Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

znajomi

W poszukiwaniu zdrowych relacji.

Trudno mi samej określić, jak się teraz czuję. Jest lepiej, gdy biorę pełne dawki leków, ale nie widzę jakiejś znaczącej różnicy między tym czasem sprzed mojej lekowej rewolucji a obecnym. Jak byłam agresywna, tak i dalej jestem, jak miałam stany depresji, niechęci i płaczu, tak i dalej je mam. Może teraz nawet jeszcze więcej płaczę, a na pewno mam w sobie ogromny smutek, czasem rozpacz. Najgorsze są poranki i wieczory, wówczas najgorzej się czuję. Być może moje samopoczucie nie jest już obecnie tak bezpośrednio związane ze stresem pomaturalnym i jeszcze jedną sprawą, o której tu nie piszę, ale po prostu wpadłam po uszy w sezonową depresję, jak co roku zresztą. Właściwie to kilka spraw się na siebie nałożyło i ciężko stwierdzić, co tak naprawdę jest przyczyną mojego fatalnego stanu zdrowia. Poczekam do środy – wówczas idę do psychiatry, bo i leki mi się kończą i muszę poważnie porozmawiać z moją panią doktor. Myślałam nawet o szpitalu, ale raczej oddziale dziennym niż zamkniętym. Zobaczę, jak się sprawy potoczą.
Ostatnio wspominałam o odrzuceniu znajomych przeze mnie. I na tym właściwie dziś chciałam się skupić. Nie było tak, że sytuacja ta miała związek z odstawieniem części leków. Decyzja zapadła nieco wcześniej. Po prostu postanowiłam nie odbierać telefonów i nie odpisywać na smsy. Nie sądziłam, że ktoś się tym przejmie. Jednak dość szybko zareagowała moja Ania, która zaczęła bombardować mnie wiadomościami i dociekać, co się ze mną dzieje. Jeszcze zanim to nastąpiło, miała do mnie pewną prośbę, a ja jej nigdy nie odmawiam. Jednak tym razem zignorowałam ją, chociaż pierwsza moja myśl nakazywała mi pomóc. Nie uległam, chociaż serce mnie bolało. W końcu po rozpaczliwych próbach skontaktowania się ze mną, Ania poprosiła o pomoc Tomka, mojego dobrego kolegę, ponieważ ma on numer telefonu do mojego narzeczonego. Zadzwonił więc i dowiedział się od Aniołka, że ja po prostu źle się czuję. Tak więc oboje się uspokoili. Myśleli, że mam lekką niedyspozycję i niedługo mi przejdzie, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że robię rewolucję w moim życiu. I dobrze, że nie znali szczegółów, bo moje plany spełzły na niczym. Iza też do mnie w tamtym czasie pisała i dzwoniła, ale potraktowałam ją tak samo jak innych. Okazało się później, że musiała mieć sporego stracha o mnie, bo dzwoniła nawet do mojego terapeuty, czy ja się do niego odzywam. Nie sądzę, żeby Paweł nie miał większych problemów, jak tylko myśleć, czy ma ze mną kontakt, czy nie. Jednak gdy Iza zadeklarowała, że podejdzie do mnie któregoś dnia, podobno poprosił, żeby do niego zadzwoniła, gdy tylko czegoś się dowie. Nie wiem, czy to było szczere i wynikało z sympatii, czy po prostu powiedział tak na odczepnego. Przecież mógł sam zadzwonić czy napisać, co jakiś czs włączałam telefon. Ale mniejsza z tym. W sumie zostałam sama przez jakiś czas, tylko z moim ukochanym, z którym zresztą i tak nie mogłam dojść do porozumienia. Nie chciałam żadnych kontaktów z