albo chować się po kątach. Mam nadzieję, że sytuacja się ułoży i mój kolega nie zostanie odseparowany od bliskiej mu osoby. Jest jednak i pewien pozytyw, który dotyczy rodziny jego partnerki. Otóż rodzina ta chętnie go u siebie gości i mam nadzieję, że tutaj nie dojdzie do jakiegoś niemiłego zwrotu akcji. Wydaje się, że dobro córki i wnuczki jest dla nich ważne i z relacji Marka wynika, że nie jest ona odsuwana na boczny tor. Oby więcej takich rodzin!

Z bliskich mi osób zostały mi dwie, o których chcę wspomnieć. Pierwszą z nich jest moja przyjaciółka Ania, o której często piszę, bo imponuje mi jej wola wali i siła psychiczna. Nie chcę się powtarzać, ale Ania to osóbka doświadczona niepełnosprawnością wielonarządową, a jej zaburzenia psychiczne nie są na pierwszym miejscu i wynikają raczej z innych chorób, a szczególnie są spowodowane uszkodzeniami mózgu. Tu już tabletki nie bardzo pomagają, chociaż mogą przynosić pewną ulgę w cierpieniu. Mam ograniczony dość mocno kontakt z Anią, ale wiem na bieżąco, co się u niej dzieje, dzięki krótkim wiadomościom od niej. I na pewno różowo nie jest. Jej sytuacja domowa bywała tak zła, że wrogowi bym takiej nie życzyła, a i teraz nie jest lepiej. Przyjaciółka nieraz była i jest ofiarą tej sytuacji, chociaż jest przecież najmniej winna. Nie wybierała przecież sobie chorób, nie prosiła się na świat. Owszem, problemy neurologiczne powodowały u niej czasem agresję, ale nie była ona samoistna do końca, bo zawsze wynikała z konkretnej sytuacji. Ania nie umie inaczej reagować, jak agresją na agresję, jednak sama z siebie, bez przyczyny nie jest wrogo nastawiona. Takie osoby potrzebują ciepła, dobrej atmosfery w domu i po za nim i mnóstwo akceptacji, na co często zresztą zwracali uwagę lekarze Ani. Nie umiem pomóc przyjaciółce, a tak bardzo bym chciała. Najbardziej zależy mi na tym, aby nie była ona postrzegana jako „dziwoląg” gdziekolwiek się pojawi, a akurat jej choroba da o sobie znać. Wiem, jak bardzo ona to przeżywa i zamyka się wtedy w sobie. Nieba bym jej wtedy przychyliła, ale co ja mogę? Jedynie podnosić ją na duchu i wspierać.

Powoli zbliżam się do końca mojego wpisu, ale nie mogę nie wspomnieć o Kasi, o której też już zresztą pisałam na blogu. Podziwiam ją, bo kontynuuje naukę, mimo tego, że zmaga się zarówno z zaburzeniem psychicznym jak i chorobą psychosomatyczną. Nie wiem, skąd ona bierze na to siły, ale wiem też, że nieraz jest już tak wyczerpana, że jedyne co może to usiąść i płakać. I tak też robi. Jednak i ona się nie poddaje, tak jak Ania, tylko boję się, żeby jej stan zdrowia nie pogorszył się przez to znacznie. Jakiś czas temu miała jeszcze dodatkowe zajęcie, ale zrezygnowała z niego, bo nie dała rady połączyć go ze szkołą. Wiem, jakim wysiłkiem jest nauka, nawet taka w innym systemie niż dzienny, przecież nie tak dawno sama chodziłam do liceum zaocznego. Kosztowało mnie to tyle nerwów i sił, że musiałam potem odchorowywać, a nawet byłam w szpitalu. Mam nadzieję, że Kasia nie doświadczy tego. A dlaczego o nie piszę, skoro w miarę sobie radzi? Bo i jej jest bardzo trudno. Gdyby mogła, najchętniej wyprowadziłaby się z domu rodzinnego, gdzie nieraz przechodzi piekło. I jej również dotyczy nagminny brak akceptacji ze strony bliskich jak i obcych. Przykład? Kasia ma bardzo silne lęki(skąd ja to znam!) i nieraz wyzna to komuś. Jedna odpowiedź, którą usłyszała, zwaliła mnie z nóg. Było to „piękne” zdanie „To się nie bój, czego się boisz?”. Po prostu rewelacja! To tak jakby powiedzieć osobie, która nie widzi „Nie widzisz tego? Zobacz!”

