Kalendarz

Maj 2017
P W Ś C P S N
« lis    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

Zmiany

Zawsze są jakieś wątpliwości.

Ostatnio bardzo dużo dobrego napisałam o zmianach, jakie zaszły w moim życiu w ubiegłym roku. Cieszę się z tych zmian i mogłabym powiedzieć, że prawdziwa szczęściara ze mnie. Ale nie do końca tak jest. Robiąc notatki do poprzednich wpisów, nakreśliłam też parę słów o trudnościach, ale nie chciałam włączać ich do wpisów, ponieważ pomyślałam, że lepiej będzie poświęcić im całkiem odrębną notatkę. Na razie w sumie nie ma co narzekać i też daleka jestem od tego, ale mam pewne obawy i nimi chciałam się podzielić. Nowy rok już w rozkwicie, a ja zastanawiam się, jaki on dla mnie będzie. Czy równie udany jak poprzedni? Możliwe. Przecież to w głównej mierze ode mnie zależy, co będzie. Oczywiście zawsze trzeba się liczyć, że wydarzy się coś nieoczekiwanego, co stanie na przeszkodzie mojej obecnej, względnej stabilizacji. Ale to, jak zareaguję na zmiany, co z nimi zrobię, jak sobie poradzę – zależy już ode mnie. Mam trochę planów na następne miesiące i obawiam się, czy podołam ich realizacji, ale pocieszam się, że jeśli chociaż jeden z nich zaskoczy, to nie będzie źle. Zresztą, czasem przesadzam z tą moją świeżo nabytą dużą samoświadomością i samorealizacją, bo nagle wydarza się coś takiego, co powoduje, że przystaję i mówię do siebie :”Uważaj, nie wszystko jeszcze możesz i nie do wszystkiego się nadajesz, pewnych rzeczy po prostu nie przeskoczysz.” W końcu nie jest tak, że nagle cudownym sposobem wyzdrowiałam, chociaż leki mam dobrze dobrane i stale mogę liczyć na efekty terapii. Nie nagminnie, ale mam jeszcze napady paniki, lęku, złego samopoczucia, płaczu i bywa, że nie radzę sobie z nimi. Jeśli do tego dodam jeszcze comiesięczne , duże problemu z PMS i wahania nastroju wynikające z pogody, to nie jest tak kolorowo. Trochę boję się też wiosny, bo zawsze na przełomie pór roku dopada mnie załamanie. Tak więc jest dobrze, ale te gorsze chwile, a właściwie podłamania i załamania też nie są mi obce. Tylko że ja nie potrafię tego zaakceptować i wciąż mam nadzieję, że je pokonam siłą woli, a to nie jest takie proste. Mam także nadzieję, że kiedyś będę mogła odstawić leki, chociaż niewiele za tym przemawia. Nie pomaga tłumaczenie mojej koleżanki, że przecież wiele osób, także chorujących fizycznie, musi stosować medykamenty do końca życia. Ja wierzę w to, że jednak pokonam chorobę na tyle, aby nie musieć wspomagać się lekami. Ale może to jedynie taka moja mrzonka, która nigdy się  nie spełni? Zawsze pocieszam się jednak, że przecież skoro leki mi pomagają w dużym stopniu, to nie mam co się na nie obrażać. Lepiej już skupić się na terapii i dążyć z całych sił do tego, aby żyć jak najbardziej normalnie, na ile się da. A że pewnym spraw nie przeskoczę? Nic na to nie poradzę. Wielu moich znajomych tak ma i jakoś cieszą się, przynajmniej umiarkowanie, życiem. Tak więc mi nie pozostaje nic innego, jak doceniać to, co mam, a mam całkiem sporo.

Chwalenia się ciąg dalszy.