ludźmi, brzydziłam się innymi, marzyłam o tym, aby na świecie był jakiś gatunek robotów, z którymi można byłoby kontaktować się zamiast z drugim człowiekiem. Nie chciałam wychodzić z domu, aby kogoś nie spotkać, a gdy już musiałam wyjść, to przemykałam jak duch, patrząc się w ziemię. Nie odzywałam się do nikogo. Czasem napisałam coś do kogoś w sieci, ale tu także wyobrażałam sobie, że po drugiej stronie nie ma człowieka tylko jakaś inna istota, może skonstruowana przez ludzi, ale zaprogramowana tak, że nie umie ranić innych. Ta zupełna obojętność, a nawet złość na istoty ludzkie musiała mieć u mnie związek z odstawieniem części leków, ale i wynikała z rozczarowania. Już kiedyś miałam taki problem i takie emocje mną targały, ale uległo to wyciszeniu. Jednak po latach wszystko wróciło. Myślę, że głównie wdarło się tu rozczarowanie ludźmi, którzy mnie otaczają. O moich relacjach z narzeczonym napiszę kiedy indziej, dziś tylko o innych osobach. Mój tato jest dla mnie bardzo ważny, uwielbiam z nim dyskutować, zawsze mamy tematy do rozmów, nigdy nie nudzimy się ze sobą. Jednak to typ samotnika, który właściwie cieszy się, że pozbył się mnie z rodzinnego domu. Ja też nie wyobrażam sobie powrotu, ale chcę, aby nasze relacje były nadal dobre. Widujemy się średnio 2 razy w tygodniu, czasem raz. Nie narzekam na częstotliwość, ale brakuje mi pewnej głębi, zażyłości. Wiem, że nie mogę mu o wszystkim powiedzieć, pewne sprawy ukrywam, żeby się nie martwił. Dawniej mogłam mu się wygadać, był prawie przyjacielem, lepszym słuchaczem niż niejeden psycholog. Zmęczyła go jednak ta rola, teraz nasze relacje są dobre, ale czasem brakuje mi tego taty – słuchacza, który umiał dobrze doradzić. Uważa on jednak, że skoro jestem na swoim, to ma sobie radzić sama, a jego nie obarczać. Trochę inaczej ma się sprawa z moimi znajomymi. Otóż zdecydowana większość z nich, właściwie poza jedną koleżanką, uważała, że może się wokół mnie oplatać jak liana i wysysać moje soki życiowe jak takie wampiry energetyczne. Bo przecież mi można wszystko powiedzieć, stale mówić o swoich problemach, wypłakiwać się. Lubię pomagać innym, umiem słuchać, ale już miałam tego naprawdę dość. Ci wszyscy ludzie przytłoczyli mnie sobą, sprawili, że moja energia gdzieś ulatywała, nie mogłam skupić się na sobie. Gdy ja chodziłam z moimi problemami do profesjonalisty i płaciłam za to, oni przychodzili do mnie jak do konfesjonału lub darmowego psychoterapeuty, bo przecież ja zawsze wysłucham, doradzę, przytulę, pomartwię się razem z nimi albo ponarzekam na paskudny świat. W końcu miałam dość, poczułam się mała, nieważna, zdominowana, sądziłam, że ja się zawsze muszę dobrze czuć, aby mieć siły dla innych. Byłam postrzegana jako ta silniejsza, zdrowsza, radząca sobie zawsze i w każdej sytuacji. A kiedy ja potrzebowałam pomocy – nie było nikogo. Któregoś razu Iza, po długiej rozmowie, podczas której wylała całe morze łez, powiedziała, że jak najbardziej ja też się mogę jej wypłakać. Nie wierzyłam w to, ale pewnego dnia zaczęłam mówić o sobie, o dość neutralnych sprawach. I co napotkałam? Obojętność, może