Myślę, że na dziś wystarczy. Miałam skupić się na jeszcze innych aspektach dotyczących zaburzeń, ale tak jakoś wyszło, że dotknęłam zaledwie jednego, czyli trudnej sytuacji rodzinnej  i nie tylko rodzinnej, moich przyjaciół i znajomych. Wiele by można jeszcze wymieniać i mnożyć różnych kwestii, ale może innym razem. W każdym razie mogę dodać jedynie, że robię, co mogę, aby wspierać bliskich mi ludzi, ale często jestem bezradna. Zarówno przy postępowaniu wobec nich, jak i wobec mnie(swoją drogą praktycznie nic tym razem nie pisałam o sobie, ale wkrótce na pewno to nadrobię). Nie oczekuję wiele – trochę akceptacji i szacunku wystarczy w zupełności, aby mi i moim bliskim żyło się odrobinę łatwiej. Już absolutnie na koniec wspomnę o Lidzi, która jest osobą o znacznym stopniu niepełnosprawności intelektualnej, a którą bardzo lubię. Nieraz mnie przytulała, gdy płakałam i pocieszała na swój cudownie dziecięcy sposób. Kiedyś widziałam ją z daleka na ulicy. Dwie panie obok mnie też ją widziały i jedna zauważyła „ I po co takie coś żyje, tylko powietrze zabiera.” Może pozostawię to zdanie bez komentarza.  

 

Poszukiwania właściwego lekarza.

Jak już jakiś czas temu pisałam, moja pierwsza pani doktor z Poradni Zdrowia Psychicznego przestała przyjmować w tejże i nie miałam pojęcia, czy w ogóle gdzieś przyjmuje. Chodziły słuchy, że przebywała na jakimś urlopie zdrowotnym, a potem zrobiło się o niej cicho. Wybrałam więc nowego lekarza, młodą panią doktor, która na dzień dobry zaproponowała mi pobyt w szpitalu, żeby tak właściwie zobaczyć co mi jest. Miałam wtedy diagnozę – schizofrenia paranoidalna -i chyba raczej doktor nie wierzyła, że to właśnie mi dolega. Ja po prawdzie też nie wierzyłam, choć wtedy za bardzo się na tym nie znałam. Teraz po latach widzę, że to była raczej diagnoza na wyrost, bo ja nie przypominam sobie, żebym miała objawy pozytywne typowe dla schizofrenii czyli urojenia i omamy. Zadzwoniłam do mojej pierwszej lekarki w tej sprawie i ona nie widziała konieczności szpitala. Ja się jednak zdecydowałam, gdyż przekonała mnie do tego możliwość zrobienia podstawowych badań zlecanych przez psychiatrów i byłam sama ciekawa, jaką diagnozę mi postawią. O moich pobytach w szpitalu, bo nie był to jeden pobyt, napiszę kiedy indziej, teraz tylko dodam, że otrzymałam wtedy diagnozę pod tytułem – zaburzenia schizotypowe. Do tego miałam dopisaną osobowość schizoidalną. Dostałam też w końcu nowy neuroleptyk, bo już moja sytuacja z krwią po poprzednim leku się ustabilizowała. Po pewnym czasie zmieniłam lekarza, tym razem na mężczyznę, już dokładnie nie pamiętam dlaczego, chyba moja lekarka była na macierzyńskim. Po jakimś czasie kolejna zmiana, na kolejną kobietę. Prawdopodobnie mój poprzedni lekarz przestał przyjmować w poradni. Tak się to niestety układało, że trochę tych zmian było, nie z mojej winy. W międzyczasie nastąpiła też zmiana diagnozy na tę obecną czyli zaburzenia schizoafektywne, typ depresyjny. Gdy już mi się wydawało, że mam ustalonego lekarza i leki, niestety poradnia przeszła całkowitą przemianę i zostało tylko dwoje lekarzy. Musiałam wybrać jednego, więc wybrałam lekarkę, którą już trochę znałam. Zaczął się problem z leczeniem, bo okazało się, że lek, który super mi służył wywołał u mnie hiperprolaktynemię, co wiązało się z brakiem miesiączki i fatalnym samopoczuciem. Doktor nie za bardzo widziała rozwiązanie tego problemu, poza odstawieniem mi neuroleptyku. To jednak nie bardzo zadziałało, bo chociaż normalnie miesiączkowałam, to byłam strasznie agresywna słownie, nastrój mi się zmieniał z godziny na godzinę i miałam myśli samobójcze. Nie zastanawiałam się więc dłużej i postanowiłam tym razem spróbować udać się na leczenie prywatne, tym bardziej, że znowu miałam zmienioną diagnozę tym razem na taką, której nie akceptowałam. Już wcześniej bywałam na wizytach prywatnych, gdy były trudności w dostaniu się do poradni, ale to były pojedyncze przypadki. Tym razem na stałe przeniosłam się do prywatnego gabinetu i muszę przyznać, że to był dobry ruch. Pani doktor, za moją małą sugestią, dobrała mi neuroleptyk, który nie ma skutków ubocznych w moim odczuciu oczywiście. Może dla wielu osób byłby on nie do przyjęcia, ale dla mnie jest dobry. Ważne jest dla mnie to, że mój lekarz mnie słucha i nie traktuje jak zło konieczne. Często bierze pod uwagę moje sugestie co do sposobu leczenia. Oczywiście wizyty takie wiążą się z kosztami, ale na razie wytrzymuję finansowo. W końcu coś za coś. Do poradni, przynajmniej teraz, nie wrócę, chyba że mój stan zdrowia ustabilizuje się na tyle, że będę potrzebować tylko recepty na leki. Właściwie teraz tylko od tego poradnia jest, na dodatek trudno się dostać, rejestrować trzeba się dużo wcześniej. Nie wiem czy nie było lepiej, gdy co prawda trzeba było bardzo wcześnie wstać, ale była możliwość nawet cotygodniowej wizyty, bo rejestracja była na ten sam dzień. Na razie cieszę się z tego, że mam zaufanego lekarza i, dopóki środki finansowe pozwolą, nie zamierzam z niego rezygnować.  