Pomyślałam, że dziś jest dobry dzień, aby dokończyć moje przemyślenia na temat mnie samej i zmian we mnie, jakie nastąpiły podczas ostatniego, minionego roku. Oczywiście chodzi jak najbardziej o zmiany na lepsze, bo innymi, na razie przynajmniej, nie zamierzam się zajmować. Zastanawiam się, gdzie się podziała ta lękliwa, niepewna siebie osoba, którą byłam jeszcze jakiś czas temu? Oczywiście taka osóbka jeszcze trochę we mnie tkwi i czasami wychodzi ze mnie, ale nie jest to znowu nagminne. Nic, tylko się cieszyć. Do jednych z najważniejszych zmian mogłabym zaliczyć brak, że tak się wyrażę, „smędzenia” z mojej strony i ciągłego narzekania. Może nie przesadzałam z tym, ale bardzo często trudności, które widziałam na mojej drodze, przerażały mnie i paraliżowały wszelką aktywność. A stąd już tylko krok do narzekania, bo co innego można wtedy robić, jeśli większość spraw człowieka przerasta? Postanowiłam jednak nie poddawać się, nie siedzieć z nosem na kwintę w ulubionym fotelu, tylko działać. Ostatnio wiele rzeczy mnie mobilizuje do działania i nie myślę już: „Nie dam rady”, „Nie potrafię”, „nie jestem w stanie”, a jeśli nawet zdarzy mi się takie myślenie, to zaraz pojawiają się inne. No bo jak to, ja nie dam rady? Oczywiście, że poradzę sobie, bo jak nie ja, to kto to zrobi za mnie? Zresztą nie lubię przesadnie liczyć na inne osoby, nigdy nie byłam typem osoby, która „wiesza się” na innych, to raczej na mnie się wieszano. Trudności są po to, aby je pokonywać, przyjmować jako wyzwanie i przygodę na drodze do czegoś lepszego i ważnych zmian. Nie chcę już myśleć, że oto przychodzi na mnie kolejna kara w postaci zmagania się z trudną rzeczywistością. Nie zniechęcam się, nawet jeśli coś mi nie wychodzi, tylko działam dalej, ale daję też sobie prawo do porażek, mniejszych lub większych. Przecież uczę się na błędach. Pewnie, że nauka na własnych nie jest niczym przyjemnym, ale, mimo wszystko, potrzebuję jej. Czasem nie jestem w stanie wiele zrobić – tak jest przynajmniej ze sprawą bliskiej mi osoby w rodzinie – ale próbuję i , jeśli nawet nic z tego nie wyjdzie, to będę miała czyste sumienie, że nie stałam z boku i przyglądałam się, ale działałam aktywnie. Przecież nie wszystko musi mi wyjść. Lubię doprowadzać sprawy do końca, ale akurat ta kwestia rodzinna może nie mieć rozwiązania. I co z tego? Świat się od tego nie zawali. Ważne jest też dla mnie to, iż nareszcie biorę za siebie odpowiedzialność i za sprawy, których się podejmuję, a trochę miałam z tym problem. Wolałam się nie wychylać, stać na uboczu i spoglądać z ukradka. Tyle, że taka postawa nie pasuje mi, bo w ten sposób nie mogę pomóc ani sobie ani osobom, na których mi zależy. Tkwię, a raczej tkwiłabym w martwym punkcie, godząc się na ten mój, do niedawna, tok myślenia i postępowania. Można i tak przeżyć życie, tylko po co? Branie odpowiedzialności powoduje u mnie jednocześnie wolę działania, chęć do zmian i wolę pełnego życia. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, dlaczego akurat tak, ale nie zamierzam myśleć  o tym. Co do poczucia własnej wartości, to wiem, że jeszcze dużo pracy mam przed sobą, ale wiem też, że nie jestem mniej ważna od innych ludzi, a dla siebie jestem jak najbardziej najważniejsza. Nie zamierzam bynajmniej uzależniać oceny samej siebie od oceny innych osób, szczególnie obcych, którzy nic o mnie nie wiedzą, albo wydaje im się, że coś wiedzą. Ja wiem, jaka jestem, ile mogę i na ile mnie stać i nic komu do tego. Jestem bardzo krytyczna wobec siebie, ale znam też swoje mocne strony i chcę je wykorzystywać. Pewnie czasem przesadzam z moim krytycyzmem, bo stawiam wysoko poprzeczkę nie tylko sobie, ale i innym, ale chcę nad tym popracować. Wydaje mi się zresztą, że już powoli mam większą akceptację i wyrozumiałość dla innych i dla siebie też. Jakoś łatwiej chyba zaakceptować czyjeś błędy niż swoje, przynajmniej ja tak mam, ale uczę się cały czas być dla siebie sprawiedliwą, lubić siebie, kiedy trzeba „zaopiekować się” własną osóbką.