znudzenie i nakierowanie rozmowy na siebie. Postanowiłam więcej nie próbować. Nie wiem, jak dalej się sprawy potoczą, obecnie znów mam pewien kontakt z bliskimi, ale chyba muszę zmienić charakter naszych relacji. Byłam taka dumna,że tak bardzo mi ufają, szczególnie Tomek, który jednak dość mocno mnie obciążał, bo mówił mi o sprawach, o których nie wie nikt. Teraz jestem już tylko zmęczona. Dobrze, że jest choć jednak koleżanka, która traktuje mnie jak partnerkę do rozmowy, a często też wysłucha. Cenię ją za to i cieszę się, że chciała po latach odświeżyć ze mną kontakt, który, kiedyś tam, szybko się urwał. Trochę się boję, aby sytuacja się nie powtórzyła, ale mam nadzieję, że dziewczyna jest na ten moment na tyle dobrze prowadzona przez swojego lekarza, który dobrał jej leki, że nie zamknie się znów w domu i nie zerwie kontaktów ze wszystkimi. Obecnie ona pomaga mi a ja jej i to jest zdrowa relacja. Oby więcej takich w moim życiu. Jest jeszcze pewna osoba, z którą chciałabym mieć taki kontakt, ale to raczej niemożliwe, bo ten ktoś nastawiony jest na dawanie. Tak już po prostu ma. Zawsze pozostają mi też znajomości internetowe. Pewnie miałabym okazję poznać kogoś z sieci w realnym świecie, ale nie chcę, bo boję się niezrozumienia i odrzucenia. Ostatnio moje poczucie własnej wartości szybuje dość mocno w dół i tu głownie leży przyczyna.

Nie chcę już dzielić ludzi na zdrowych i chorych.

Dzisiaj poniekąd kontynuacja poprzedniego wpisu. Samopoczucie mam takie sobie, raz lepsze, raz gorsze, jak to podczas kryzysu. Pisałam ostatnio, że pogoda raczej nie jest jego przyczyną, ale chyba nie miałam racji. Prawdopodobnie po prostu brakuje mi słońca, ale tak do końca nie jestem tego pewna, ponieważ zimą też często nie ma słońca, a mimo to czuję się wtedy dobrze. Zbliżają się Zaduszki, nie jest to dla mnie czas przyjemny ani chociaż obojętny, więc smutek już się wkrada w moje myśli. Może to właśnie o to chodzi, o ten czas zadumy i tęsknoty? Równie dobrze może być jednak i sto innych przyczyn, także tych bardzo prozaicznych i fizycznych, co wczoraj uświadomiła mi osoba z mojego otoczenia. Ale czy jest sens tak się w to zagłębiać i dodatkowo się dołować, co to da? Po prostu – jest gorzej i trzeba to przyjąć do wiadomości. Pewnie niedługo rozstąpią się czarne chmury i będzie lepiej. A nawet na pewno tak będzie, chociaż na razie trudno mi w to uwierzyć. Byłam na dniach u mojej lekarki. Stwierdziła, że nie ma co kombinować z lekami, bo są dobrze dobrane, a kryzysy mogą się zdarzać. Trudno się z nią nie zgadzać. Nie zaproponowała mi też pobytu na oddziale dziennym, być może jest tam teraz nieciekawie, bo parę razy wcześniej pytała mnie, czy nie chciałabym pójść na turnus. W sumie pewnie i nie chciałabym zapisywać się teraz na żaden oddział, bo nie mam teraz ochoty na bliższe kontakty z ludźmi i to jeszcze obcymi. Nie jest jednak tak do końca tak źle, ponieważ ostatnio byłam u dwóch koleżanek tego samego dnia, co dla mnie jest rekordem i świetnie się bawiłam. Teraz trochę to odchorowuję, ale warto było, niczego nie żałuję.