Poznawanie psychiatrii.

Już wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak i sama wpadłam na pomysł pójścia do psychiatry. Trochę to pewnie nietypowe, bo na ogół ludzie boją się lekarza tej specjalności, zupełnie zresztą niepotrzebnie. Najpierw jednak miałam konsultację psychologiczną w ośrodku zdrowia w moim rejonie, bo przecież jeszcze wtedy istniała rejonizacja. Pani psycholog niewiele się ode mnie dowiedziała, poza tym, że za żadne skarby nie wrócę do szkoły. Napisała mi więc, że mam fobię szkolną i skierowała do psychiatry. Teraz myślę, że może nie było to aż tak konieczne, może wystarczyłaby terapia u psychoterapeuty, ale raczej śmiem wątpić, czy coś takiego w ogóle wtedy istniało na ubezpieczalnię. Nie orientuję się nawet, czy byłaby możliwa terapia prywatna, nie interesowało mnie to wtedy. Moja pierwsza wizyta lekarska odbyła się niedługo później w tej samej przychodni. Trwała chyba z półtorej godziny i nie wniosła nic ciekawego do mojego życia, poza tym, że stwierdziłam, iż psychiatrzy to jacyś dziwacy. Pani doktor podczas badania, że tak to nazwę chodziła sobie tam i z powrotem, robiła herbatę i ogólnie zajmowała się sobą. Ja jej nie ułatwiałam zadania, ponieważ prawie się nie odzywałam. Z całej wizyty pamiętam tylko, że pytała mnie o ulubione książki. Byłam z mamą, więc z nią też rozmawiała, ale beze mnie, zresztą ja też byłam sam na sam z lekarką. Na koniec wizyty dostałam receptę na jakiś lek, który kosztował jakieś 200 złotych i podobno należał do jakiś nowszych. Nie pamiętam zupełnie jak się na nim czułam, chyba nie bardzo, wiem, że następna wizyta była dość szybko i tym razem należała do tych bardziej owocnych. W końcu trochę się otworzyłam, a i pani doktor coś widać też zauważyła na poprzednim spotkaniu, bo sama mówiła mi, jakie mam objawy, a ja mogłam tylko przytakiwać, gdyż zgadzały się w całości. Dostałam chyba inny lek albo i dwa. Czułam się po nich tak sobie, ale nie było najgorzej. Jednak tak różowo też nie było i gdy psychiatra chciała mi zwiększyć dawkę, zaprotestowałam. Już wystarczająco byłam otumaniona, bo skutki uboczne dały o sobie znać. A takich skutków neuroleptyki mają wyjątkowo dużo. Sądziłam jednak, że tak musi być, taka jest cena zdrowia, nie orientowałam się jeszcze, że można tak dobrać lek, aby pacjent jak najlepiej go tolerował. Moje kolejne spotkania z panią doktor miały już miejsce w Poradni Zdrowia Psychicznego, która mieściła się i nadal istnieje przy szpitalu psychiatrycznym w naszym mieście. Tam dopiero dowiedziałam się, że są jeszcze inni psychiatrzy w mojej miejscowości i że nawet wielu ich przyjmuje w poradni. Ale ja zostałam przy swojej lekarce, przynajmniej póki przyjmowała. Dobrała mi w końcu leki i czułam się po nich naprawdę dobrze. Ale niestety mój neuroleptyk wpłynął na krew i musiałam go odstawić. Miałam tzw. wakacje od neuroleptyków i mogłam brać tylko jedną z benzodiazepin o przedłużonym działaniu, czyli typowy środek przeciw lękowy. Po nim to dopiero miałam dobre samopoczucie, ale niestety takie leki szybko uzależniają i nie można ich za długo przyjmować. Dodatkowo miałam jeszcze wtedy specjalny lek na krew, dość drogi i trudno dostępny, pamiętam, że można go było zamówić tylko w jednej aptece. Wiadomo było, że jak tylko coś tam mi się w układzie krwiotwórczym naprawi, to będę wracała do neuroleptyku. Na razie jednak musiałam zdecydować się na innego lekarza, gdyż moja doktor przestała przyjmować, przynajmniej na ubezpieczalnię. 

