Kalendarz

Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

załamanie

Załamania pomaturalne.

Właściwie normalną sprawą jest, że praktycznie od stycznia, gdy na poważnie zaczęłam się przygotowywać do matury, byłam cały czas podminowana. Także niczym niezwykłym nie jest, że przez prawie cały maj nie czułam się dobrze. Stale towarzyszył mi stres i ogromne emocje. Ale miałam nadzieję, że gdy tylko zaliczę ostatni egzamin, odetchnę nareszcie pełną piersią i odprężę się. Na co ja jednak liczyłam! Wiem przecież, że u mnie musi być odwrotnie niż u przeciętnego człowieka. Jeszcze tego samego dnia, gdy zaliczyłam niemiecki ustny, czułam ulgę i umiarkowaną radość. Trochę bezmyślnie pobiegłam do kwiaciarni i od razu kupiłam piękny bukiecik złożony z pięciu cudnej urody róż, co miało symbolizować pięć egzaminów, do jakich podeszłam. Chciałam przesłać kwiaty pocztą kwiatową mojemu terapeucie, ale nie pomyślałam, że nikogo może nie być w domu. No i nie było go. Kwiaty wróciły więc do kwiaciarni, a ja odebrałam je następnego dnia i sama zaniosłam. Miała być niespodzianka, ale nie wyszło, no cóż, zdarza się. Stresowało mnie to nieźle, ale pomyślałam, że od następnego dnia to już na pewno będę spokojniejsza i bezstresowo poczekam sobie na wyniki, które mają być 5 lipca. Poleniuchuję, porobię to co lubię, wyśpię się. Akurat! Świat by się przecież zawalił, gdybym nie odchorowała tej mojej matury. Zawsze po czymś ważnym dla mnie tak mam. A więc zaczęły się lęki, napady paniki, napady agresji i płaczu, niechęć do wszystkiego, depresja, zmiany nastrojów, z przewagą grobowego, a przede wszystkim pojawiały się myśli samobójcze. Czasem mam tak, że takie myśli mnie mobilizują i wyciągają z dołka, ale tym razem pogrążały mnie jeszcze bardziej. Pewnego dnia nastąpiło coś, co było dla mnie nowością i co mnie przeraziło. Pamiętam, że słabo tego dnia spałam i to musiało mieć swoje konsekwencje. Otóż położyłam się, żeby odpocząć i wtedy naszły mnie bardzo silne myśli samobójcze, ale jakby nie moje, jakby obce, z zewnątrz. Po prostu mnie zaatakowały nagle i niespodziewanie. Nie wiedziałam, co robić, więc usiadłam i rozpłakałam się. To mi trochę pomogło. Nie chciałabym więcej doświadczyć czegoś podobnego, bo myślę, że to już podpada pod schizofrenię. Inne dni nie były jakoś szczególnie lepsze. Snułam się z kąta w kąt, wszystko mi zbrzydło, nic mnie nie mogło zająć, jak nic doświadczałam depresji i to tej, której nie cierpię. Któregoś dnia nawet zrobiłam głupstwo, ponieważ bardzo chciałam się uspokoić i zapomnieć choć na chwilę o wszystkim. Wzięłam więc tabletkę uspokajającą, ale nie tą co zwykle, tylko znalazłam gdzieś stare pudełko z kilkoma pastylkami już dawno przeterminowanego uspokajacza. No i uspokoiło mnie na dobre, bo spałam chyba ze cztery godziny, a gdy już wstałam, to byłam raczej średnio przytomna. Trzymało mnie zresztą do wieczora. Dobrze, że Aniołek był wtedy w pracy, bo chyba by pogotowie wezwał, gdyby mnie zastał śpiącą bez ruchu. No cóż, za głupotę się płaci. Resztę tych tabletek wywaliłam, ale potem trochę żałowałam, bo jednak, co by o tym nie sądzić, uspokoiły mnie. Jednak było, minęło. Tak się męczyłam po tej maturze, aż w końcu poszłam na wizytę do pana Pawła, bo nie widziałam innego wyjścia. Nawet go trochę chyba nastraszyłam moim smsem, ale wówczas miałam to gdzieś. Opowiedziałam mu trochę o egzaminach, bo wcześniej nie dawałam mu znać, jak mi poszło i czy w ogóle podeszłam do nich. A wszystko dlatego, że byłam bardzo rozżalona, ponieważ ani on ani normalnie nikt z moich znajomych nie napisał do mnie ani nie zadzwonił po maturze z polskiego. Jedynie mój narzeczony był tego dnia ze mną, reszta miała w nosie, czy ja chociaż poszłam na ten egzamin. Tak mnie to wkurzyło, że długo nie odpowiadałam na pytania, co tam z maturą, a niektórym do dnia dzisiejszegonie odpowiedziałam. Jednak podczas spotkania z panem Pawłem trochę się otworzyłam. Już nawet za bardzo nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy i co mi sugerował, ale pewnie  i to, żebym poszukała jakiegoś zajęcia, które da mi satysfakcję, oczywiście gdy lepiej się poczuję, bo ja zawsze swoje muszę odchorować.  