Oprócz wizyty u mojej pani doktor, u której może trochę się rozczarowałam, ale jednak teraz dochodzę do wniosku, że miała rację, pozwoliłam sobie umówić wizytę u Pana Pawła. Musiałam mieć niezłego doła, skoro do tego się posunęłam. Obawiam się, że kiedyś w końcu wyrzuci mnie z gabinetu, bo właściwie już dawno zakończyłam terapię, a jeszcze nieraz nie daję mu od siebie odpocząć. Oczywiście żartuję, bo wiem, że tak nie zrobi i zawsze mogę liczyć na jego wsparcie. Nawet powiedziałam mu wprost, że bywam u niego, bo po prostu nie mam nieraz z kim porozmawiać w tak szczery i inteligentny sposób. Owszem, mój chłopak mnie wysłucha, nigdy nie odtrąci, ale nie potrafi pomóc, po prostu czasem bywa bezradny i ja to rozumiem. A nie chcę wysłuchiwać od innych osób rad w rodzaju: „Nie martw się”, „Jutro będzie lepiej”, „Weź się w garść”. Nienawidzę takich gatek i sam ich nie stosuję, jeśli nie umiem pomóc, to po prostu to powiem albo tylko wysłucham i nie wyskakuję z banalnymi tekstami. Tak więc, jeśli chcę być mądrze wysłuchana i zrozumiana to muszę zapłacić i tak też powiedziałam mojemu terapeucie. W sumie jego to nie zdziwiło, bo stwierdził, że gdyby wszyscy mieli odpowiednich rozmówców, to on by nie miał pracy. Fakt, po to facet jest. Byłam więc u niego w piątek i nie żałuję, chociaż po przyjściu popłakałam się. Mój ukochany nie ogarnia tego, jak można liczyć na pomoc, płacić za nią, a potem czuć się jeszcze gorzej. Można, ponieważ to gorsze samopoczucie nie trwa długo, jest po prostu chwilowe i ma pozytywne konsekwencje w najbliższej przyszłości. Tak było i tym razem, bo już następnego dnia, jak wspomniałam wcześniej, byłam w nastroju odwiedzić dwie koleżanki. Troszkę się może rozczarowałam tym, że nie miałam kiedy rozwinąć wszystkich tematów, z którymi przyszłam, ponieważ po prostu zabrakło czasu, co potem zarzuciłam mojemu terapeucie w mailu. Jednak przecież nie stoimy oboje nad grobami i na pewno będzie okazja jeszcze do spotkania. Skupiliśmy się na kwestii, która mnie dość mocno nurtowała, czyli na moim stosunku do ludzi zdrowych i chorych, do ludzi w ogóle, mówiłam o moich relacjach z nimi. Szczególnie skupiłam się tutaj na pewnej w zasadzie niedawno poznanej osobie, która mnie fascynuje i przeraża jednocześnie. Trochę porozmawialiśmy też o tym, o czym już wspomniałam, czyli braku pokrewnych mi osób, którym mogę się zwierzyć. Dobrze, że jest mój Aniołek, bo inni nawet nie mają oparcia w swoim partnerze czy partnerce.

Ale może spróbuję teraz uporządkować to wszystko, o czym rozmawialiśmy podczas piątkowego spotkania. Musiałam przyznać, że mam ogromny problem z osobami zdrowymi, ponieważ nie bardzo potrafię nawiązywać z nimi relacje. A dlaczego? No właśnie, trudna kwestia. Kiedyś tam, bardzo dawno temu, nie segregowałam ludzi na takich czy takich, ale to jeszcze miało miejsce przed chorobą. Potem zamknęłam się w domu na parę lat, odcięłam od wszelkiego towarzystwa, a w dalszej kolejności mam w pamięci tylko osoby poznawane w szpitalach, oddziałam czy ośrodku wsparcia dla osób z moimi problemami. Otoczyłam się więc samymi pacjentami i chyba było mi z tym dobrze, bo nie zmieniałam nic. Może przeszkadzał mi jakiś irracjonalny lęk, doświadczenia z przeszłości, relacje z mamą, gdy jeszcze żyła i trzymała mnie w zasadzie w jakimś zamkniętym kokonie. Więc potem ja zrobiłam to samo, początkowo żyłam w samotności a potem skupiłam się tylko na nowych, chorych znajomych, bo dawali mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Tak pozostało do tej pory, chociaż nie do końca. Na pewno jednak znam osoby z mojego otoczenia jak łyse konie, nie potrafią mnie one niczym zaskoczyć, a więc i zranić. Wiem, jak się wobec nich zachować, na ile mogę sobie pozwolić. Pewnie, że ich zachowanie też mnie czasem