Ciąg dalszy.

Tak więc podczas wakacji czułam się znakomicie, czytałam książki, nic nie robiłam i byłam pewna, że z zapałem i werwą wejdę w nowy rok szkolny. Co prawda miała to być klasa maturalna, a wcale o tym nie myślałam i nawet się nie bałam. Choroba jednak czekała w utajeniu, tak sobie po prostu przycupnęła w kąciku i czekała na odpowiedni moment. No i zaczęło się pierwszego września. Jak na złość jeszcze mam tego dnia urodziny. Pamiętam, że to były najlepsze i najgorsze urodziny w moim życiu, najlepsze, bo nareszcie dostałam tort i piękne prezenty oraz cała rodzina się zebrała, a najgorsze, bo byłam nie do życia. Znowu poczułam niesamowity lęk, paraliżujący strach i popadłam w totalne przygnębienie. Nic mnie nie cieszyło i nic mi się nie chciało. A przecież właśnie weszłam w dorosłość, skończyłam osiemnaście lat. Chyba to najbardziej mnie przerażało, ja po prostu nie chciałam dorosnąć, wziąć  odpowiedzialności za swoje życie. Niby marzyłam o zdanej maturze, studiach, ale tak naprawdę gdzieś głęboko dalej byłam dzieckiem, zagubionym i przestraszonym. Przez kilka dni jakoś dawałam sobie radę, chodziłam do szkoły, ale po pewnym czasie zaczęłam uciekać z lekcji i w końcu przestałam uczęszczać do liceum. Jeszcze gdy chodziłam na lekcje, nauczyciele zauważyli, że coś się ze mną dzieje, ale nie wiedzieli co, bo zamknęłam się w sobie. Tylko pielęgniarce z sąsiedniej szkoły zwierzyłam się, że nie radzę sobie ze szkołą i potrzebuję pomocy. To właśnie ona zaprowadziła mnie do poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie trafiłam na bardzo kompetentną panią psycholog. Jednak nie bardzo mi to pomogło, choć ta pani starała się, zaleciła mi m.in. ćwiczenia relaksacyjne. W tamtym czasie tylko absolutna izolacja wydawała mi się idealnym rozwiązaniem i nie wyobrażałam sobie ,że mogą być inne sposoby. Tak więc zamknęłam się w domu i nie wychodziłam nigdzie. Rodzice prosili, żebym chodziła do szkoły, potem grozili i krzyczeli, ale ja byłam nieugięta i nie trafiały do mnie żadne argumenty. Byłam nawet z mamą w wymienionej wyżej poradni, ale nie odezwałam się przez godzinę i psycholog stwierdziła, że tu potrzeba lekarza specjalisty i ona nic nie może zrobić. Tak więc byłam już o krok od mojego celu, bo w sumie już od jakiegoś czasu sama wiedziałam, że właśnie psychiatra jest mi potrzebny. Dodatkowo wzięłam coś w rodzaju urlopu rocznego w szkole, do której miałam wrócić po tym czasie. Dyrektor nawet nie robił problemów, choć znany był ze swojej surowości. Jednak już nigdy do tej szkoły nie wróciłam mimo leczenia, nie dałam rady, już pierwszego dnia po urlopie uciekłam. To jeszcze było za wcześnie. Tak skończyła się moja przygoda ze szkołą w wieku nastoletnim, a zaczęła podróż przez życie pod rękę z psychiatrią. Ale o początkach leczenia w następnym wpisie.   