Poruszyliśmy temat moich negatywnych myśli i stwierdził, że muszę przede wszystkim żyć dla siebie, a nie tylko dla kogoś, a w tamtym czasie tak właśnie było. Czułam, że egzystuję jedynie dla mojego ukochanego i życie bez niego nie miałoby sensu. To nie jest dobre, ale myślę, że lepsze niż gdybym w ogóle nie widziała sensu życia. No i taka postawa pomaga mi w najcięższych chwilach, bo mam wtedy osobę, do której kieruję moje wszystkie myśli i uczucia. Myślę, że jeśli ktokolwiek ma taką, chociaż jedną, osobę, dla której chce żyć, to już jest dobrze. Bo nie zawsze czujemy się na siłach, aby trwać dla siebie. Co jednak będzie, gdy zabraknie mojej opoki? Teraz o tym nie myślę, kiedyś w przyszłości będę się tym martwić. Mój terapeuta powiedział mi też coś, w co niespecjalnie chcę wierzyć, a mianowicie, że każdy na pewnym etapie swojego życia ma myśli samobójcze, nawet on je miał. Czy to możliwe? Być może, chociaż od myśli do planów i ich realizacji długa droga. I dobrze, bo inaczej ludzkość by wyginęła. Obecnie jestem na etapie ciągłego zamartwiania się o wyniki matury i nie bardzo mi wychodzi jakikolwiek relaks. Ostatnio nawet pisałam do mojego terapeuty, że gdyby nie mecze na Euro, to nie miałabym po co wstawać z łóżka. Właściwie to tylko sport, którego jestem zapaloną fanką, mnie ratuje, chociaż nieraz oglądam, bo oglądam, bez specjalnego entuzjazmu. Ale próbuję mieć choć odrobinę normalności w tym dole, w którym jestem.  Starłam się ostatnio z moim terapeutą, bo zarzucił mi, że nie robię dla siebie nic konstruktywnego, czegoś, co da mi radość. A było na początku tak pięknie, bo wspierał mnie i zachęcał do zajęcia myśli czym innym niż wyniki. Jednak, gdy dowiedział się, że ja właściwie zajmuję się pierdołami, nie spodobało mu się to. Tyle, że ja nie mam siły i ochoty na nic innego i dobrze, gdy w ogóle coś robię. W końcu, w odpowiedzi na smsa, że czasem trzeba się zmusić, żeby się chciało chcieć, napisałam, ze złością, że przy depresji endogennej się nie da zmusić, bo i tak to jest. A ja właśnie miewam napady takiej depresji, a nie tej na tle emocjonalnym. No i ucichło. Ale ja już byłam wkurzona, a to już jest nieźle, potem się popłakałam, więc to też było na plus, a w końcu myślenie i nastrój mi się rozjaśniły i poczułam się lepiej. Byłam potem z ukochanym na długim spacerze, w końcu poszłam do lekarza, dostałam doraźnie uspokajacz, ale okresowo mogę go brać codziennie, jeśli nie będę sobie radziła i nie zapomniałam na wieczór podziękować jednak panu Pawłowi. Czasem nawet jak mi dowali, to wyprowadza mnie na prostą. Cudów oczywiście nie ma, bo i nie spodziewam się ich, ale mam już małe, takie całkiem malusieńkie plany na ten tydzień, które może mają jakieś szanse powodzenia. A jeśli ja już coś planuję, to jest dobrze.  Dalej zapewne będę przeżywać tę moją maturę, dopóki nie odbiorę wyników, a może i potem, ale mam nadzieję, że już będzie spokojniej. Oby tak było, bo inaczej zwariuję do reszty. Dopiero po 5 lipca tak naprawdę się okaże, czy mój obecny nastrój wynika tylko z egzaminów, czy też to coś poważniejszego, bo może i tak być. Czy było warto podchodzić do matury, skoro już drugi miesiąc tak się męczę? Na razie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno przeszłam małe załamanie nerwowe, ale powoli dochodzę do siebie. Pan Paweł uważa, że nie będę żałować swojej decyzji, ale jeszcze nie bardzo potrafię mu wierzyć. Może wkrótce przekonam się o tym sama.