bolało, ale to był jakiś inny rodzaj bólu, który nie pozostawał ze mną długo. Ale taka, powiedzmy, stabilizacja, zaczęła mi przeszkadzać (Pan Paweł uważa, że nie ma czegoś takiego jak stabilizacja, bo wszystko może się w każdej chwili rozlecieć, a życie człowieka to ciągły rozwój, a nie spoczęcie na laurach). Miałam dosyć tego swojego kokonu, tego domku ślimaczego, chciałam coś zmieniać, pokonywać swoje lęki i ograniczenia. Wychodziłam trochę do ludzi, brałam udział w różnych imprezach w mieście, początkowo sama, potem z bliższymi znajomymi, szczególnie często towarzyszył mi i tak jest dalej, mój najlepszy kolega, Tomek. Ale nadal brakowało mi jednak pewnych relacji z choć jedną, zdrową osobą. Oczywiście nie żyję na bezludnej wyspie, potrafię się porozumieć ze wszystkimi, nawet całkiem mi obcymi, ale zawsze były to relacje bardzo powierzchowne, typu, pani w sklepie za ladą, urzędniczka w banku, osoba na przystanku autobusowym. Oczywiście zdarzały się i trochę bliższe relacje, ale nie wykraczały one poza stosunki grzecznościowe. I pewnie też dlatego zaczęłam pisać tego bloga. Żeby chociaż bezosobowo, wirtualnie, „rozmawiać” z innymi, zupełnie mi nieznanymi osobami, których zainteresuje mój przypadek. I miałam to szczęście, że dzięki blogowi poznałam, całkiem już realnie pewną dziewczynę. Początkowo było dla mnie szokiem, że tak ciekawa, wykształcona i obyta osoba, chce mnie w jakiś sposób poznać, może nawet nawiązać ze mną jakąś relację. Chyba jeszcze drzemie we mnie poczucie niższości, że mnie to zdziwiło, choć mi samej nie przeszkadza np. brak wykształcenia u innych. Przecież mój ulubiony Tomek ma tylko podstawówkę a dogadujemy się rewelacyjnie. Popełniłam jednak pewien błąd – otóż Pan Paweł mądrze zauważył, że trzeba poznawać kogoś powoli, etapami, a nie od razu, bo to może nie wypalić. Wydawało mi się, że z tą dziewczyną tak właśnie było, ale chyba jednak nie do końca, bo w pewnym momencie, że tak powiem, zapragnęłam zwalić się jej na głowę ze wszystkimi moimi problemami, bo akurat było ze mną gorzej. A potem się dziwiłam , że ranią mnie jej słowa, które tak naprawdę były neutralne. Zawsze bałam się otwierać wobec kogoś nowego, bo a nuż coś mu się we mnie nie spodoba i to ja będę cierpiała z powodu odtrącenia. Nie potrafiłam też zapanować nad tym, że bardzo często w takich sytuacjach dochodziło do głosu moje „chorobowe ja”, w którym tak naprawdę mniej było mnie, a więcej choroby, co mnie strasznie wkurzało. No i ciężki też było postronnej osobie zrozumieć, że nie jestem taka specjalnie. Odtrącano mnie więc, a ja znowu cierpiałam. Teraz stało się inaczej. Pewne słowa nowej znajomej zabolały mnie, ale nie były one drwiące czy bezsensowne, tylko po prostu szczere, a ja się chyba trochę boję szczerości. Jednak dały mi one również dużo do myślenia, bo zrozumiałam, że nie mogę tak bezceremonialnie wchodzić w komuś w życie z butami, czyli moimi problemami. I jeszcze się obrażać. Przecież zależy mi na zdrowej relacji z drugą osobą, gdzie nie tylko ja biorę, ale i daję, bo na tym polega życie. Chcę normalności, wspólnego spaceru, pośmiania się, pogadania o podróżach, a nie tylko smęcenia. A tak właściwie to doszłam do wniosku, że z moimi znajomymi głównie skupiamy się na swoich problemach chorobowych, a to już nie jest normalne. Dobrze mieć jakąś odskocznię od chorób i po prostu pogadać z kimś nawet o niczym. Może jeszcze dodam, że tak naprawdę to czy ktoś mnie zrani czy nie, jest tak naprawdę w mojej głowie, bo mam problem z samooceną i przewrażliwieniem. Nie chcę więc odsuwać się od ważnych dla mnie osób, bo mi się coś roi. Oczywiście, jak mówi mój terapeuta, trzeba unikać ludzi głupich, którzy niczego nie potrafią zrozumieć i zaakceptować, ale ja nie obserwuję ich wokół zbyt wielu i zbyt często.