Początek czyli kiedy i jak Ją poznałam.

Muszę porządnie pogrzebać w przeszłości, żeby w miarę dokładnie przypomnieć sobie tamte wydarzenia. Wszystko zaczęło się tak na dobre od pewnej wycieczki szkolnej na zakończenie trzeciej klasy liceum ogólnokształcącego, do którego chodziłam. Wyjazd zapowiadał się fantastycznie, tym bardziej, że po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć morze. No i miał trwać aż pięć dni. Niby wszystko super, ale już na miejscu coś się zaczęło ze mną dziać. Przede wszystkim nic mnie nie cieszyło i nie sprawiało przyjemności, chociaż atrakcji było co nie miara. Nie mogłam też spać ani jeść, w każdym razie spałam i jadłam tyle co nic. Normalnie mój żołądek nie chciał pokarmów, zmuszałam się do przegryzienia czegokolwiek. Dostałam strasznych lęków i jakiejś dziwnej depresji, byłam cały czas osowiała i prawie wcale się nie odzywałam. Nie mogłam dać sobie rady ze sobą, tym bardziej, że starałam się ukrywać mój stan. I nawet mi się nieźle udało. Niestety po powrocie do domu, rozsypałam się całkowicie, najpierw tydzień nie chodziłam do szkoły i odsypiałam, potem wymyśliłam bajeczkę o silnych bólach brzucha i radzie pielęgniarki szkolnej, że powinnam siedzieć do wakacji w domu i brać krople żołądkowe, jeśli nie chcę mieć wrzodów ze stresu. Rodzice uwierzyli i pozwolili mi zostać w domu, a był już tylko miesiąc do wakacji. Nie przyszło im do głowy, że ja po prostu kłamię, a robiłam to, bo bałam się iść do szkoły i w ogóle wychodzić z domu. Teraz myślę, że tam na tej wycieczce przeszłam regularne załamanie nerwowe, tyle że nie miałam pojęcia, że coś takiego może mnie spotkać i nie wiedziałam, jak to się objawia. Już wtedy więc miałam początki choroby, jeśli nie ją samą, ale nie wiedziałam o tym, nie wiedziałam też, gdzie szukać pomocy i umiałam jedynie brnąć w kłamstwa. Nikomu się nie zwierzyłam, nawet mamie, do której miałam największe zaufanie. Czułam się bezbronna, samotna i wyobcowana, myślałam, że nikt nie przeżywa czegoś takiego. W końcu jednak nadeszły upragnione wakacje i upragniony spokój, bo mogłam już legalnie być w domu. Myślałam, że po wolnym wszystko wróci do normy i ja wrócę do szkoły, tym bardziej, że to już była klasa maturalna. Ale przeliczyłam się…