Załamanie.

Już trochę czasu minęło od mojego ostatniego załamania, więc mogę teraz spokojnie o nim napisać. Dlaczego napisałam „załamanie”, a nie kryzys? Otóż kryzysy, mniejsze lub więlsz, zdarzają mi się co jakiś czas i jestem do nich nawet przyzwyczajona. Jednak trudno mi nazwać to, co miało miejsce parę tygodni temu, tylko kryzysem. Wszystko zaczęło się niewinnie, a mianowicie postanowiłam wybrać się do teatru. Nie miało to jednak być jednorazowe wyjście, ale, jak dla mnie, prawdziwy maraton, ponieważ przedstawienia zaplanowane były na kolejne trzy wieczory. Nie wywołało to jednak we mnie jakiegoś wielkiego lęku, bo już przerabiałam taki schemat rok wcześniej. W dodatku wtedy szłam sama, a tym roku zaprosiłam do towarzystwa przyjaciela. Pierwszy dzień nie był zły, wiadomo, trochę się stresowałam, ale można było wytrzymać. Nie było za dużo widzów, więc dodatkowo atmosfera była taka bardziej swojska. Nawet odważyłam się zapytać, czy mogę otrzymać autograf występującej artystki i w ten sposób trafiłam do garderoby, gdzie nigdy nie byłam. Taki mały sukces, ale dla mnie bardzo znaczący. Ale już następnego dnia się zaczęło, najpierw pojawiłam się mały strach, który z każdą chwilą rósł, a potem, niestety, znienawidzony przeze mnie atak paniki. Bardzo dawno już go nie miałam, ale on o mnie cały czas pamiętał, był gdzieś w zakamarkach mojej głowy i znów musiał się przyplątać. Każdy taki napad prędzej czy później mija, więc u mnie minął, ale pozostawił po sobie długotrwały, nieprzyjemny lęk, który nie chciał za nic minąć. Gdyby występ w teatrze był tego dnia dużo wcześniej, a nie dopiero wieczorem, to nigdzie bym nie poszła. Ale jakoś pomalutku zmobilizowałam się i wręcz zmusiłam do wyjścia z domu, a to raczej nie jest najlepsza metoda. W samym teatrze trochę się uspokoiłam i w sumie nie było tak źle, jak mogłam się spodziewać. Trzeciego dnia także nie odpuściłam przedstawienia, tak więc co dzień pokonywałam z trudem mój lęk i udawało mi się go zgniatać jak kulkę papieru(nie mam pojęcia skąd takie porównanie mi przyszło do głowy). Wszystki na pozór skończyło się dobrze – byłam na naprawdę świetnych występach, łyknęłam trochę kultury, którą uwielbiam, mój przyjaciel był zachwycony, bo pierwszy raz w czymś takim uczestniczył(bardzo też podobała mu się rola mojego nadwornego fotografa), zdobyłam podpisy i zdjęcia artystów i … w sumie nie ma co narzekać. Ale jest i było takie małe „ale”- wszystko, co tak z mozołem i ogromnym trudem osiągnęłam, bo dla mnie to osiągnięcie, wcale mnie nie cieszyło. Byłam tak zmęczona i znużona swoim pokonywaniem lęku, że nie miałam już siły cieszyć się z czegokolwiek. Można powiedzieć, że potem przez długi czas odchorowywałam moje eskapady, więc jaki one tak naprawdę miały sens? Co to za rozrywka, która nie wyzwala przyjemności i radości? Teraz po jakimś czasie mogę powiedzieć, że trochę jestem dumna z tego, że jednak nie poddałam się lękowi i panice, ale koszta były tak ogromne, że nie wim, czy za rok podejmę się tego jeszcze raz. Tak, ja już tak mam, że myślę rok, albo nawet parę lat do przodu, nie wiem, po co. Możliwe też, że taki kilkudniowy wysiłek psychiczny to za wiele jeszcze jak dla mnie i powinnam się ograniczyć do pojedynczych eskapad. To jednak jest bardzo frustrujące i trochę mnie dobija, że wciąż mam jakieś ograniczenia i nie radzę sobie z nimi.