Podobno często używam słówka „ja”, przynajmniej Pan Paweł to zauważył, ale to dobrze, bo co prawda świadczy to o egoiźmie, ale takim zdrowym. Jestem egoistką, jestem najważniejsza dla siebie i tak powinno być. Przede wszystkim mam się czuć dobrze sama ze sobą. Chociaż z innymi oczywiście też. Jednak gdy zaczynam się naginać do innych osób, robić to, co oni uważają za słuszne, wygląda to nieciekawie, bo przecież wówczas ranię siebie. Nawet to, że chcę być taką mimozą, głaskaną i kochaną cały czas, nie jest złe, chociaż muszę zdawać sobie sprawę jakie są realia i nie do końca może mi się to udać. Tak więc wychodzi na to, że jednak nieco trzeba się czasem nagiąć, ale bez przesady. Raczej trudno, żeby moi znajomi wytrzymali, jeśli bym się na nich wydzierała, ale zawsze jest alternatywa, np. krzyk w poduszkę czy gdzieś w odludnym miejscu. Podstawowa zasada – nie ranić innych, ale i nie ranić siebie. Przecież ranienie innych oznacza samotność, a to z kolei porażka dla mnie, bo nie chcę być samotna. No i otwartość na drugiego człowieka. Owszem może się zdarzyć, że ktoś zrani, ale jeśli będę pozamykana, to nie dam szansy także ludziom wspaniałym, tolerancyjnym i ciekawym i nie poznam ich. Po prostu, a wtedy dużo stracę. I na koniec ogromnie ważna dla mnie kwestia. Czy cierpienie coś mi daje, czegoś uczy? Tak i szanuję je za to. Jakakolwiak negatywna sytuacja czy reakcja ze strony drugiego człowieka, powoduje, że ogromnie doceniam to, co mam. Najbardziej doceniam wtedy mojego partnera, który zawsze jest obok, bo wiem, że on mnie nie skrzywdzi. Po prostu nie umie, to nie jest w jego naturze. Zawsze mogę na niego liczyć, mam w nim oparcie i przy nim jest moje miejsce. Dobrze mieć kogoś takiego przy sobie, bo wtedy nawet łzy rozpaczy są słodkie.

I po co ja się tak rozpisałam, kto to będzie czytał? Oj, nie mam w ogóle umiaru, ale tak mi w duszy gra i tak mnie nachodzi, to co ja poradzę?

Zawiodłam się.