Mam konkretne plany i postanowienia na ten rok, które zamierzam zrealizować. Niektóre z nich realizuję, inne są na razie w planach, a część zrealizowałam, nawet dość nieświadomie. Tak jakby zmiany w moim myśleniu szły razem ze zmianami w postępowaniu. Pewnie zresztą tak jest. Najważniejsza oczywiście pozostaje matura, ale trochę obniżyłam sobie poprzeczkę, może nawet bardziej niż trochę. Zależy mi przede wszystkim, aby do niej podejść. Pewnie, że chciałabym ją zdać i to porządnie, ale samo podejście już będzie dla mnie dużym sukcesem, bo to właśnie ten etap mnie najbardziej paraliżuje. Zmieniłam też model przygotować do egzaminu – już nie jest to proces efektowny, ale efektywny. Wcześniej dużo czytałam materiałów, które ewentualnie mogłyby mi się do matury przydać, a nie uczyłam się tego co najważniejsze, więc tak naprawdę krążyłam wokół nauki, a nie przyswajałam sobie za dużo. I po co mi to? Przecież jeśli coś mnie szczególnie zainteresuje, mogę o tym poczytać po maturze, a teraz trzeba przejść do konkretów. Jest to dla mnie trudne, bo wszystko wydaje mi się ważne, ale próbuję odsiewać ziarno od plew i nie jest to niemożliwe. Myślę też o większej ilości wyjść z domu, nawet jeśli miałabym chodzić sama, i uczestniczeniu w propozycjach kulturalnych mojego miasta. Zresztą nie tylko mojego miasta, bo i innych. Już pomału to realizuję i dodatkowo wciągam inne, bliskie mi osoby. Tato towarzyszy mi zawsze podczas wycieczek do innych miast (szczególnie upodobaliśmy sobie Wrocław), a znajomych i przyjaciół często wyciągam, chociażby do teatru, co bardzo im się podoba, bo raczej sami by nie poszli. Można nawet powiedzieć, że nawet trochę przewodzę w mojej małej, ale zgranej grupce i często jestem prowodyrem spotkań i wspólnych wyjść. Nareszcie prowadzę jakieś życie towarzyskie. Staram się też odświeżać starsze znajomości – tak przynajmniej było z Izą. Spotykam się teraz z nią w miarę często i świetnie się nam rozmawia. Czuję, że to może być naprawdę fajna znajomość, może nawet przyjaźń? Staram się też pomagać koleżance, jeśli daję radę i sprawia mi to dużą satysfakcję. Ale jednak stawiam pewne granice, zarówno jej jak i pozostałym znajomym – wspieram, ale i oczekuję wsparcia, bo to nie może działać jednostronnie. Dużo czasu mi zajęło, zanim się tego nauczyłam, ale wiem, że tak powinno być. Stałam się też bardziej obojętna, a może raczej powinnam napisać, asertywna, jeśli chodzi o problemy innych. Już nie przeżywam ich, jak moje własne, choć nadal nie brak mi empatii. Może też we mnie zaszła jedna niekorzystna zmiana, ale właściwie to nie jestem pewna, czy rzeczywiście tak zła ona jest? Częściej teraz mówię, gadam, paplam i wszystko inne, czyli po prostu stałam się straszną gadułą! A może zawsze miałam taką potrzebę wyrażenia siebie, tylko bałam się?

I właściwie to tyle tego mojego chwalenia się. Cieszę się ogromnie z tych wszystkich zmian we mnie, z mojej większej samoświadomości, jasnego myślenia, a właściwie zmian w myśleniu (Oby stałych!), małych kroków naprzód, które, mam nadzieję, zmienią się w kroki milowe. Myśli samobójcze i rezygnacyjne już mało kiedy mi towarzyszą, a lęk daje się ujarzmić. Oczywiście to nie tylko zasługa terapii, ale i dobrze dobranych leków, co też trochę trwało, ale jednak cenię sobie tę terapię szczególnie. Zmiany po niej są zauważalne, ale nie gwałtowne, zachodzą tak jakby mimochodem, a zawsze mi się wydawało, że to będzie takie wielkie: „Wow!”A tu nic z tego, po prostu naturalna przemiana, którą czasem trudno dostrzec.  I jeszcze jedno – na powrót zainteresowałam się tym, co mnie niegdyś pasjonowało i cieszy mnie to, bo im więcej zainteresowań, tym lepiej. Chwilo trwaj, jesteś piękna!

Zmiany, zmiany czyli cały rok z blogiem.