Muszę jeszcze przynajmniej dwie kwestie poruszyć, bo nie dają mi one spokoju. Pierwsza z nich dotyczy moich natręctw, które nie bardzo coś chcą się ode mnie odczepić, chociaż biorę lek na nie, zresztą jedyny możliwy dla mnie medykament na to utrapieństwo. Myślę, że nie obejdzie się bez podniesienia dawki. Nie oriętuję się czy jakaś terapia mogłaby mi pomóc na te moje zaburzenia, ale raczej nie sądzę. Także i natręctwa spowodowały, że mój lęk przed wyjściem na jakieś publiczne imprezy zwiększył się. Po prostu przeszkadzają mi one nieraz w uczestniczeniu w czymś, co powoduje, że często zostaję w domu. Mało brakowało, a doszło by do tego, że w maratonie teatralnym, który opisywałam, też nie uczestniczyłabym. Tak więc, nie tylko lęk i panika mi przeszkadzały. Może ja tak mam , że jeśli jakaś część mojego zaburzenia ulegnie wyciszeniu, to kolejna czeka, aby ją zastąpić. Niezbyt ciekawa perspektywa, bo jak w takim razie mam w ogóle chociaż zaleczyć to moje choróbsko? Chyba potrzebne byłyby jakieś metody radykalne, w rodzaju oddziału zamkniętego przez co najmniej trzy miesiące. Albo kilkuletnia, intensywna terapia, na co się raczej nie zapowiada. A propos terapii – przez te moje doświadczenia teatralne zaczęłam wątpić, co ja mówię, właściwie całkowicie zwątpiłam, czy ma ona sens. No bo jak, rok temu, kiedy nie chodziłam na nią, nie przeżyłam takiego szoku, jak teraz. A przecież ma i powinno być lepiej. Nic już nie rozumiem, skąd takie ogromne załamanie, skoro dotąd całkiem dobrze sobie radziłam? Jestem wściekła i szlag mnie normalnie trafia, jak o tym wszystkim pomyślę. I nie wiem już, co robić. Przykre to i smutne w rzeczy samej. Może jestem takim dziwnym przypadkiem, na którego niewiele działa. Ale próbuję dalej, bo co mi pozostaje? Przecież nie mogę się całkowicie poddać, nie wyobrażam sobie tego.  Oby tylko starczyło mi sił, bo chęci i determinacji na pewno mi nie zabraknie.