Dzisiaj trochę ponarzekam, a co mi tam. Nie można cały czas być optymistą i mieć świetny humor, chociaż staram się. Staranie staraniem, ale nie zawsze mi to wychodzi. A jak tak sobie pojęczę, to robi mi się lżej na duszy. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież mogę się uczepić jakiejś bliskiej mi osoby i wyzewnętrznić się na całego. I tu właśnie pojawia się problem, o którym dziś będzie wpis. Czy ja mam bliską osobę w moim otoczeniu? Odpowiedź jest oczywista – mam, a jest nią mój chłopak. Oczywiste jest to dla mnie z tego względu, że jeśli nie byłby mi najbliższą osobą na świecie, to zaczęłabym się mocno zastanawiać nad tym związkiem. Łączy nas silna więź i dobrze nam ze sobą. Jeśli mam jakiś kłopot, nie muszę się zastanawiać, do kogo mam się zwrócić w pierwszej kolejności. Wiem, że zostanę potraktowana poważnie i otrzymam wsparcie. Nie zawsze jest to takie wsparcie jakiego bym oczekiwała, bo też ja mam za wysokie wymagania wobec innych, także wobec mojego ukochanego, ale pomaga mi on na tyle, na ile jest w stanie. Czasem jest bezradny, szczególnie gdy chodzi o moje problemy chorobowe, ale w końcu ani z niego lekarz ani psycholog. Jednak w takich chwilach troszeczkę żałuję, że nie dorobiłam się w moim pokręconym życiu przyjaciół, oczywiście poza ukochanym, bo jego jak najbardziej uważam za przyjaciela. Pisałam już kilka razy o mojej sytuacji, jeśli chodzi o bliskie mi osoby, ale może jeszcze raz wspomnę, że mam przktycznie samych chorych znajomych i w sumie można ich policzyć na palcach jednej ręki. Mówię tu o bliższych mi osobach, których jednak nie nazwałabym przyjaciółmi, bo to dla mnie zbyt ważne słowo, któr ma w sobie niesamowitą moc i siłę. Nie narzekam jednak, wiem przecież, jak trudno mieć przyjaciela, nie każdemu jest to dane. Niby więc nie jęczę, ale… No właśnie jest jedno ale – ostatnio zawiodłam się na tych kilku osobach, które, jak mi się zdawało, dobrze poznałam.Pewnie za wysoko postawiłam im poprzeczkę, tak jak sobie zawsze stawiam i stąd kłopot. Sytuacja ta miała miejsce, gdy zmarła osoba z mojej rodziny, a ponad to onkolog wykrył w mojej piersi guzek. Stwierdził co prawda, że to najprawdopodobniej łagodna zmiana, ale trochę strachu się najadłam. Miałam jednak usg i okazało się, że to był fałszywy alarm, bo żadnej zmiany nie mam. Te dwie sytuacje – śmierć w rodzinie i domniemany nowotwór spowodowały, że lekko się podłamała. Liczyłam więc na wsparcie. Może innym osobom wydało się to nietypowe, bo do tej pory to ja byłam i dalej jestem wsparciem. A istnieje też i taka możliwość, że po prostu nie zauważyli moich emocjonalnych potrzeb. W pierwszej chwili pomyślałam, że te osoby po prostu nie zdały egzaminu z naszej znajomości, ale potem przyszło mi do głowy, że przecież nie przystępowały do żadnego testu, bo czy są testy z zachowania wobec innego człowieka? Faktycznie, oczekiwałam większego zainteresowania, ale z drugiej strony moi znajomi mają również  problemy z którymi sobie nie radzą. Staram się ich usprawiedliwić, bo też przecież chorują i właściwie dlaczego mieliby uważać czyjeś problemy za ważniejsze od swoich? Oczywiste jest, że dla każdego człowieka jego kłopot ma najwyższą rangę. Ja to wszystko rozumiem, ale jednak gdzieś tam pojawił się u mnie żal. No bo kurcze, przecież wiedzą, że mogą na mnie liczyć, że nie zostawię ich bez wsparcia, nawet jeśli będzie to tylko wysłuchanie. Może popełniam jeden ważny błąd – czasem