„Mija rok, dobry rok” – właściwie tym stwierdzeniem, a raczej cytatem powinnam zakończyć dziesiejszy wpis, ale tak mnie jakoś naszło, aby nim zacząć. I nie chodzi mi o rok kalendarzowy, chociaż temu też nie mam wiele do zarzucenia, ale o mój rok z blogiem. Jakiś czas temu, dosłownie kilka dni temu minęła pierwsza rocznica mojego „blogowania”, jeśli można to tak nazwać. Właściwie to wychodzi na to, że rok z blogiem i ten kalendarzowy mi się prawie zbiegają i stanowią doskonałą bazę do podsumowań.  Trudno powiedzieć, czy to co chcę opisać, można nazwać takim typowym , rocznym podsumowaniem, bo postanowiłam napisać dziś jedynie o sobie, a właściwie o zmianach, jakie we mnie zaszły przez te 12 miesięcy.

Nie będę przedłużać i zaczynam. Nie ma co ukrywać, że zmiany we mnie są bardzo ściśle związane z terapią, którą podjęłam w pierwszym kwartale obecnego roku i która trwa do dziś, a mam nadzieję, że i jeszcze co najmniej parę dodatkowych wizyt przede mną. Nie mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że tylko i wyłącznie terapii zawdzięczam poprawę na lepsze w moim życiu i że nic innego nie miało na mnie wpływu, bo to byłoby za duże uproszczenie. Na pewno są czynniki, które w sposób pośredni lub bezpośredni dodatkowo na mnie wpłynęły ,jak też osoby, który zmieniały i zmieniają mój światopogląd, szczególnie najbliżsi mi ludzie. Ale stoję jednak na stanowisku, że bez wizyt terapeutycznych nie doszłabym do miejsca, w którym teraz jestem.  Oczywiście pewne zmiany zauważałam już wcześniej dzięki kontaktom z innymi chorymi, psychologami, dzięki pobytowi na oddziale dziennym i w ośrodku wsparcia dla osób z podobnymi problemami, co moje. Wydawało mi się jednak, że postępują one tak powoli, że prawie niezauważalnie. Ale jednak były po pewnym czasie widoczne i zdumiewało mnie, skąd one się brały. Miałam wrażenie, że stosowałam wobec samej siebie jakąś swoistą autoterapię, ale nie potrafiłabym wyjaśnić, gdyby ktoś mnie zapytał, na czym ona polegała. A to po prostu było samo życie i zmiany w nim zachodzące oraz jak najbardziej kontakty z odpowiednimi osobami, które mnie wciąż motywowały i w pewien sposób, czasem dość specyficzny, wspierały. Jednak ten ostatni rok, jeszcze nam panujący, to już nie delikatne, subtelne zmiany, ale, momentami, prawdziwy galop. Galop w moich myślach, zachowaniu i wszystkim innym. Czasem wydaje mi się on ewolucją i przyjmuję go naturalnie, ale są takie chwile, że wydaje mi się, iż jestem w samym środku rewolucji i już przed nią nie ucieknę. Nawet nie chcę uciekać, nie w głowie mi to. Tak więc ewolucja czy rewolucja? Tak naprawdę, to nie wiem, ale ważne, że nie stoję w miejscu.