chciałabym im pomóc nawet jeśli oni nie czują się na siłach przyjąć ode mnie wsparcia. Pewnie niepotrzebnie naciskam i za bardzo staram się zmobilizować do działania. Szczególnie dotyczy to mojej koleżanki, która ma problemy depresyjno-lękowe. Usiłuję coś zrobić, aby mogła pokonać choć w małej części swoje lęki i podły nastrój, ale z jej strony słyszę tylko jedno: „Nie”. Lekarz nie, psycholog nie, terapeuta nie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie radzi sobie, często z bardzo prostymi zadaniami, ale jedyne, co umie, to odpychać każdą rękę, którą ktoś do niej wyciągnie. Ostatnio postanowiłam więc, że odpuszczam, chociaż pamiętam, że swego czasu pan Paweł zapewniał mnie, że jestem jedną z nielicznych osób, które mogą Kaśce pomóc.  Ale ja mam już dość olewania mnie, myślę, że jeśli dziewczyna naprawdę poczuje, że potrzebuje pomocy, to poprosi o nią. Albo i nie poprosi, ale to już jest mi obojętne. Na siłę nie będę nikogo uszczęśliwiać. Dlaczego nagle zboczyłam nieco z tematu mojego żalu wobec znajomych na inny żal? Ano dlatego, że też się mocno ze mną wiąże, a właściwie z moją obecną złością i rozczarowaniem. Nie wiem, czy powinnam się czuć rozczarowana, bo właściwie to czego ja się spodziewałam? Że inni rzucą wszystki i przybiegną na wyścigi wspierać mnie w tych trudnych dniach? Może tak, a może nie. Na pewno oczekiwałam jakiegokolwiek wsparcia, po prostu wysłuchania, a otrzymałam pewnego rodzaju obojętność. No bo jak ja mogę oczekiwać pomocy, skoro tak świetnie sobie do tej pory radziłam? A jeśli nawet sobie nie radziłam, to wolałam nie afiszować się z tym. Tym razem powinnam jednak napisać na czole wielkimi literami: „ Potrzebuję uwagi i troski. Zauważcie mnie.” Ponieważ mam charakter jaki mam, więc nie pisnęłam słówkiem żadnej z osób, że zabolało mnie jej zachowanie, a właściwie brak reakcji, choćby nawet jakiejś niepoważnej czy śmiesznej. Zrobiłam coś innego – odsunęłam się. Zamknęłam się na powrót w mojej dawnej skorupie. Czasem napiszę jakiegoś smsa, czasem zadzwonię, ale już nie przesadzam, nie jestem stroną aktywną. Na spotkania praktycznie nie mam ochoty, ale i moi znajomi  niezbyt często je proponują. Czekam na reakcje z ich strony, zobaczę, jak to się dalej potoczy. Tymczasem wystarczy mi mój chłopak, bo i od taty się ostatnio odsunęłam. Zabolała mnie jego reakcja, a właściwie brak reakcji na moje problemy. Nie pomógł mi przy załatwianiu formalności związanych z pogrzebem, nawet się na nim nie pojawił, a gdy z kolei powiedziałam mu o guzku, zrobił jakąś dziwną minę i stwierdził tylko: „ Mało masz jeszcze tych chorób?” Nie wiem, co to miało oznaczać, wymyślam sobie choroby czy jak?  Niech to wszystko grom trafi! Zapomniałabym wspomnieć o jeszcze jednej osobie, w której mam wsparcie. Chodzi o mojego terapeutę, co prawda już byłego, ale jakiś kontakt dalej mamy i wiem, że w trudnej sytuacji mogę na niego liczyć. Nie wiem jak długo, może w końcu mi powie, żebym się od niego odczepiła. Szkoda, że nie możemy zostać przyjaciółmi, ale to niestety niemożliwe, bo nieetyczne . W końcu byłam jego pacjentką, a i teraz jeszcze mogę co jakiś czas skorzystać z konsultacji czy spotkania coachingowego. Trzeba się  cieszyć i z tego co jest, bo zawsze może być gorzej. I tym optymistycznym (jednak!) akcentem kończę moje wynurzenia, jednocześnie zamykając drzwi od mojego ślimaczego domku, który, przynajmnie przez jakiś czas, będę teraz nosić na plecach.