Na czym więc polegają te zmiany we mnie? Pewnie dałabym radę napisać o tym co najmniej dłuższa opowiadanie, ale postaram się streścić, jeśli to w moim przypadku w ogóle możliwe. Na pewno widzę w sobie większą pewność siebie, odwagę i rezolutność. Podniosła się też oczywiście moja samoocena, chociaż cudów pod tym względem nie oczekiwałam i nie nastąpiła tu totalna metamorfoza. Jeszcze trudno mi chwalić siebie, zauważać moje dobre i silne strony, ale cały czas się uczę i widzę poprawę, co jest niesamowite i bardzo budujące. Zauważyłam też, że jednak jestem po części nieodrodną córką mojej mamy i powoli działam według jej zasady: „ Nie wejdę drzwiami, to wejdę oknem”. Aż sama się sobie dziwię, skąd mi się to wzięło, ale widać geny zawsze dadzą o sobie znać. Nie boję się już tak bardzo bronić swojego zdania, jeśli uznam, że jest ono według mnie słuszne i nie daję sobą manipulować oraz przekonywać się do czegoś, co mi nie pasuje. Chociaż nie jestem przekonana, czy te moje cechy nie były już ze mną wcześniej, ale może po prostu nie potrafiłam ich dostrzec w pełnym świetle. Nauczyłam się być silniejsza niż byłam i bardziej zdecydowana, ale jednocześnie nie straciłam delikatności i wrażliwości pomieszanej z uczuciowością, a to dla mnie bardzo ważne i nie chciałabym nigdy być zimna i wyniosła. Czy jestem bardziej asertywna? Pewnie tak, raczej nie dam sobie wejść na głowę i nie będę tańczyć, jak inni mi zagrają. Uczę się też szybciej podejmować decyzje i nie zmieniać ich. Jako przykład niech posłuży mój kot. Jest teraz chory i zaledwie chwilę zajęła mi decyzja, aby zabrać go do mojego obecnego mieszkania w mieście, bo normalnie to typowy wiejski dachowiec, którym się zajmuje mój tato. Wiedziałam, że będzie ciężko mi z nim pomieszkiwać przez jakiś czas, dopóki nie wyzdrowieje, bo w sumie boję się wszelkiej odpowiedzialności, nawet za zwierzaka, ale ważniejsze było dla mnie jego dobro niż mój lęk i wygoda. I jakoś tak pomału sobie z nim radzę, chociaż lekko nie jest. Zresztą co ja tu mówię o lęku przed odpowiedzialnością, skoro już dość długo mieszkam z moim ukochanym, a przecież to nie była prosta decyzja. Jednak potrafiłam ją podjąć i nie żałowałam ani chwili. Więc raczej z tym moim strachem przed byciem z kimś na stałe i partnerowaniem mu lub zajęciem się nim, jak teraz kotkiem, to jakieś nieporozumienie. Raczej mam ten lęk w głowie, a raczej jego cień niż faktycznie to prawda. Jednak najgorzej pozbyć się lęku z głowy, a mi się jednak to udaje i postępuję tak jak powinnam i chcę, a nie jak on mi dyktuje.

Widzę, że znowu nie uda mi się napisać krótko i treściwie. Trudno, taki mój urok. Odejdę trochę od zmian w moim umyśle, bo wpadły mi na myśl te inne, może bardziej widoczne. Nie wiem, czy one mają też coś wspólnego z terapią, ale podobno może tak być. Postanowiłam zapuścić włosy, a to ciekawostka z mojej strony, bo wiele już lat mam je krótkie. Nawet zastanawiałam się nad zmianą koloru, a to byłaby rewolucja. Być może dla kogoś to nieistotne zmiany, ale dla mnie są lekkim szokiem. Czyżbym poczuła i zaakceptowała swoją kobiecość, nareszcie po tylu latach? A właściwie czemu nie? Jak nic niedługo wskoczę w spódnicę i kozaki na obcasie, bo już latem sukienki przerabiałam. Zadbałam też bardziej o siebie pod względem medycznym – regularnie badam się, bo jakoś bardziej niż kiedykolwiek zależy mi na mnie i moim zdrowiu (nareszcie byłam u okulisty, a tak długo odwlekałam tę wizytę). Regularnie spaceruję i są to długie spacery, a pogoda nie ma znaczenia (przecież ruch poprawia humor). Często wynajduję sobie byle jakie powody, aby tylko wyjść na powietrze. Mój sposób odżywiania też uległ modyfikacji i chociaż nigdy nie wpychałam w siebie jak w śmietnik, to teraz jeszcze bardziej uważam na to, co jem, kiedy jem i jak jem. Wykluczyłam pewne produkty na stałe ze swojej diety, a inne ograniczyłam, by zastąpić je zdrowszymi. Podobno jesteśmy tym, co jemy, więc  lepsze jedzenie oznacza lepsze samopoczucie. I tego się trzymam.

Na dziś pora zakończyć, co nie znaczy, że udało mi się opisać wszystkie zmiany, jakie zauważyłam u siebie przez ten rok z blogiem i prawie rok z terapią. Właściwie co ma do tego blog, przecież on mnie jakoś zasadniczo nie zmienił? Może i nie, ale też jest świadkiem i dowodem mojej metamorfozy, bo jednak dalej go prowadzę, mimo że już kilka razy chciałam zrezygnować z pisania. Czyli już tak łatwo nie zmieniam raz obranej drogi i nie poddaję się chwilowym nastrojom i lękom. A to też dla mnie nowość, bo nieraz zmieniałam zdanie i potrafiłam być taką chorągiewką na wietrze. A teraz – konsekwencja w całej pełni. Oby tak dalej. I równie konsekwentnie zapowiadam ciąg dalszy opisu moich zmian wewnętrznych jak i zewnętrznych w kolejnym wpisie. A co tam – jak się chwalić, to na całego.